Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Róbcie sobie co zechcecie — ja wiem że ja tu głosu nigdy nie mam, choć więcej świata widziałam niż wy wszyscy. Umywam ręce... dobrze! dobrze! nie mięszam się do niczego. Jedźcie, nie jedźcie! mnie to wszystko jedno!
To powiedziawszy zakręciła się i wyszła. Ostójski z założonemi w tył rękami pochodził po pokoju, potem jakby sobie co przypomniał, wybiegł do gumiennego i zajął się rozporządzaniem robocizny na jutro.
Leczyło go to zawsze w podobnych utrapieniach domowych.
Zosia w swoim pokoiku siedziała na kanapce zamyślona ale nie zbyt tem wszystkiem wzruszona. Domyślała się ona lepiej od innych, że w tem wszystkiem grał pewną rolę Margocki, który żywił jeszcze nieobjawioną widocznie nadzieję pozyskania jej serca i ręki.
Zosi wydawało się to po prostu śmiesznem, bo jego żargon, pański ton, dystynkcya nabyta, wcale się jej nie podobały i nie przypuszczała żeby ją co zniewolić mogło do zadania gwałtu sercu... Powiedziała sobie że z zimną krwią da mu przy pierwszej zręczności poznać ażeby głowy próżno nie nabijał rzeczą niemożliwą.
Kochała Juliana od dzieciństwa... Więcej niż staranie p. Margockiego przestraszał ją chłód młodego człowieka, z którego niczem dobyć nie było podobna najmniejszej uczucia oznaki.
Myślała więcej o nim niż o tych strasznych odwiedzinach w pałacu — nie miłych wprawdzie ale obojętnych.
— Co się Julkowi stało? — mówiła sobie — tak się zmienił, że ja, com tak jasno w duszy jego widziała