Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i innych osób z okolicy, powtarzały się niemal codziennie. Hrabina potrzebująca rozrywki w stosunkach u wód i na wsi nie była zbyt przebierająca; — wiedziała że to za sobą żadnych nie pociąga następstw — Zosia ją bawiła oryginalnością swoją, Julian się jej podobał zarówno jak Caricie. Nie nawykła do ludzi z tego świata który wszystko bierze poważnie i do serca, znajdowała go wyższym nad innych, bo z nią nie grał komedyi miłości i był grzeczny a na pozór chłodny. Włoszka wolała ten chłód pełen uszanowania, pod którego lodami czuła gorejące żary, niż czcze umizgi ludzi, którzy kochać nigdy nie mogli.
W czem się najfatalniej przerachował, jak mówią, Margocki, to w wypuszczeniu z klub swoich młodego hrabiego. Tymczasem hrabia Edmund od pierwszych odwiedzin Zosi mocno się nią zajął. Margocki nie przypuszczał żeby to na seryo czemś innem być mogło, nad płochą zabawkę, ale go to niepokoiło... Ile razy się spotkali hrabia mówił, rozpytywał tylko o Zosi, nareszcie jednego dnia niespodzianie oświadczył że wypada mu za matkę i za siebie być z odwiedzinami na folwarku, zabrał Margockiego i pojechali.
Zosia przyjęła ich ani zdziwiona, ani do zbytku tym honorem przejęta, a choć ojciec i ciocia występowali tak że cały dwór się poruszył i tysiące bąków postrzelano z wielkiej gorliwości, ona pozostała po swojemu, wesołą, grzeczną ale bynajmniej nie poruszoną.
Wróciwszy z tych odwiedzin, nazajutrz gdy Margocki przyszedł rano do hrabiego, zastał go zadumanym w fotelu i pierwsze pytanie jakie usłyszał, było:
— Mój Margocki, czy też oni są szlachta?