Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


lusz i rękawiczki, siądź i rozmówmy się po staremu... bo się będę gniewać. Nie dałam przecie żadnego powodu do takiego nakrochmalenia względem mnie. Pamiętasz pan jak to niegdyś pogniewaliśmy się o kasztany... cośmy całe dwa dni bokiem chodzili do siebie, czyżby znowu jaki niewidzialny kasztan wpadł między nas?
Julian mimowolnie oczy podniósł i uśmiechnął się — Zosia roześmiała się także.
— Doprawdy, zdziczałeś mi pan w tym Berlinie?
— Mówiłem pani, zestarzałem...
— No, to prędko odmłodniej! my tu nawet starym nie pozwalamy się ukwaszać... To wolno tylko ogórkom, pardon de l’expression. — Jaka szkoda — szczebiotała ciągle, — ten nieznośny deszcz nie pozwala mi pokazać panu, jak wierna naszym wspomnieniom dziecięcym, uprawiam starannie nasz ogródek i tę grzędkę na której razem sialiśmy owe nasionka polnych kwiatków, które nigdy nie wschodziły... Miałożby to tak być później w życiu i z uczuciami, że posiane w młodości, wyrastają z chwastem? Ostatnie słowa wypowiedziała ciszej i prędko. Julian drgnął, popatrzał na nią, spuścił oczy i począł bojaźliwie.
— Niech pani wierzy, iż przyjaźń i szacunek dla niej nigdy w tak niewdzięczny sposób się nie zmienią.
— Szacunek może być poważny i zimny, — przerwała Zosia, — bo to staruszek, ale od przyjaźni, już dla tego że jest rodzaju żeńskiego, wymagałabym trochę więcej ognia... swobody...
Przerwała nagle i poczęła cicho:
— Panie Julianie, bądź pan po dawnemu, zapomnij