Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w której były zawsze gotowe na przyjęcie apartamenta hrabiowskie, gdyż tam zajechał i wysiadł. Miał się przebrać i posłał do hrabinej z zapytaniem czy będzie przyjętym i o której obiad. Stary hrabia inaczej nie jadał jak najwcześniej o siódmej, tu na wsi o trzeciej musiała jadać hrabina, dla uniknienia wielu niedogodności, ale i ona by była wolała siódmą lub ósmą. Ponieważ już było po obiedzie, hrabia kazał sobie podać obiad w swoich pokojach, a do hrabinej obiecał się na wieczór.
Nakarmić hrabiego było na wsi niesłychanie trudno, wykwintny smakosz, nierozumiał obiadu bezprawidłowego. Musiała być ryba, zwierzyna, lody, przekąski, nowalie, cztery wina różne... szampan i t. p. Musiało to wszystko być podane z szykiem, a najstarsze Bordeaux bez koszyczka i stojące wydało by mu się nie do picia.
Gdy Edmund wszedł a ojciec zajęty był toaletą, rozpoczętą po podróży od kąpieli... nie można się z nim więc widzieć było, póki by się nie ubrał. Dobrą godzinę najmniej miał młody hrabia przed sobą i poszedł z Margockim do jego mieszkania na dół.
— No, Margosiu — ciężka na ciebie przyszła godzina — odezwał się do niego — mama, papa i ja... Trzy błagające dłonie a raczej garście, któreby jak najwięcej pochwycić i ścisnąć chciały!! Wyłysiejesz do reszty...
Plenipotent się uśmiechnął.
— Z próżnego i... Salomon nie naleje — rzekł — przedstawię rachunki... okażę wydatki... a co zostanie... zabierzecie.
— Tylko ci z góry powiadam ja na rachunki nie pa-