Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


patrzał po wszystkich i zamilkł. W chwilę potem wziął kapelusz ze stołu i zabierał się do odejścia.
— A no! więc — czekam z obiadkiem — odezwał się kłaniając i rękę podając z kolei — o godzinie pierwszej waza na stole...
Kanonika pocałował w ramię, panią siostrę w rękę, Julka może miał ochotę w twarz, ale medyk zdala tylko dłoń uścisnął.
Potem szybkim krokiem ruszył pan Ostójski z plebanii do miasteczka... Ksiądz za nim długo popatrzywszy, westchnął i ująwszy znowu swój brewiarz wszedł do wnętrza...
Ksiądz Leon mieszkał obok plebanii w nowszym niewielkim domku, który wikaryą nazywano. Od niedawna przysłano go Kanonikowi w pomoc, nie pytając wcale czy mu ten towarzysz i współpracownik będzie po myśli. Zdaje się, że młody duchowny miał silne w górze plecy i że go przeznaczono na lepsze i wyższe jakieś miejsce, a tymczasowo tylko dano mu tutaj przytułek. Widać było po nim, jego zgryźliwem usposobieniu, sposobie życia, humorze i obejściu się z Kanonikiem, iż czuł się podrzędnem owem stanowiskiem upośledzony. Mówiono, że był bardzo uczony, oprócz bowiem seminaryum dyecezalnego i akademii w Niemczech, jakiś czas był na studyach w Rzymie i z tamtąd powróciwszy czuł się powołanym do sterowania temi, którzy w propagandzie i Sapienzy nie zaczerpnęli tradycyi. Sądził, że użytym zostanie przy stolicy Biskupiej lub samym pasterzu, że osiągnie profesurę w szkole duchownej, a skończyło się na tymczasowym wikaryacie i to jeszcze przy Kanoniku, z którym trudno mu się zgodzić było.