Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wszyscy zamilkli:...
— Żeby mi papa konia kupił i amazonkę sprawił — zawołała Zosia.
— Otóż masz! jeszcze czego! — ofuknął stary — tak! zapewne, żeby jeszcze uchowaj Panie Boże, koń poniósł, albo jaki przypadek... Takiemu trzpiotowi, wartogłowie jak ty, konno jeździć! Dajże ty mi pokój.
— A tatko mówi, że mnie kocha i dogadza mi — mruknęła Zosia — wszyscy państwo widzicie jak.
— Moja Zosiuniu — przerwała panna Klara — czyniłam ci niejednokrotnie tę uwagę, iż jakkolwiek osoby wyższego towarzystwa pozwalają sobie konnej jazdy, nigdybym młodej dziewicy nie życzyła ani jej pożądać, ani się do niej zapalać... Dla niewiasty...
— Cóż Ciociu, kądziel i wrzeciono? wszyscy się śmieli, ciocia trochę się uraziła.
— Wszystko co chcesz, byle nie koń i cygaro — rzekła żywo.
— Będę więc siedzieć przy krosienkach, a dla uniknienia pokusy — zawołała Zosia — zamknę oczy i zasunę okno...
Obiad przeszedł na takiej pogadance swobodniej, nawet pan Julian się rozruszał nieco i chwilowo wrócił mu humor młodzieńczy...
Deszcz który cały ranek pruszył, sprawdzając chłopskie meteorologiczne postrzeżenie, ku południowi począł coraz mżyć delikatniej, resztę mgły rozpędził wiatr, obłoki się porozdzierały, słońce wyjrzało i gdy od stołu się ruszono, pogoda była tem piękniejsza, że powietrze się odświeżyło... Zosia uderzyła w ręce, ciesząc się tą niespodzianką, która jeśli nie do ogródka, to choć na ganek wyjść dozwalała.