Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 02.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nam tak szło ładnie i dobrze... pół słowa starczyło by myśl przelać, dziś w sta obwinięta jeszcze zrozumiałą nie będzie. Pan mnie nie chcesz, ja pana nie mogę zrozumieć.
Julian uczuł się wzruszonym, ale natychmiast poskromił w sobie ten zaród słabości.
— No, kiedyż my się zobaczemy? — spytała go weselej Zosia, której oko odgadło uczucie — kiedy i gdzie? — zabawisz pan tu długo? czy my go zastaniemy?
— Wątpię, rzekł Julian, — ja wprędce jechać będę musiał...
— A powrócisz?
— Czyż mogę oznaczyć? Bóg wie jeden...
— Może was matka pociągnie tu, a my z tego skorzystamy..
Julian obawiając się osłabnąć już brał za kapelusz i drżącą rękę podał Zosi — która ją poufale zatrzymała.
— Czekaj pan, — rzekła z powagą i wzruszeniem, — na odjezdnem muszę panu zostawić słowo jedno, którego nie powinieneś zapomnieć. Serce moje wstrzymać go nie potrafi — kochaliśmy się dziećmi, dziś — losy nas dzielą. Ja czytam w duszy waszej, lękasz się bogatej dziedziczki:.. Wiedz panie Julianie jedno, że ci ta dziedziczka będzie umiała czekać póki ty nie staniesz się równie bogatym. Znajdziesz ją wierną dawnemu uczuciu, spokojnie oczekującą... i ufną w to, że dwa serca które czyste połączyło uczucie, nawet po chwilowym obłędzie powrócić do siebie muszą. Na to ci rękę moją daję...
To rzekłszy, nagle się odwróciła i wybiegła. Ju-