Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/7

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ukąsił chleba i tego przełknąć nie mógł, siadł i palce okręcał sumując.
— Czy to jaki sekret? spytała Zosia.
— Sekret, o którym wróble na dachu śpiewają, — rzekł Ostójski.
— A ja niewiem! mruknęła Zosia.
— E! dalipan, mnie się widzi że i ty to wiesz, tylko pewnie jak ja, nie robisz z tego sobie wielkich rzeczy.
— Nie mogę zgadnąć, — dodała Zosia.
— Nie łam sobie głowy — głupstwo! — powtórzył Ostójski.
Podano kaszkę sypką, Ostójski wziął na talerz, skosztował i łyżkę położył. — Jeść czegoś nie mogę.
— Bo byś się tatko wyspowiadał przedemnną i — i było by ci zaraz lżej, ja bym coś może poradziła!
— Ty?
— Ja.
— No, proszę... ty... do rady!
— I bardzo! — roześmiała się Zosia.
Ostójski odstawił talerz, poszedł po swoje karty i zamiast wieczerzę jeść, począł kabałę kłaść. Zosia przestała pytać, ale pomagała do ulubionej zabawki.
— Powiedz ty mnie Zosiu, — zawołał nagle Ostójski, — czyś ty nie postrzegła że to paniątko, hr. Edmund słodkie oczki do ciebie robi?
— Jakżebym ja, kobieta, nie postrzegła tego? — uśmiechnęła się Zosia. — Gdyby to nie od tatka, pogniewać by się można za samo pytanie.
Cześnikiewicz zaczął się śmiać.
— Cóż ty na to? hę?
— A! ojcze kochany — chyba ze mnie żartujesz i tem drugiem pytaniem. On się bawi, ja się nim bawię,