Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się brzydzisz! o! mój słodki Boże! coś powiedział! Tak! — wiek nasz cały idzie w tym kierunku iżby rad ochrzcił marzeniami najszlachetniejsze serca porywy... wkrótce może i Ewangelię nazwiecie marzeniem... Wszystko marzenie! Ależ dziecko drogie, tem co ty zwiesz marzeniem, życiem ducha tylko żyje człowiek... jeśli zejdzie na ciało, będzie cywilizowanem bydlęciem... Marzenie!! mój Boże — mówił Kanonik — a toć żywot. Ideały! a toć słońca do których lecieć potrzeba... ono to jest więc u was także marzeniem, wszystko co człowiek niedoścignionego ściga.
Stał winowajca, uśmieszek mu krzywił usta, nie mówił nic. Kanonik uspokoił się po chwilce, zmiarkował że spór i dialektyka z milczącym niemożliwa, dał pokój.
— Ja jutro jadę — rzekł — byłbym ci wdzięczen, żebyś więcej przy matce i domu pozostał. Między nami mówiąc, dobrą twą, kochającą cię matkę zaniedbujesz trochę. Mniej tego pałacu a więcej pilnuj domu, jak mnie kochasz. Zechcesz się rozerwać, idź lepiej do Ostójskich tam masz przyjacielskie prawdziwie, dawno wypróbowane serca... tam nic ci nie grozi. W pałacu radzi ci są bo się nudzą, ale oni z ludźmi nie swego świata, żyją tylko z nudów i przez grzeczność... a szczerej dla nich miłości nie mają, bo ich za pośledni rodzaj ludzi nawykli rachować...
Siostrzeniec milczał — na tej się więc nauce skończyło. — Dobranoc — dobranoc. — Kanonik padł na kolana i długo się jeszcze modlił.
Skutkiem otwarcia oczów p. Ostójskiemu, rozmowy jego z Zosią i rozbudzonej uwagi obojga było, że między pałacem a folwarkiem stosunki nieco ostygły; a raczej ostrożniejszemi się stały. Był to jedyny spo-