Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/32

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Panie hrabio, — wyrywając rękę krzyknął Ostójski, — moja córka... moja córka... ja, mości dobrodzieju, nie potrzebuję żadnych podobnych rachunków...
— Tylko ciszej, proszę cię i nie gniewaj się, panie Ostójski, — rzekł hrabia skłopotany nieco, — no! to dobrze, to bardzo dobrze! więc cicho, zgoda... niech tylko w pałacu nie bywa.
— Aleśmy my, mości dobrodzieju, panie hrabio, — dodał Ostójski jeszcze bardziej rozjątrzony, — wcale się tam nie cisnęli. Nie żądni jesteśmy towarzystwa do którego nie nawykliśmy, mamy swoje. Córka moja udała się tam na wyraźne zaproszenie i naleganie pani hrabinej. Żadnych koperczaków do mojej córki, gdybym je widział i one przypuszczał — nie dopuściłbym... bo córka moja partyę sobie odpowiednią znajdzie...
— Tylko nie gniewaj że się, mój panie Ostójski, — rzekł hrabia zmięszany, — nie bierz tych rzeczy tak gorąco... nie urażaj się. Rozumiesz to bardzo dobrze iż ja dla mojego syna partyi odpowiedniej i majątkiem i imieniem szukać muszę, a nie...
Ostójskiemu oczy krwią zaszły.
— Ale ja także! ja także! mości dobrodzieju! panie hrabio. Ja w tem szczęścia córki nie widzę żeby poszła za panicza którego by rodzina krzywo na nią patrzała. Zosia ma swoje sto tysięcy talarów gotówki, czego czasem i księżniczki nie mają, ma poczciwe imię, młodość, rozum, a z tem się prosić nie potrzebuje aby ją kto wziął.
Ostójski był tak zburzony i gniewny iż obawiając się aby mu język nie poddał jakiej niedorzeczno-