Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Eliasz spojrzał i głową potrząsł.
— Nie potrzeba — ja wiem, że to wasz ostatni i że na wypadek drogi, siana nie będzie czem zasłać...
— Albo to ja podróżuję!
Eliasz zajął się kobiercem znowu, ale pancerz wosku którym był oblany, nie dozwalał ani pomyśleć o odczyszczeniu... Stali tak oba medytując nad nim.
— A ks. Wikary gdzie? — spytał Kanonik.
— Już pojechał czy poszedł... Przybył tu Stasiek Wątróbka, bo mu Pan Bóg dał dziecko i ono słabe, chciał chrztu a kobieta spowiedzi, bo też nie zdrowa... domagali się ks. Kanonika...
— A byłoż mi dać znać!
— Chciałem! szedłem, to mnie ofuknięto — i wyrwał się Wikary... — rzekł żołnierz. — On się teraz wszędzie wyrywa, gdzie nie potrzeba i choć go sobie nie życzą, a to tylko, aby JMść. ks. Kanonika nie dopuścić. Ja jestem głupi, ale ja to widzę już, że on chce wyprzeć zewsząd JMść. Wszystko niby z gorliwości bierze na siebie! Dobrze! a tymczasem gada, że Kanonik stary, niedołęga, marzyciel i do niczego...
Kanonik się zarumienił.
— Tego on nie mówi i nie prawda! Eliaszu... daj pokój.
— Mówi, ale ostrożnie i po cichu, po cichu. Wie, dobry człeczek gdzie co rzec i jak! O! wie!
Rękę wiarus podniósł do czoła i spuścił ją z wielkiem wzruszeniem.
— Ty bo go nie lubisz?
— A ktoby go lubił? ta — to gorzkie jak pieprz.. — odparł stary... — a chytre...