Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zywał, nie mięszał się, nie przeszkadzał, ale umiał obejściem się swem, miną, jednem niczem okazać dotkliwie czyja przytomność była mu nieprzyjemną. Jednym ze środków przezeń najpospoliciej używanych do odpłaszania ludzi, było ignorowanie ich zupełnie. Tych, których sobie nie życzył, nie widział, nie słyszał, nie znał; nie mówił do nich, unikał spojrzenia, nie odpowiadał na pytania, słowem obchodził się z niemi jak gdyby ich tam nie było. W ten sposób nie używając gwałtownych środków, umiał się w końcu pozbyć każdego. Zaraz następującego dnia zobaczywszy w pałacu zwykłe towarzystwo, ks. Wikarego który zwał się kapelanem, pana Juliana, którego mianowano doktorem anticipative, naostatek pannę Zofię z panną Klarą, hrabia rozpoczął postrzeżenia swe i postanowił w duchu oczyścić pałac z żywiołów napływowych, które mu się nie podobały. Kapelan uzyskał amnestyę już dla swej sukni, już przez to że mówił biegle o książętach rzymkich i kardynałach z którymi, jak utrzymywał, poufale obcował, Julian nie zbyt mu się podobał, lecz względem niego postanowił do czasu zachować się neutralnie, co się tyczy panny Zofii i cioci, na to spojrzawszy z ukosa, hrabia nie rozbrojony wdziękiem pierwszej, ani wdzięczeniem się drugiej, powiedział sobie że je wyprawi na folwark.
Dla samego syna nie chciał tolerować ich pobytu i odwiedzin w pałacu częstych pod pozorem muzyki. Zaledwie się pannie Zofii skłoniwszy, nieodpowiedziawszy ani słowa na wyszukany komplement panny Klary, stary pan szukał tylko środka grzecznego okazania tym paniom ażeby poprzestały bywać w pałacu. Z mężczyznami nierównie łatwiej, z kobietą bardzo