Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wybrałbym się z domu, taka teraz robota w polu... człek być musi nie odstępnie, bo za oczami...
Machnął ręką.
— No — ale chwała Bogu, dobrze? — spytał Kanonik...
— Tak, ani źle ani dobrze — odezwał się ręką gładząc łysinę stary — jakoś się tam wlecze.
— Inaczej na świecie nie może być!... uśmiechnął się ks. Kanonik... — a co się tyczy obiadu — dodał, mój dobrodzieju — wiesz, ja zawsze sobie waruję jedno — jeźli może dokąd nie zawołają... bo, obowiązki przedewszystkiem.
— To się rozumie... — kłaniając się szepnął Ostójski.
— Chorych mamy dosyć... bo to tu zimnice panują i przechodzą w różne gorączki nie dobre — mówił Kanonik... — umiera ludzisków dosyć, rodzi się też nie mało, Bogu dzięki... no! i nie próżnujemy...
Gdy to mówili, w ganku nagle zjawiła się postać nowa, od której jakby chłodem śmiertelnym powiało. Zobaczywszy ją w progu, wszyscy oniemieli, wesoły ton rozmowy nagle się urwał... Ostójski nawet spoważniał... Po cichu wszedłszy, bo nikt nie słyszał go idącego, stał z miną pokorną ale kwaśną, żółty, suchy, chudy, mizerny mężczyzna młody jeszcze, nie miłej twarzy, na której wyraz jakby niechęci, zazdrości jakiejś i szyderstwa tajonego się malował. Można było odgadnąć na pierwsze wejrzenie, iż stosunki jego w tym domu nie były zbyt przyjazne, acz jawnie poufałe i blizkie być musiały. Oparł się o stół i oczy spuściwszy stał z zaciętemi wargami.
Typ to był człowieka zrodzonego do martwienia siebie i drugich, który do życia potrzebował walki, sporu... ujadania się, opozycyi. Czarne jego oczy ma-