Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A! to się rozumie... ale powiedzże mi — pytała hrabina, nie masz przecie jakich projektów? co robisz? co myślisz? nie znalazłeś sobie stosownej partyi?
Hrabia który nie znalazł nic oprócz artystki w teatrze Fryderyka Wilhelma, do której się nie myślał przyznawać, spuścił oczy i zamilkł.
— A! to trudno — odparł, widzi kochana mama, do tego by potrzeba być na innej stopie, inny tren prowadzić! a to, przy moich dochodach skromnych nie podobne — Entre nous, kochana mamo, papa zbyt wiele potrzebuje, ma do tego zupełne prawo... ale dla mnie nie pozostaje wiele... — Ta wymówka która zdala też dotykała i matkę, spowodowała przydługie milczenie.
— I ja bym też mogła się trochę użalić na hrabiego — dorzuciła po chwili — ale — laissons cela, to niepomoże...
Zaczęto mówić o czem innem, hrabina wpadła na ulubiony swój temat Paryż, opis dworu, zabaw, odwiedzin w Compiègne, balów i t. p. Młody Szambelan słuchał z zajęciem i wywzajemnił się niektóremi szczegółami ciekawemi o dworze, o rozrywkach jego, podróżach i t. p.
Rozstali się po rozmowie długiej bardzo z siebie zadowoleni, a gdy Margocki wszedł po tem do pokojów Szambelana — ten mu rzekł wesoło.
— No — myśl Margosiu, żebym się nie nudził, bo dla mamy posiedzieć muszę... Wiesz, że mama zawsze ślicznie wygląda? prawda?
Roześmiał się. — Jest kto w sąsiedztwie? I począł wypytywać o młodzież... Margocki wyliczał mu prześmiewając, opowiadając, dworując doskonale. Nad