Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Otworzył ku niemu ręce obie, jakby dla uścisku... Julek wstawszy powoli poszedł jedną z tych dłoni po angielsku ująć dość obojętnie. — Staruszka postąpiła także i powitała go.
— Jak się tam pan ma, panie Ostójski... czy zdrów? czy zdrowi wszyscy?
— Dziękuję serdecznie... bardzo dziękuję, do nóżek upadam... a ksiądz Kanonik?
— Mój brat przy swoim brewijarzu, to jego godzina, a tej on dla nikogo w świecie nie opuści...
— Dawno pan Julian przyjechał? Nic nie wiedziałem?
— Wczoraj! wczoraj! jeszcześmy się nim nacieszyć nie mogli, nagadać z nim nie mieli czasu... Siadaj że pan, kochany panie Ostójski...
Wciąż uśmiechając się do pana Juliana, gość przysiadł na ławce — Julian był niewiadomo czem trochę pomięszany i posępny.
— Coś mi pan Julian nie wyśmienicie wygląda — rzekł przybyły — mizernie, blado... to to powietrze miejskie nic nie warte... wędzi człowieka... tu u nas na wsi, odżywi się i odrumienieje.
— To nie powietrze — pochwyciła matka — ale nauka! nauka! Co też oni pracy mają! On się nią zamęcza, to poczciwe, dobre chłopczysko nasze, chciałby i co prędzej nauki skończyć i nie dać się nikomu wyprzedzić...
— Ale tu u nas książki precz... i odpocząć trzeba — przerwał Ostójski — tak! tak ! my tu pana rozruszamy i rozbawimy...
— Gdybym ja na to czas miał — odezwał się jakimś głosem niepewnym Julek — ale ja choć na ferye