Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/90

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


gdy się nauczysz, a ja ci z przyjemnością służyć będę za nauczycielkę... Wiesz że moim był ten nieoszacowany, dobry, genialny nasz Abbate, Monsignor Liszt.
— Wiem pani i to mnie tem większym strachem nabawia!
— A lubisz muzykę? — spytała hrabina.
— Któżby muzyki nie lubił! — zawołała Zosia, — muszę się jednak przyznać, że ona dla mnie jest miłą życia przyprawą, ale samem życiem... nie...
Hrabina trochę zdziwiona wyrażeniem, spojrzała przez lornetkę jakby twarzą powiedzieć chciała: bardzoś śmiała, moja panienko...
Carita też z uwagą zaczęła się przypatrywać dziewczęciu.
— Nie dziwię się, — zaczęła powoli dostojna pani, — że panna Zofia, acz lubi muzykę, nie roznamiętnia się dla niej. Na wsi... nie słysząc wirtuozów...
— Ja pani, — przerwała Zosia, — słyszałam ich trochę...
— A! gdzie! — z lekką ironią spytała pani.
— W Paryżu i we Włoszech...
Hrabina, która nie wiedziała iż Zosia z ojcem tę podróż odbyła, pokiwała głową.
— Wielkie to szczęście świat widzieć szerszy i wyżej pod wszelkiemi względami stojący od naszego biednego zakątka.
— A! pani! ale to kątek najmilszy w świecie, bo to ziemia nasza, bo to Polska — ojczyzna...
P. Klara zbladła, milczenie głębokie panowało chwilę, wszyscy czuli się zakłopotani tym wystrzałem szowinizmu biednej Zosi, która dojrzawszy łatwo skut-