Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


trząc na jedwabne suknie hrabiny? Jakiż to tak niebezpieczny świat i towarzystwo! Co to za przypuszczenia!
W miarę jak się rozogniała panna Klara, do coraz wyższego wznosiła się stylu.
— Ojcze nieopatrzny! zawołała — dziecię od kolebki uczysz samowoli! Tak! Cobyś miał ją nakłonić ażeby korzystała z jedynej może sposobności wdrożenia się w układ wielkiego świata, ty ją w niziny i poziome sfery sprowadzasz. Zasklepiona jest miłość twoja... człecze niebaczny.
— E! e! daj no pokój! daj pokój tej retoryce — przerwał Ostójski — mnie to nie porusza bo ja tego się nasłuchałem. Gadajmy po ludzku... Na co ja mam Zosię męczyć...
— A cóż to za męka? włoży sukienkę i pójdzie z tobą albo ze mną, trochę się za pierwszą bytnością porumieni — zakłopocze... trochę się zażenuje, a potem sama ci dzięki składać będzie.
— Jeśli moja niebytność może ojcze ściągnąć jakąś nieprzyjemność... a no, pójdę! rzekła Zosia po namyśle — ale... ale... zobaczycie państwo że mnie tam bardzo potem zapraszać nie będą, na taką się im prostaczkę wystrychnę.
Ciocia ręce załamała.
— Ty byś śmiała! krzyknęła.
— Słuchaj ciociu droga — marsa strojąc strasznego odezwała się Zosia — czy wy myślicie że oni mnie czemkolwiek w świecie imponują? ani tonem, ani pałacem, ani imieniem, ani ekwipażami, ani francuzczyzną, ani temi cesarzami z któremi się kumają! Są to ich zabawki dziecinne... a ja dzieckiem nie jestem