Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— szepnęła Zosia spuszczając oczy, — nie zostało nam nawet tyle, by dobry młyn gdzie nabyć. Ojcu się zdaje że z tego co ma łatwiej się dorobi.
Mówili dłużej jeszcze, swobodnie i poufnie, a do rozmowy wmięszały się wspomnienia młodości, których Julian nie unikał. Był jakiś wesół i mówniejszy niż dawniej. Zosia mu tego powinszowała.
— A! pani! — odezwał się otwarcie, — teraz to co innego, jesteśmy na zupełnej stopie równości. Dawniej widziałem w pani w całym blasku majestatu dziedziczkę fortuny, którą olśnięty ust nie umiałem otworzyć... teraz mówię z panną Zofią.
— Więc się na coś nasze nieszczęście przydało przecie! — dodała Zosia.
— Aż mi wstyd że ja na niem skorzystałem, gdy państwo straciliście, — dorzucił Julian.
Po odejściu Kanonika ze swemi Zosia w wybornym humorze siadła grać na fortepianie. Grała strasznie jakoś burzliwie, gdy ojciec się wsunął.
— A co? a co? — spytał, — nieprawdaż że Julian jakby inszy człowiek. Zawadzały mu widocznie talary, które pojechały z tym przecherą do Ameryki?
Zosia mu się rzuciła na szyję.
— Julian śmielszy jest... a jednak??
Powróciła do grania, Ostójski poszedł do stolika kabałę kłaść, ale na co? do tego przyznać się nie chciał. Kabała mu wypadła... nie można wszakże zaręczyć, czy dyplomatycznie w pomoc jej nie przyszedł.
Julian, któremu znanem było postępowanie Wikarego z Kanonikiem i tysiączne drobne przykrości, jakie czynił wujowi, nie miał cale zamiaru odwiedzać