Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Cóżeśmy to słyszeli, — rzekł Ostójski, — że się asindziej panie Julianie, wybierasz do Ameryki, czy do Kalifornii złoto kopać, czy co?
— Miałem w istocie myśl, — odpowiedział zagadnięty, — odbyć podróż naukową i jakiś czas poświęcić się praktyce w jednem z miast Ameryki południowej, gdzie o dobrych lekarzy dosyć jest trudno — ale — ale się waham.
— Cóż? więc znowu projekt do Rosyi? — spytała Zosia cicho, rada prawie iż od żółtej gorączki strachu uwolnioną została... w zamian biorąc cholerę.
— Aż mi wstyd, — szepnął Julian, — że tak niestały jestem. Oto doprawdy sam niewiem teraz... do Ameryki daleko, Rosya dla samego języka mi niedostępna, matki mi rzucić żal, Kanonikowi bym pragnął być pomocą... któż wie? może zostanę w kraju.
Zosia się zarumieniła mocno, Ostójski odchrząknął i z wyjaśnioną twarzą począł się przechadzać po pokoju.
— Dalibóg, — rzekł, — zrobisz rozumnie, a że ci na praktyce wyborowej zbywać nie będzie — ręczę. Gdybyś widział jak ja i co tu nasze biedne ludziska feber rozmaitych, reumatyzmów, kalectw, choróbsk nabiorą przy pracy i klimacie — ty by ci aż ślinka do ust pociekła. Takie choroby powiadam ci, nowiuteńkie, wymyślne właśnie jakich młodemu doktorowi potrzeba!! Będziesz sobie uczył się i praktykował, lepiej jak w szpitalu przy klinice, z tą różnicą że u nas zobaczysz takich chorych którzy u was leżą w łóżkach, z gorączką noszących snopy, z febrą młócących zboże, i z reumatyzmem po kostki stojących w błocie godzinami... To dopiero praktyka!