Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— No — już chytre — proszę cię, dosyć tego, — rzekł Kanonik, — dosyć.
— Bądź wola twoja, księże Kanoniku, dosyć, ani słowa, ino to jedno dodam, — szepnął stary, — że jegomość go kiedyś poznasz lepiej — ino będzie po czasie — więcej nie powiem.
Wziął się stary do kobierca.
Kanonik pomodlił się przed kościołem, starego poklepał po ramieniu i poszedł ku furtce wiodącej ztąd na probostwo... W ganku już spotkał ks. Leona, który pot z czoła ocierał.
— Czemużeście mi nie dali znać, — witając się rzekł Kanonik, — iż Wątróbka życzył sobie mnie mieć... byłbym pospieszył.
Ks. Leon zaciął wargi.
— Chciałem ks. Kanonika wyręczyć, — odpowiedział sucho.
— Pojmujecie przecież iż jabym także moją część w cura animarum rad spełnić... nie odbierajcie mi jej proszę... Ci ludzie mogą sądzić...
— Przepraszam, — przerwał Leon, — oni nie powinni dobierać sobie duchownych... każdy z nas przychodzi w imię Boże...
— Nie trzeba być tak bardzo surowym, — odezwał się Kanonik, — w ogólności powiem wam, wy zapewne w najlepszej chęci to czynicie, ale za ostro się czasem obchodzicie z ludkiem naszym, który do łagodności nawykł.
— To źle, — syknął Wikary, — to źle, religii mu zasłodzonej podawać nie trzeba, bo ją lekceważyć będzie.
— Wiem, że w tem różnią się nasze pojęcia, — chło-