Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wszystko, teraz w nią już zajrzeć nie mogę. Czyste jej wody coś mi zmąciło... Inny człowiek, zimny, bez czucia — ostygły, obojętny, broniący się nawet wspomnieniom! — Widocznie nie chce mnie, lęka się — stroni — trzeba przecierpieć... przeboleć... przeczekać... przemilczeć. Potrafię wszystko... Być nie może by tak rychło serce i dusza tak poczwarnie się skrzywiły... zmieniły, żeby zapomniał, żeby nie czuł. Będę z daleka badać go i patrzeć... udam i ja, gdy potrzeba — obojętną... Zobaczemy.
Na te dumy, drzwi uchyliwszy, ostrożnie, wśliznął się ojciec cicho, zadysponowawszy robotę, aby zobaczyć co się z kochanem dziecięciem dzieje.
— Co ty tak siedzisz po ciemku — zapytał.
— Odpoczywam — szepnęła Zosia — trochę byłam zmęczona.
— I Klara cię napadła — ale ty się tem nie gryź... zrobisz co ci się podoba... ja cię zmuszać nie będę. Nie odnowią mi dzierżawy, Bóg z niemi, znajdziemy inną.
Pocałował ją w czoło, a ona go w rękę.
— Mój tatku — rzekła — niema o czem mówić, trzeba bądź co bądź do pałacu pojechać... a tam... ja, nie popełnię żadnej niedorzeczności... tylko, tylko będę sobą i jak mnie Bóg, stworzył. Niepodobam się, nie poproszą mnie więcej i — na tem koniec... Ciocia — szepnęła ciszej — czasem się tak potrzebuje wyburzyć — ale jej to przejdzie.
Ostójski uściskał jeszcze raz nic nie mówiąc córkę.
— Ty jesteś złote dziecko... ty moja najdroższa!