Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ostójski wstał z krzesła, ukłonił się, kapelusz upuścił, podjął go i słuchał.
— W delikatnej cale materyi, zmuszony jestem przemówić do niego. — Hrabia westchnął.
— Acan dobrodziej sam ojcem jesteś...
Ostójski znowu się skłonił, ale kapelusz aż zgniótł tak trzymał, żeby mu powtóre nie upadł...
— Jest rzecz taka... hrabia Edmund, człowiek młody, niedoświadczony, znać miękkiego serca i płochy, widzi mi się do córki asindzieja, pięknej panny Zofii zbytni okazywać afekt. Bardzo mnie to zasmuciło, bo i dla panienki to gra niebezpieczna, i naturalnie — nic z tego być nie może — i chłopiec się durzy napróżno... Trzeba na to szukać rady i temu zapobiedz... aby się to nie przeciągało...
Ostójski słuchając zrazu uszom nie dowierzał, potem zczerwieniał cały jak rak, zakrztusił się bo czuł że mu krew napływa do głowy... i choć hrabia zamilkł, dając mu czas do odpowiedzi, słowa wyjąknąć nie mógł.
— Niepodobna żebyś pan lub siostra jego nie dostrzegli tego, żeby ojciec tego nie wiedział, muszę więc przypuszczać, — dodał hrabia, — iż może rachujecie na słabość młodzieńca, matki i moją, a czuję się w obowiązku oświadczyć mu iż ta rachuba omyli...
Ostójski pod koniec zerwał się zburzony, zadławiony gniewem, zapomniawszy zupełnie że mówił z ekscelencyą gwiazdzistą i jurisdatorem.
— Panie hrabio, — zawołał głośno i prawie krzykliwie.
Hrabia za rękę go chwycił.
— Na miłość Boga, tylko ciszej!