Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pałac i folwark 01.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Droga matko, — rzekł smutnie Julian, — gdyby nawet tak było, to fantazya młodego dziewczęcia, która sobie uleci. A któż wie! gdybym się dał uwieść urokowi jej twarzyczki i fortuny, a potem w dniach posępniejszych posłyszał wymówkę, żal! A! nie! nie! — dodał — myśleć nawet o tem niepodobna...
— Wiesz co, — odpowiedziała matka, — wszystko to może być prawdą, ty po męzku zapatrujesz się na życie, pobudki są szlachetne — a przecież, mój Julku — ja — matka wolałabym w tobie może widzieć — więcej serca!
Julian drgnął cały, zapłonął, pobladł.
— Serce mieć potrzeba, — rzekł, — ale mu się zbytnio dać powodować nie można.
— Tylko mnie się zdaje, mój Julku, że tak chłodno trzymać je na uwięzi może człowiek naówczas gdy nie kocha. Ty jej nie kochasz... A więc, rzecz skończona! Szkoda, bo lepszego dziewczęcia nie znajdziesz na świecie, ani co by cię szczerzej kochało...
Na tem się skończyła rozmowa, Julian odszedł, a matka popłakała chodząc po ogrodzie.
Ocierającą łzy znalazł ją na ławce Kanonik, który szedł czegoś wzruszony i niespokojny. Spostrzegłszy chustkę przy oczach, stanął i na ustach wyrazy już poczęte stężały.
— Co ci to jest, siostruniu?
— A! nic! nic! — to tak — sama nie wiem.
— Zdaje mi się że tylko co mówiliście z Julianem? — spytał ksiądz.
— Przed chwilą, ale nie myśl żeby on był przyczyną, poczciwe dziecko! z jego powodu nie płakałam jeszcze.