Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


o Ameryce, rozgość się u nas. Pojedziesz sobie kiedy zechcesz, a tymczasem...
I znowu daremnie oczekując odpowiedzi, zaśmiała się, zaczynając z innego tonu.
— A! to się już domyślam... zwierz mi się pan! Zakochałeś się w Berlinie... dla tego jesteś tak smutny!
— Zgadłaś pani, śmiejąc się także, zawołał Julian.
— W kim?
— W prześlicznej trupiej główce, która mi do studjów służyła...
Zosia pobladła.
— Jakto? pan? i na panu to nie czyni wrażenia? trupia główka? może doprawdy kobieca? i nie wiesz pan czyja?
— Że kobieca, to pewno, — odpowiedział Julian, — i musiała być młodziuchną, bo wszystkie w niej ząbki jak rząd perełek siedzą...
Zosia się wstrzęsła...
— No, to w istocie rozumiem teraz, że po takich przysmakach, życie i ciepły oddech jego obrzydnąć, zobojętnieć mogą. W istocie miłość nauki, którą pan nazwałeś trupią główką, zabija inne uczucia... ona jest także zazdrosną... Tylko, mój panie Julianie, jestli na świecie taka trupia główka coby żywej muszki była warta!
Otworzyły się drzwi do jadalnego pokoju i panna Klara ozwała się patetycznie.
— Niechże państwo raczą... pokarmy już są na stole... pokarmy już są na stole... Służymy czcigodnym gościom naszej strzechy...
Wszyscy byli tak nawykli do uroczystych prze-