Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/58

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Miałem właśnie do ks. Kanonika prośbę, — rzekł, — ale...
— Proszę mówić, jeśli w mej mocy...
— Chciałbym odbyć rekollekcye u ks. ks. Jezuitów w...
Kanonik z razu nic nie rzekł.
— Czy to koniecznie u Jezuitów! — spytał po przestanku.
— Ja się nie taję z moją słabością, dla wielkich zasług i surowej pobożności tego zakonu.
— Obojga nie zaprzeczam, — rzekł Kanonik... — jedną bym tylko uczynił uwagę. Słuszna, czy nie, naród nasz przypisuje wpływowi tego zakonu, opanowanie przezeń wychowania publicznego, wszystkie klęski nasze, upadek i ciemnotę. — Nie będę się z panem sprzeczał o to, czy twierdzenie to, jest zupełnie uzasadnione. W pewnych jednak chwilach życia narodowego, boleść kraju poszanować należy — błędne nawet może sądy uwzględnić. — Czyż nie ma ani zakonu, ani miejsca, gdzieby rekollekcye odbyć można pobożnie i święcie, tylko tam? Na co narażać i odstręczać od siebie ludzi.
— Aby ich wywieść z błędu — zawołał gorąco ks. Leon, — należy walczyć otwarcie z uprzedzeniami. Jezuici raz czasu reformy kościoła w Polsce uratowali, dano im być może ocalić go od wpływu masoneryi, judaizmu i rewolucyi.
Kanonik spuścił oczy i milczał znowu czas jakiś.
— Nie wiem, nie wiem — odezwał się, — może — może. — Trudno z takiemi rzeczy się spierać — kwestya zawiła... Jabym wolał aby się katolicyzm bez tych pomocników obszedł... lecz... szanuję... przekonanie.