Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się o jego łaski troszczczyć! o! pannie Zofii to przyjdzie łatwo z jej trafnym instynktem i...
Zosia spojrzała.
— Komplement — rzekła, załamując ręce komicznie, — a kiedy też już pan Julian mnie, mnie! mnie! śmie prawić komplementa! — to znak ostatecznego rozbratu... pan, mnie.
— Ale to nie jest komplement!
— A cóż to jest? — spytała Zosia.
— Nie — potrząsając głową odpowiedziało dziewczę, — nie. Stary mój przyjaciel pan Julian inaczej by mi to był powiedział...
Obwiniony zamilkł. Matka spojrzała na syna z pewnem smutnem zdziwieniem...
Rozmowa rozbita, chwytana z kolei przez wszystkich przytomnych i rzucana... zakończona została sentencyonalnie przez pannę Klarę.
— Gdyby mnie o zdanie pytano — odezwała się, — wyraziłabym ją z właściwą mnie otwartością... Dla osoby w kwiecie wieku jak luba Zosia... cóż może być pożądańszem nad dobre towarzystwo? W niem się nabiera tej woni i tonu, który całemu życiu urok daje. Przyklasnęłabym z serca, gdyby w pałacu bywała, mówię otwarcie.
Ostójski mruknął.
— Niech ich z tonem i wonią... Niedokończył... Goście się zaczęli żegnać...
Wychodząc z folwarku Julian wyprosił się na przechadzkę ku sąsiedniemu lasowi. Kanonik z siostrą wracali sami. Szli długo zamyśleni oboje, smutni trochę, milczący.
— Przyznam ci się siostruniu — po długim prze-