Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/88

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Możebym ja poszedł do niego, — zawołał Kanonik, — czasem słowo przyjaciela coś zaważy... a przypomnienie woli Bożej...
Chciał już wziąć za kapelusz, ale go panna Klara wstrzymała.
— Nie można mu o tem mówić, póki sam nie przyzna się. Gniewałby się żem ja go zdradziła, przyleciałam tu, — dodała panna Klara, — aby dolą naszą podzielić się z sercami przyjaznemi i pocieszyć współczuciem. O! przeznaczenie!
Uściskała matkę Juliana i pobiegła równie pospiesznym krokiem jak przyszła. We dworku smutek był wielki.
— Pierwsza rzecz teraz, — zawołał Kanonik, — żeby mu jego własność zwrócić, bo dziś i ten dworek dla niego wiele znaczy. Nic więc nie mówiąc trzeba innego mieszkania szukać, pozór jakiś znaleźć, a ztąd ustąpić.
— Tak, to prawda, — rzekła smutnie matka Juliana, — a! ale jakże ciężko się nam będzie znowu przenosić.
— Ciężej jemu, moja siostruniu, na starość zostać z uszczuplonym chleba kawałkiem — westchnął Kanonik... — ale Bóg łaskaw...
Miał iść nie zwłócząc do miasteczka, gdy Ostójskiego zobaczył, który z kijem w ręku szedł powoli z głową spuszczoną. Na twarzy jego znać było przybicie, ale nie tak szaloną rozpacz i zwątpienie, jakich się Kanonik obawiał. Pozdrowili się jak zwyczajnie, Ostójski postawił kij w kącie i siadł.
— Jeździłeś pan do Berlina — cóż tam słychać? — spytał Kanonik.