Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/91

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


brzydka rzecz, nie ronię ich, ale mi na duszy ciężko! ciężko. Moja Zośka! moja Zosieczka!!?
Zakrył sobie twarz rękami, gdy z tyłu nadbiegające dziewczę pochwyciło go za szyję... Stało ono już i słuchało przez chwilę nim weszło.
— Tatku drogi! tatku najmilszy! jeśli o mnie chodzi! a! to możesz tańcować!.. A mnie pieniądze na co? Wiesz że razowy chleb lubię, że sukienki perkalowe noszę, że praca mnie nie straszy... zostało nam przecie coś! a! czegoż się gryźć. Pluń tatku na licho! Mnie waszej pracy żal... a dla siebie — doprawdy aż lżej.
Ojciec uściskał ją czule...
— No, to dosyć, — odezwał się, — teraz będę spokojny...
Odwrócił się do kanonika żywo.
— Przyszło mi na myśl, bo was znam, — dodał, — że wam się zaraz przyśni ze dworku ruszać aby nie być mi ciężarem. Pilno mi było was przestrzedz, że ja do pół roku nie potrzebuję go, bo mam najęty i zapłacony, a potem... no! to zobaczemy... pomieścimy się jakoś. Tylko ani mi się ruszajcie ztąd ani szukajcie mieszkania — jeżeli mnie kochacie.
— Mój dobry przyjacielu, — przerwał rozczulony Kanonik, — ja serce twe znam, ale mnie nie zmuszaj do położenia, które mi strasznie zacięży... nie zmuszaj. Będę swobodniejszy...
— O cóż idzie? po pół roku zrobicie co zechcecie, a do pół roku jak mnie kochacie, posiedzicie spokojnie.
Kanonik się wahał.
— Ja was proszę, mój ojcze, ja bardzo was proszę i Zosia...