Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— A! pani hrabino, — roześmiał się proboszcz, — ja jeszcze nie czuję się tak starym i niedołężnym — i radę sobie dam z parafią... Wikary mi nie jest tak nieodzownie potrzebnym.
— Zawsze, zawsze mój ojcze...
Kanonik chciał wysłuchać o co chodziło, więc milczał.
— Otóż, mój dobry ks. Kanoniku, wiedząc i to że wam podobno jakoś ten młody człowiek nie zupełnie dogodny...
— Tego nie powiem, — przerwał Kanonik — ja jestem z niego dosyć kontent, może on ze mnie, nie...
Hrabina spojrzała bystro i spuściła oczy.
— Koniec końców, wzięłabym go sobie za kapelana, to i wybyście się od niego uwolnili — i jabym wam nie była ciężarem... Czy nie macie nic przeciwko temu?
— Pani dobrodziejko, — odezwał się Kanonik, — jak tylko jej życzeniem jest to — dla mnie będzie najmilej jeśli się ono spełni.
— Tak! tak! byłam pewna, — śmiejąc się dodała pani, — że wy się za to gniewać nie będziecie. Ale powiedzcie mi, ot, tak, szczerze, jak swej kolatorce... czem on względem was przewinił?
— Ja go o nic nie obwiniam, — rzekł Kanonik. — Możemy być różnych charakterów, nie zawsze się godzić w sposobie zapatrywania na świat, na ludzi i obowiązki — ale ja nic niemam przeciwko niemu.
— Nic?? — powtórzyła hrabina.
— Nic a nic, — potwierdził Kanonik.
— Więc się starać mogę aby mi go wyznaczono za kapelana do pałacowej kaplicy?