Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/90

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


manentem, gotówką, w zbożu, na dłużnikach dociągnie do kilku może kilkunastu tysięcy. Gdym poczynał gospodarzyć, więcej nie miałem... ale naówczas też nie miałem połowy tych lat które mi ciężą na karku... i kochanego dziecka o którego los jestem trwożny. Nuż choroba, śmierć... a ona zostanie na łasce Klary? Klara najpoczciwsza w świecie, ale... ale... będzie po całych dniach deklamować, ręce załamywać — i po wszystkiem...
Znowu umilkli, Kanonik i pocieszać nie umiał.
— Tylko cicho, sza! niech ludzie się ze starego dudka nie śmieją... — dodał Ostójski.
— Przecież może złodzieja złapią i coś się odzyska, — rzekł Kanonik.
— Gdyby go złapali, to go jeszcze żywić będzie trzeba, wszystko puścił na bursie... Już tam drudzy starania robili... telegrafowali przez linę do Ameryki, ale ja na to grosza dać nie chciałem...
— Wie Zosia? — spytała matka Juliana.
— Nie zupełnie... ale zdaje mi się że się domyśla, i że Klara się jej łzami wygadała, mnie podszedłszy. Zosia żeby mnie nie zgryźć, wszystko w sobie stłumi — zresztą ona najmniej dla siebie potrzebowała, a pracować potrafi... Mnie to więcej dotyka com jej życie chciał zapewnić szczęśliwe, dostatnie, bez troski. Ale wola Boża... wola Boża...
— Kochany panie, — rzekł Kanonik, — byliście wy dla ubogich miłosiernemi, Bóg też dla was miłosiernym będzie. Nie traćcie ducha, serca, odwagi, a weźcie się do pracy.
— Muszę, — odparł Ostójski, — łzy za pieniędzmi