Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


W tych dwóch ludziach dwa przeciwne systemy i wykłady nauki chrześciańskiej się uosobiały. Kanonik brał z niej wszystko co było miłością, dobrocią, słodyczą, przekonaniem... Ks. Leon wybierał z upodobaniem: grozę, strach, surowość nieubłaganą. Pierwszy z nich pociągał ku sobie otwierając ramiona ku ludziom, serce dla ludzi; — drugi piorunami ciskał, przerażał i strachem chciał świat prowadzić.
Dla Kanonika litera była równie świętą jak duch ewangelii, lecz z faryzeuszowską drobrostkowością nie przywiązywał się do niej; spokojny będąc w sercu, bo ją pojmował z miłością wielką; dla ks. Leona litera była wszystkiem, a po za nią nie widział nic. Różnili się też wielce i w innych swych pojęciach obowiązków, świata, ludzi... a najbardziej tem, że Kanonik był otwartym i szczerym, ks. Leon zamkniętym, napuszonym, i wiecznie jakby rozgniewanym.
Niewdziano go nigdy z twarzą wesołą. Z ambony grzmiał i piorunował jakby nie słodkiego Jezusa, ale groźnego Jehowy był kapłanem. Po kilku pierwszych próbach, nawet w dnie odpustu i ścisku konfesyonał, w którym ks. Leon spowiadał był pusty, gdy do Kanonika tłumem się cisnęli ludzie. To zwiększyło jeszcze gniew wewnętrzny ks. Wikarego, który utrzymywał, że parafia była zdemoralizowaną, popsutą i potrzebowała wielkiego rygoru, aby wyjść z tego rozprzężenia. Nie taił on się z zarzutami przeciwko Kanonikowi i ten wiedział dobrze, iż nie miał w nim przyjaciela, ale go wymawiał, tłómaczył i nie miał mu tego za złe.
— Bo to, widzicie — mawiał cicho — młody jest, jak zwykle gorliwość go unosi, co rzecz chwalebna...