Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/92

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ja ojca błagam... — dorzuciła Zosia.
— Do pół roku, słowo, — rzekł Kanonik.
— Słowo.
— Dobrze, — dokończył ksiądz, — a po pół roku żadna mnie siła w świecie tu nie utrzyma. Wy doskonale się możecie sami we dworku tym pomieścić, ja w daleko mniejszym, bo my z siostrą takich apartamentów nie potrzebujemy.
— Poczekajcież no, mój dobrodzieju, — wrzucił Ostójski, — bardzo być może iż ja teraz z dzierżawy większej wyjdę a wezmę mniejszą i dalszą, zatem wcale w miasteczku mieszkać nie będę.
— To sobie dworek wynajmiecie, — rzekł Kanonik, — w teraźniejszem położeniu każdy grosz trzeba szanować.
Na tem więc stanęło; lecz Zosia po odejściu ojca została jeszcze dłużej z matką Juliana. Kanonik nic nie mówił, a w duchu i dziwił się i uwielbiał rezygnacyę z jaką cios ten straszny przyjął stary szlachcic i jego córka. Zosia obawiała się tylko o to by ojciec się zbytnią nie zabijał pracą, a Ostójskiemu szło o córkę... Przywykli do skromnego życia nie mogli poczuć nawet ruiny, bo im zostawało tyle że prawie nie zmieniając dawnego trybu dalej dom prowadzić mogli.
Chociaż wypadek miał być do czasu przynajmniej tajony przed ludźmi, ani panna Klara, ani Zosia nawet nie wytrzymały żeby się z czemś po troszę nie wygadała, ludzie podedrzwiami podsłuchali, w parę dni po miasteczku i okolicy rozbiegła się głucha wiadomość o katastrofie Ostójskiego. Znali go wszyscy jako bardzo zacnego i uczciwego człowieka, ubolewanie więc było powszechne. Nie zbywało na dowodach