Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie był. — Ks. Leonie, gorliwość was unosi często za daleko.
Ks. Leon uśmiechnął się: — to rzecz mojego sumienia.
— Nie czynię też z tego wymówki, aleście wy mi zadali słabość.
Wikary odwrócił się z szyderską a jakiemś przypomnieniem spokorniałą postacią. Wyrazy jego następne przybrały dziwny ton zaledwie pochwyconej ironii.
— Gdzieżbym ja się ośmielił, ks. Kanonikowi, cokolwiekbądź zarzucać! Może się źle wytłomaczyłem — znam moje położenie, obowiązki, zależność, winne starszym posłuszeństwo i proszę mi wierzyć że... ściśle trzymam się stanowiska mojego, granic nie przekraczając nigdy...
A po chwili począł dziwnym jakimś tonem coraz w powagę rosnącym.
— Pozwoli ks. Kanonik...
— Wszystko w świecie, — rzekł spokojnie kapłan, — mów, co się podoba.
— Każdy wiek kościała wojującego ma swój odrębny charakter, i strategia też kościelna zmienić się musi stojąc w obec coraz innego nieprzyjaciela... Ja byłem w Rzymie i tam zaczerpnąłem skazówki co do właściwego sposobu postępowania...
— Zapewne, — rzekł Kanonik, — ale przyznasz mi że i każdy kraj ma właściwy sobie charakter, a kościół zwykł od wieków, jak dobra matka, zastosowywać się do potrzeb swych dzieci.
Ks. Leon przeszedł się uśmiechając po ganku.