Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


me il faut darzył i gdy mu pewien nie zbyt starej daty panicz, ożeniony z kuzynką jego, przyniósł swój rodowód mozolnie dociągnięty do XV w. odpowiedział — Continuez, et vous finirez par devenir des gens très comme il faut.
Ks. Leon mówił pięknie po francuzku, po włosku, znał Paryż, Rzym, Włochy... a to samo już go poniekąd uszlachcało.
Za dawnych czasów szlachcicowi za herb stała kresa na czole, teraz dosyć francuzczyzny i politury.
Panna Klara oczekiwała na brata, przysposabiając się w duchu do walczenia, jeśli by było potrzeba, za dobrą sprawę. Margocki przekonał ją, ujął i pozyskał najzupełniej. Wiedziała wszakże iż z Zosią nie pójdzie łatwo, a z bratem dla tego trudno iż on pociągnie za córką. Zbroiła się więc tymczasowo w argumenta chodząc żywo po pokoju.
Juścić jeśli brat życzy sobie losu dla córki, powinien być z tego szczęśliwym że jej się taki dom otwiera! Ale ja przeczuwam co się tu święci! Zosia ma głowę nabitą tym doktorem, który nawet jeszcze doktorstwa nie pozyskał! Przecież panna która będzie miała sto tysięcy talarów posagu mogła by coś lepszego znaleźć, niż takiego medyka... Szlachcic i hrabia nawet by się trafił!! bo i piękna i rozsądna i wychowałam ją jak niemożna lepiej. Tylko wznioślejszych uczuć nadać jej nie mogłam...
Tu westchnęła panna Klara.
Wrodzona to rzecz i tego się pono nie nabywa — to darmo...
Niech sobie brat mówi co chce, ja od mojego zdania nie ustąpię — a choćby się Zosia upierała to