Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rzecz nieprzyjemna... Ludzkie języki ze wszystkiego umieją czernidło wyssać.
Zatrzymał się powtóre, Ostójski stał i dumał.
— No — co wy na to?
— Proszęż was, szanowny panie, co ja tu mam na to powiedzieć? i co począć? Mnie i jej to do niczego... a znowu nie jestem z tych coby dali z siebie robić zabawkę.
— Więc, cóż.
— Więc, przestaniemy bywać w pałacu.
— Myślicie że on tu was nie dogoni? — zapytał Margocki. — Oszalał jak młokos.
— Juściż mu drzwi zamknąć nie mogę.
— Tak, — odparł Margocki, — ale — nie zdradzcie mnie tylko — wszak macie gdzie pewnie krewnych? czyż byście dokąd wyjechać nie mogli.
Ostójski pomyślał.
— To zdrowa i przyjacielska rada, — rzekł, — ale kiedy już tak pozwalasz z sobą mówić otwarcie — powiem ja co mi podróż utrudni. Moja Zosia... moja Zosia... no, przecież w tem złego niema nic, z młodości ma przy wiązanie do Juliana... On tu rzadko do nas zawita, właśnie przyjechał... nie zechce się jej teraz — odbiedz ztąd, i byłoby jej przykro. Ja przyczyny zmuszającej do wyjazdu powiedzieć nie mogę, ona nie zechce jechać, a dalipan jak się uprze to na swoim postawi. To moje dziecko jedyne i ona u mnie — pani.
Margocki się uśmiechnął. — Ta miłość dla pana Juliana to wątły kwiatek wiosenny. Czyż panna Zofia nie widzi że on się bierze do włoszki i nie odstępuje jej na krok?
— Dalibóg bym wyjechał, — rzekł Ostójski, — byle