Przemiany (Prus)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Przemiany
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa. Tom XXVI
Nowele, opowiadania, fragmenty. Tom V
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron


PRZEMIANY






Portret Bolesława Prusa. Płaskorzeźba w bronzie wykonana przez St. Jackowskiego.
(Fragment z tablicy w kościele św. Krzyża w Warszawie)
I.

Rzecz dzieje się w miesiącu lipcu, roku 1880-go, na wsi. Przede dworem folwarku Kamień stoi powozik i bryczka; w powoziku siedzi rządca tej majętności, pan Wodnicki, wraz z małżonką, oboje w płóciennych kitlach; na bryczce kręci się ich dziesięcioletnia córeczka, Jadzia, którą panna Wanda, nauczycielka, stara się uspokoić. Około powozika wyskakuje dwu chłopaków: jedynastoletni Staś, który ogląda i poprawia uprząż na koniach, i trzynastoletni Kazio z małą fuzyjką w rękach.
— Siadajcież nareszcie! — woła ojciec.
— Kaziu, proszę cię, zostaw fuzję! — błaga matka.
— Ale ja będę powoził! — odpowiada Staś.
— A jak nas w drodze napadną? — zwraca się do matki Kazio.
— Siadać! — krzyknął już zirytowany ojciec. — Ty zostawisz fuzyjkę, a ty nie będziesz powoził.
Chłopcy zmiarkowali, że opór do niczego nie doprowadzi; więc chmurny Kazio postawił fuzyjkę na ganku, a Staś, wciąż oglądając się na konie, powoli usiadł na przedniej ławeczce powozu.
— Więc nie dasz się namówić, Józiu? — zapytała pani Wodnicka młodzieńca, stojącego na ganku. — Wolisz zostać sam, aniżeli poznać miłe sąsiedztwo?
— Jeżeli wujostwo pozwolą, zostanę — odpowiedział młody chłopak z ukłonem.
— U nas, na bryczce, jest dosyć miejsca! — odezwała się Jadziulka.
— Nie krępujcie go! Niech robi, jak mu wygodniej! — odezwał się pan Wodnicki. — Bądź zdrów, Józiu!...
— A jak pójdziesz na spacer, nie zabłądź!... — upomniała pani.
— Nie zabłądzę. Szczęśliwej drogi! — odpowiedział, śmiejąc się, młody człowiek.
— Ruszaj! — zawołał pan Wodnicki.
Pierwszy furman trącił konie lejcami, drugi machnął batem i oba ekwipaże potoczyły się.
— Dowidzenia! dowidzenia! — wołali chłopcy, wywijając uczniowskiemi czapkami.
— Niegrzeczny Józio... nie będziemy kochać Józia! — dodała Jadziulka z bryczki.
Panna Wanda kiwnęła głową, owijając się szalem.
Po chwili powozik i bryczka, minąwszy bramę, zniknęły za drzewami. Dwa psy, jeden biały szpic, drugi bury kundel, pobiegły, szczekając, za końmi; niebawem wróciły. Kundel usiadł przy bramie i flegmatycznie drapał się z miną, wyrażającą nieufność, ażeby się to na co zdało; zaś biały szpic przybiegł do młodego człowieka i machając ogonem, patrzył mu prosto w oczy.
Młodzieniec miał dziewiętnaście lat, nazywał się Józef Trawiński i świeżo ukończył ósmą klasę gimnazjum, ażeby po wakacjach wstąpić na uniwersytet. Ubrany był w granatową kurtkę austrjacką i czarny, miękki kapelusz. Gdy kłaniał się odjeżdżającym krewnym, można było widzieć, że ma wysokie czoło, wyraźne oczy szare, prosty nos i wydatną brodę. Był średniego wzrostu, dobrze zbudowany, ale mizerny, skutkiem przebytych egzaminów na patent.
Trawiński zaniósł fuzję do przedpokoju i zawiesił ją na kołku; potem wziął laskę, pogłaskał psa łaszącego się i zwolna wyszedł na dziedziniec. Jeszcze onegdaj był w Warszawie u matki, a gdy znalazł się tu wczoraj, w obcem miejscu i wśród ludzi prawie nieznanych, poczuł coś, jakby ziemia usunęła mu się z pod nóg. W tej chwili doznał podobnego uczucia, z którem jeszcze połączyła się straszna tęsknota za matką, jakgdyby go od niej dzieliła nieprzebyta otchłań, nie zaś kilkanaście godzin jazdy. Przypomniawszy zaś sobie, że niekiedy tej matce odpowiadał z roztargnieniem, a nawet z niecierpliwością, schwycił się za głowę i szepnął:
— Co ja robiłem?... co ja robiłem nieszczęśliwy?... Czy ty mi będziesz mogła przebaczyć?
Przebaczyć?... Alboż ona kiedy okazała mu choćby cień niezadowolenia? Lecz właśnie to było najboleśniejsze!
Otrząsnął się i ażeby wyjść z atmosfery gorzkich marzeń, popieścił szpica i zaczął patrzeć dokoła siebie. Matka zawsze zalecała mu niepoddawanie się smutnym myślom. „Miej myśl pogodną!“ — mawiała. Dziedziniec był otoczony starym płotkiem i krzakami bzu, który już przekwitnął. Na środku trawnika rosnął także klomb bzu, a na obwodzie — krzaki róż, jałowcu i innych krzewów.
— Jakie tu wszystko stare! — szepnął. I ażeby nie wybuchnąć płaczem, uporczywie wpatrywał się w dom, jakby miał zamiar bardzo dokładnie opisać go w najpierwszym liście do matki.
„Ten domek jest ładny — myślał. — Zdaje się, że bardzo stary, ale ładny. Dlaczego ładny? Czy, że ganek jest porośnięty dzikiem winem?... Albo, że dach jest mansardowy czyli dwupiętrowy z dachówek?... Zabawna rzecz, ale ten dom przypomina motyla z rozpostartemi skrzydłami!... Neruś, nie skacz, nie walaj mnie. Zaraz pójdziemy... Uważa mamusia? Prawem i lewem skrzydłem motyla są ściany; każda ma po dwa okna z okienicami i to stanowi parter. Nad parterem wznoszą się mansardy, w których znowu z każdej strony znajduje się po jednem oknie; jeszcze wyżej dach. W prawem oknie ja sam mieszkam i nie będę cię, mamo, widział ze dwa miesiące. A teraz ów motyl — niech mamusia uważa... Motyla tworzy budynek środkowy, nieco wysunięty naprzód. Na dole jest ganek zarosły winem, niby brzuszek robaka; wyżej — pierwsze pięterko, mające trzy okna, i to jest gorsetem owadu; zaś tam, gdzie powinna być głowa, wznosi się trójkątny fronton, otoczony linją falistą. Nareszcie z poza frontonu wyglądają dwa kominy, niby dwa rożki czy macki u motyla... Ach, jak ciężko myśleć o tych głupstwach!
„Ściany domku są szare ze starości, w niektórych miejscach poplamione wilgocią; dach powinien być czerwony, a jest także szarawy z plamami zielonemi. Z kominów opada tynk; okienice wydają się tak zmurszałe, że dziecko mogłoby je poodrywać. Ale tu nikt nie będzie ich odrywał, a zamykają się tylko przed światłem porannem. W pokoju wuja, który musi wstawać wcześniej, wcale nie zamyka się okienic.“
Wielki szary motyl z głową czerwono-zielonawej barwy! Józefowi gorąca łza spłynęła z oczu.
Idąc drogą, chłopak wyminął czworniaki, przed któremi bawiły się jasnowłose dzieci parobków, wesołe, krzykliwe, tudzież kobiety w różnokolorowych spódnicach i gorsetach. Grały tam wszystkie barwy pól: zielone, czerwone, niebieskie, białe. Od ubogich mieszkań płynęły śmiechy, a nawet piosenki, była to bowiem niedziela, odpoczynek po forsownej pracy letniej.
Wyminąwszy zabudowania, Józef znalazł się na otwartem polu, dokąd już nie zalatywały głosy ludzkie; szemrał tylko wiatr między badylami, a śpiewały wgórze skowronki. Okolica pełna wzniesień i spadków, jak rozkołysane morze kolorów. Oto żółty łan zboża, przetykany ponsowemi makami i szafirowym chabrem. Oto ugór aż biały od gwiaździstych rumianków. Na prawo niewielka zielona dąbrowa, której drzewa przypominają ludzi, idących gromadą na odpust. Niektórzy obładowani, inni pochyleni, inni oderwali się od gromady i suną w pojedynkę.
A oto szczególna grupa: kilka dębów, rosnących obok siebie, tworzą wizerunek starego dziada, który maszeruje tęgim krokiem, z rozwianemi połami sukmany i podpiera się grubym kijem.
A tymczasem biały Neruś, z wywieszonym językiem, pędem wyprzedza Trawińskiego, to znowu zostaje wtyle, odbiega na boki, skacze za niewidocznemi owadami, albo odkopuje gniazda myszy polnych, otaczając się obłoczkiem szarego pyłu.
Po kilkunastu minutach młody chłopak zeszedł z drogi i dostał się na wyniosłość, skąd było można ogarnąć widok bardzo rozległy. Przed nim o półtora tysiąca kroków dumał las ciemno-zielony z niebieskawemi lub granatowemi zagłębieniami. Gdy zaś Józef odwrócił się w stronę, skąd przyszedł, zobaczył ogromną, falistą równinę, barwy naprzemian złotej, srebrnej, szmaragdowej, ozdobioną kępami drzew lub gromadkami chałup, ponad których czarne dachy i białe kominy gdzie niegdzie unosił się dym błękitnawy.
— I pomyśleć, że to wszystko należy do jednej familji — szepnął.
O parę tysięcy kroków od niego, w stronie folwarku, ciągnęła się od wschodu na zachód droga, wysadzona drzewami, a prowadząca do kolei. Wszystka ziemia na północ od tej drogi należała do pana Zygmunta Turzyńskiego, który mieszkał za lasem, w majątku Klejnot. Zaś wszystkie terytorja na południe ode drogi były własnością jego rodzonego brata, Władysława, który miał pałac w Turzycach, a większą część życia przepędził w Warszawie lub zagranicą, gdzie niedawno umarł, zostawiając bardzo powikłane interesy.
— Razem ze sto wiorst kwadratowych będzie miał teraz pan Zygmunt i jego jedynak... A, przepraszam, i jedynaczka — myślał Trawiński. — Sto wiorst...
I nagle wśród tych ogromnych obszarów wyobraził sobie dwa czyste, lecz malutkie pokoiki, na trzeciem piętrze, w Warszawie, w których zamieszkiwał z matką.
— Sto wiorst!... I pomyśleć, że moja mamusia miałaby prawo choć do cząstki tych olbrzymich majątków... No, co tam prawo!... W każdym razie byłaby spokojniejsza o przyszłość.
Dreszcz go przebiegł. On wiedział, że od kilku lat matka prowadziła dom już nie z procentów, lecz z kapitału, niewielkiego kapitału, jaki zostawił zmarły jej mąż, lekarz. Pieniędzy tych wystarczy na cztery, pięć lat, przy wielkiej oszczędności na sześć, a co potem?...
Potem? Przecież za pięć lat on sam zostanie lekarzem i potrafi utrzymać matkę. Lecz... jeżeli i on umrze, jak jego ojciec, zaraziwszy się od pacjenta, wtedy co?... Do kogo pójdzie matka, która przecie miałaby jeżeli nie prawo, to choćby cień prawa do jakiejś cząsteczki tych oto obszarów?...
Matka jest z domu Turzyńska i wprawdzie dalsza, ale zawsze krewna panów Zygmunta i Władysława. Nieboszczyk Władysław za życia ojca odwiedzał ich niejednokrotnie, zawsze nazywał matkę kuzynką, a u ojca leczył się darmo. Porachowawszy, zebrałoby się ze sto wizyt, za które ś. p. kuzyn, zamiast zwykłego honorarjum, ofiarował ojcu dziesięciofuntowy ser na sposób holenderski, z własnej serowni, i tuzin gruszek, zerwanych we własnym ogrodzie, własną ręką.
Ojciec śmiał się, opowiadając tę historję, i dodawał:
— Najgorszymi pacjentami są bogaci kuzyni.
Pan Władysław o kilka lat przeżył doktora Trawińskiego, lecz po jego śmierci już ani razu nie odwiedził wdowy. Oczywiście przestał ją uważać za kuzynkę.
A teraz w jaki dziwny sposób on, Józef, znalazł się w majątku pana Zygmunta Turzyńskiego, jako wakacyjny nauczyciel synów jego rządcy. Oto wuj Wodnicki, ożeniony z cioteczną siostrą ojca, wuj, który prawie nigdy nie odwiedzał ich w Warszawie, niewiadomo z jakiego powodu, przed dziesięcioma dniami złożył im wizytę, rozmawiał bardzo życzliwie i dowiedziawszy się, że Józef ukończył gimnazjum, zaproponował mu, ażeby przyjechał do niego na wakacje, uczyć dwu synów, swoich braci ciotecznych, jak mówił nowo poznany wuj. Prosił z naciskiem, ażeby tylko parę godzin na dzień zajmować się chłopcami, i ofiarował Józefowi za wakacje czterdzieści rubli. I Józef i matka z zapałem przyjęli propozycję, szczególniej matka, która bardzo pragnęła, ażeby zmęczony chłopak odpoczął parę miesięcy na wsi.
— Gdybym był przesądny — mówił do siebie Józef — myślałbym, że to duch ojca zaczyna się mną opiekować. Gdyby nie ojciec a raczej jego powinowactwo z Wodnickim, nie dostałbym tej kondycji...
Ale stała się rzecz bez porównania ważniejsza. Dyrektor gimnazjum, wręczając mu papiery, oświadczył, że rada pedagogiczna, ze względu na nieprawomyślność matki, chciała Trawińskiemu zatrzymać patent, choć egzamin zdał dobrze. Lecz dążnościom tym stanowczo sprzeciwił się dyrektor, przez pamięć, że kiedyś ojciec Józefa leczył mu córkę chorą na szkarlatynę i wyprowadził z bardzo ciężkiego stanu.
— Tym sposobem duch ojca wyrobił mi patent. No, ale to przesądy, bajki!... Bo i gdzie on może być, duch?...
Wtem, o kilkadziesiąt kroków oddalony, Neruś gwałtownie zaszczekał i pędem pobiegł w stronę lasu, za zającem. Trawiński ocknął się i poszedł za ścigającą się parą, pewny, że zającowi nawet włos nie spadnie. Do tej pory widywał lasy zdaleka, przeważnie z okien wagonu; dziś, korzystając ze sposobności, postanowił choćby tylko zajrzeć do tajemniczego królestwa sosen, dębów, tudzież wszelkiej zwierzyny biegającej, pełzającej i latającej.
Przed właściwym lasem, który ciągnął się ku północy, ogromny jak morze, wznosiła się niby leśna wysepka, złożona z kilkudziesięciu sosen o czerwonych pniach i zielonych głowach. Chłopca coś zastanowiło w tej gromadce. Wpatrzył się bliżej i dostrzegł, że pnie wyglądają jak bardzo liczne nogi, a korony drzew spływają w jedną masę, tworząc olbrzymiego, potwornych kształtów robaka. Oto wielka głowa, oparta na dziesięciu nóżkach, a zakończona dziobem. Oto zaklęśnięta szyja, potem grzbiet wznoszący się i spadający, nareszcie — olbrzymi ogon, a wszystko oparte na mnóstwie nóg... Czytając książki z ojcowskiej bibljoteki, Józef wiedział, że kiedyś zaludniały ziemię straszne i strasznej wielkości gady; żaden z nich jednak nie był ani tak wielki, ani tak groźny, jak ta oto gromada drzew.
Chłopak uśmiechnął się.
— To jest — rzekł do siebie — ów bajeczny smok, który pilnuje czarnoksięskiego zamku. Tchórz nie wejdzie tam, a przynajmniej nic nie zobaczy; ale ja pójdę... choć parę kroków...
Za olbrzymim robakiem, tuż pod lasem, zauważył Józef inną grupę z kilku drzew. Były tam dwie sosny wyprostowane, aż wtył wygięte, niby bardzo dumna para małżonków; obok nich biegły dwie małe sosenki, oczywiście córeczki, z rozpuszczonemi włosami; zaś o kilkanaście kroków przed niemi szedł krygujący się chłopak, przed którym znowu biegły dwa niziutkie krzaczki, niby pieski.
— Oto wesoła rodzina! — rzekł do siebie Trawiński. — Las nie jest tak straszny, jak zapowiada smok.
Las był mieszany: składał się z sosen i drzew liściastych. Sosny przeważnie młode, rzadko rozsypane, niby na publicznym balu goście, którzy sami nie tańcząc, przypatrują się tańcującym. Oto grupa lip. Jedna stoi wyprostowana, druga rzuca się jej na szyję, trzecia — gwałtem odciąga zbyt sentymentalną. Sosny przypatrują się widowisku z uwagą: niektóre pochyliły się, a jedna to nawet zbiega z pagórka, jakgdyby rada przyjąć udział w uściskach. Ponad wszystkiem — z błękitnego nieba wychyla się biały obłok, a między drzewami płynie woń żywicy, miodu i macierzanki.
— Ach, mamusiu, dlaczego ciebie tu niema!... A kiedy ja patrzę na takie cuda, ty, biedna, skwarzysz się w warszawskich murach!...
Nad głową usłyszał delikatne, pośpieszne gryzienie, a tuż obok zaczęły spadać odrobiny szyszki sosnowej. Oczywiście gdzieś na wierzchołku drzewa pracuje wiewiórka, ale tak ukryta wśród gałęzi, że trudno jej dopatrzeć. Zdaleka usłyszał pukanie. Cóżto znowu?... Pobiegł kilkanaście kroków. — Ach, już wiem, to dzięcioł! — Machinalnie spojrzał pod nogi i zobaczył całe gniazdo czerwonych, dorodnych poziomek. Aż wybuchnął głośnym śmiechem, pierwszy raz bowiem spotkał poziomki w naturze i mógł je zbierać własną ręką.
— Tyle poziomek... tyle poziomek!... Ach, i dlaczegóż nie mogę posłać ich tobie, złota mamusiu?
W tej chwili Neruś zaszczekał wysokim dyszkantem i pobiegł w stronę młodych sosenek, które rosły gromadą, tworząc niby fantastyczny budynek. Głos psa był tak niezwykły, że Trawiński, już nasyciwszy się jagodami, poszedł za szpicem, który ciągle szczekając, stawał na tylnych łapach. Józef wpatrzył się w jedną z sosenek i dostrzegł, wśród gałęzi, naprzód parę czarnych, błyszczących ocząt, a następnie rudą wiewiórkę, która odpowiadała zirytowanemu napastnikowi głosem podobnym do cichego naszczekiwania.
Wkrótce wiewiórka, zmiarkowawszy, że nieprzyjaciel nie jest niebezpieczny, spokojnie usiadła na gałązce, nastawiła puszysty ogonek i wzięła się do pogryzania szyszek. Niebawem znalazła się obok niej druga wiewiórka, potem trzecia. Zaczęły się miauczenia, naszczekiwania, gonitwy, skoki, w których przyjęło udział najmniej ze sześć wiewiórek. Chłopcu nigdyby nie przyszło na myśl, że w jednem miejscu może zebrać się aż tyle tych zgrabnych zwierzątek, które oczywiście urządziły sobie tutaj zabawę, pomimo wrzaskliwego protestu Nerusia.
Ucieszywszy się widokiem napowietrznych gonitw, Trawiński poczuł ochotę posunąć się jeszcze w głąb lasu.
— Przecież nie zabłądzę. O setkę kroków na prawo biegnie droga, z której zeszedłem. Gdy mi się uprzykrzy, skręcę na nią i wrócę do domu.
Rozgrzała go ciekawość, co chwilę odsłaniały się przed nim nowe widoki. Oto gromada sosen prostych jak włócznie; oczywiście zatknęli je tu rycerze-wielkoludy, którzy na teraz odeszli, lecz zapewne wrócą. A wówczas kto im się oprze? Oto wielki salon. Zamiast podłogi — łączka, zamiast foteli, stołów i kanap — krzaki i pnie drzew, a na środku sosna, podobna do olbrzymiego świecznika.
Na niebie zagęściły się śnieżyste obłoki, to zasłaniając, to odkrywając słońce. Gdy światło przygasło, las stawał się szary i niemiły; gdy znowu błysnęło, natura zdawała się uśmiechać, a pewne rzeczy, niewidzialne przed chwilą, ukazywały się, niby aktorzy, występujący na przód sceny. Oto krzak jałowcu... oto sosenka ciemno-zielona z czerwoną kitą na wierzchu... oto kępa paproci...
Cicho sunący po niebie obłok znowu zakrył słońce, krajobrazy zatarły się, las zmalał. Dmuchnął wiatr chłodniejszy, trochę wilgotny, drzewa zaczęły nabierać form niedobrych. Jedno wyciągnęło gałąź, niby suchą rękę, grożąc Trawińskiemu; inne przypatrywało mu się z gniewem. Neruś najeżył sierść i z kwikiem pobiegł w stronę starych sosen, między któremi przesunął się cień duży, rudej barwy...
Pies zaczął gwałtownie szczekać, ale głos jego oddalał się i stopniowo cichnął w głębi lasu.
„Gdzie ja jestem? — pomyślał Józef. — No, przecież nie zabłądziłem. Tam na prawo jest droga.
„Gdzie na prawo?... Tu wszędzie jest na prawo!“
Żółty promień słońca przedarł się na chwilę między obłokami, jakby chciał pokazać Trawińskiemu nowe, nieznane dziwy lasu. Jedno drzewo uschnięte, z powyginanym pniem, z dwoma konarami, podniesionemi do góry, wyglądało jak człowiek przerażony, który podniósł ręce do nieba i z krzykiem upada nawznak. Zaś nieco dalej stała gromadka świerków pokracznych, z których najpierwszy był podobny do średniowiecznego pokutnika. Oto śpiczasty kaptur... oto maska, wśród której błyszczy złe oko.
— Neruś!... Neruś!... — zawołał Trawiński, nie poznając własnego głosu. — Gdzież tu droga?... Mniejsza o nią... Szedłem z południa na północ, więc teraz będę wracał z północy ku południowi. Ale gdzie północ?... Chyba zabłądziłem!
Ledwie sformułował sobie to pytanie, uczuł ściśnięcie gardła, a serce bić w nim przestało. I nagle opanował go strach... strach, podobny do szaleństwa... Zaczął pędzić bez kierunku, zawadzając o krzaki...
Wtem, z pomiędzy paproci, zerwał się jakiś duży ptak i z łopotem wzbił się ponad drzewa. To oprzytomniło Józefa. Jak żywa stanęła przed nim matka i zdawało się, że słyszy jej głos spokojny:
„— Tylko nie poddawaj się strachowi, mój chłopcze. Zwróć uwagę na cośkolwiek, ażeby bodaj przez chwilę nie myśleć o tem, co cię trwoży.“
Istotnie strach paniczny zmniejszył się; natomiast zbudziła się w nim desperacja.
— Jak można iść naoślep do nieznajomego lasu! I jak ja się stąd wydostanę? Neruś!... Neruś!... Gdzieś pobiegł, może i on zabłądził?... Cóżto za niepokój będzie w domu wuja!... Spisałem się, niema co mówić, na drugi dzień po przyjeździe!... A jak tu noc przepędzić, w lekkiem ubraniu, bez ognia?
Z poza obłoków wychyliło się znowu słońce, a Trawiński przypomniał sobie wycieczki do Łazienek, Czerniakowa, Wilanowa, podczas których matka, niegdyś uczona przez męża, sama następnie zaznajamiała syna z botaniką, jeografją i kosmografją. Dzięki ukochanej mistrzyni, Józef nauczył się poznawać strony świata i teraz właśnie chciał skorzystać ze zdobytych wówczas wiadomości.
„Jest blisko czwarta po południu — myślał — słońce już zeszło z południka ku zachodowi. Jeżeli więc zwrócę się prawą ręką do słońca, gdzieś przed sobą będę miał stronę południową... A jeżeli pójdę w tym kierunku, muszę wyjść na pole, należące do Kamienia.“
Zaczął iść. Lecz gdy przeszedł kilkaset kroków, nagle usłyszał, gdzieś daleko poza sobą, przytłumiony huk wystrzału.
— To nie z fuzji wystrzał — rzekł Trawiński, przystając.
Upłynęła minuta i rozległ się drugi huk, równie daleki, w tym samym kierunku.
— Tak, jakgdyby z rewolweru... A może to halucynacja?...
Stał, słuchał, lecz cisza znowu zapanowała w lesie. Józefa znowu zaczął ogarniać niepokój; zdawało mu się, że coś przeszło za nim.
— Jednakże las jest straszny!
Teraz już nie widział form określonych i zaciekawiających, tylko drzewa, drzewa i drzewa, które jakby chciały kryć się przed nim, jedne za drugiemi. Chłopak znowu uczuł szaloną chęć uciekania niewiadomo dokąd; lecz znowu usłyszał daleki huk i... oprzytomniał.
— Jeżeli nie zwarjowałem, to na pewno gdzieś strzelają z rewolweru. A w takim razie musi tu być siedziba ludzka. Tylko leży ona nie na południu, ale na północy.
Wiatr powiał od północy i Trawińskiemu zdawało się, że słychać niby szczekanie psów i głosy ludzkie, ale bardzo niewyraźne.
„To nawet niedaleko — myślał — więc gdzie teraz iść: na południe, czy na północ? Wahanie jest najgorszą rzeczą.“
Począł prędko iść, ale ku północy; zadyszał się i uległ nowemu atakowi obawy. Tym razem nie trwożył go las, lecz brak wiary w siebie. Co będzie, jeżeli on, pod wpływem rzeczywistych głosów, czy może halucynacyj, zacznie biegać raz w jednym kierunku, drugi raz w przeciwnym?
Znowu rozległ się strzał, tym razem wyraźniejszy, i wiatr wyraźniej przyniósł szmery, podobne do głosów ludzkich. Trawiński postanowił już nie wahać się: zacisnął pięści, zęby i wyciągniętym krokiem począł iść ku północy, uważając, aby słońce wciąż było z lewej strony. Tak maszerując, usłyszał jeszcze kilka wystrzałów coraz wyraźniejszych; nie można też było wątpić o głosach: tam naprawdę ktoś rozmawiał, śmiał się, wykrzykiwał!...
— Byłoby zabawne, gdybym trafił na ciotkę, wuja i tych sąsiadów, do których pojechali z wizytą!... A może, czy ja wiem, może to są owe złudzenia leśne, które dały początek bajkom o nimfach, satyrach, rusałkach?...
Jeszcze kilkadziesiąt kroków i Józef o mało nie wykrzyknął z radości: przed nim ciągnęła się droga, niezbyt szeroka i wygodna, lecz wyjeżdżona.
— No, teraz już nie zginę!



II.

Idąc drogą, która bez żadnej wątpliwości prowadziła do jakiegoś bawiącego się towarzystwa, Trawiński odczuł w sobie nadzwyczajną przemianę. Zmęczenie znikło, trwoga... Alboż on się trwożył?... Bezładna bieganina po lesie... Alboż on w rzeczy samej tak biegał?... wreszcie poco?... z jakiego powodu?... Tamte obawy, niepewności, nawet rozpacze wydały mu się przywidzeniami, wobec uczuć, jakich doznawał teraz. Kto to się bawi? Oczywiście jakieś młode towarzystwo, ponieważ słychać przeważnie tenory i wysokie soprany. Jeżeli to wujostwo i ich sąsiedzi, bardzo dobrze; lecz jeżeli ktoś zupełnie obcy, w takim razie, co czynić? Czy przedstawić się i prosić o wskazanie drogi do domu, czy iść dalej, aż do najbliższej wsi lub chaty?
Wtem... Józef osłupiał ze zdziwienia: ku niemu pędził Neruś w towarzystwie czarnego pudla. Oczywiście Neruś znalazł swoich państwa i połączył się z nimi, a w takim razie już wszystko stało się jak najlepiej. Chłopak doznał niezapomnianych, nigdy nie przeczuwanych, wrażeń w lesie; teraz dostanie podwieczorek, który bardzo mu się przyda po wzruszeniach, i — wróci końmi do domu, co także nie budziło w nim wstrętu.
Tak rozmyślając, Trawiński dosięgnął rozległej polany, otoczonej sosnami i drzewami liściastemi. Na krańcu widać było chatę, ogródek i kilka małych budynków gospodarskich; na środku polany stała grupa lip starych, dziwacznie powyginanych, a obok nich elegancki powóz i duża bryczka. Na prawo od ekwipażów płonął wielki ogień, przy nim krzątała się dama w sukni płóciennej, a towarzyszący jej mężczyzna, w słomkowym kapeluszu, pił herbatę. Ruchy mężczyzny wydały się Trawińskiemu tak znajome, że nie mógł oczu oderwać, i dopiero po chwili spostrzegł inne osoby ugrupowane pod lipami.
Były tam przedewszystkiem trzy panienki: jedna w sukni ponsowej, bardzo ruchliwa, druga w białej, trzecia w bladoniebieskiej. Obok panien kręciło się kilku młodych ludzi. Jeden miał na sobie żółtawy garnitur, jakby z surowego jedwabiu uszyty; drugi, tęgi i wysoki, z głosem basowym, miał czarne spodnie i żółtawą kurtkę, może także z jedwabiu; dwaj uzbrojeni w kije młodzieńcy nosili szare ubrania marynarkowe, a piąty, najniższy z nich i najniespokojniejszy, był od stóp do głów odziany biało.
Ponieważ Neruś ciągle skakał dokoła Trawińskiego, co gniewało pudla, który niezadowolenie swoje wyrażał podszczekiwaniem, więc towarzystwo zwróciło uwagę na nieznanego przybysza. Pan, pijący herbatę przy ognisku, wykonał jakieś ruchy tułowiem i rękoma, co rozbudziło jeszcze żywsze wspomnienia w Józefie, a od gromadki panienek oderwał się młody człowiek, ubrany biało, i szybkim, zręcznym krokiem zbliżył się do Józefa. Obaj młodzieńcy jednocześnie podnieśli ręce do kapeluszy, a przybysz w białem ubraniu rzekł:
— Nazywam się: Bywataki... O, moje nazwisko tak się pisze...
Wydobył z bocznej kieszeni marynarki bilet z napisem: Justynjan de Byvataky.
— Jestem Józef Trawiński... Zabłądziłem w lesie...
— Zabłądził pan?... A gdzież pan mieszka?...
— Stale w Warszawie, a od wczoraj w Kamieniu.
— W Kamieniu?... U kogo tam?...
— U mego wuja, Wodnickiego.
— Ach, to pan?... — zawołał, jakby niechcący, posiadacz biletów wizytowych z dziwnem nazwiskiem.
Trawińskiego uderzył ten wykrzyknik; nie miał jednak czasu zastanawiać się, ponieważ Byvataky rzekł:
— Musi się pan zapoznać z młodymi Turzyńskimi. Przedstawię pana... To pański pies, ten biały?
— Mego wuja.
— O mało nie dostał kulą. Kiedy strzelaliśmy do celu, pędził na nas jak warjat. Całe szczęście, że Staś chciał go trafić, no i, naturalnie, spudłował.
Józef przypatrywał się mówiącemu. Był to młodzian lat około dwudziestu, biały, z wąskim nosem, wąskiemi ustami, a oczy i włosy miał czarne jak smoła. Z łatwością mógł przebierać się za kobietę; spojrzenie jego cechował smutek i łagodność. Trawińskiemu podobał się, może dlatego, że był pierwszym, którego Józef spotkał po awanturach leśnych.
— Las, nadzwyczajna rzecz, nigdy go nie zapomnę! — rzekł, jakby do siebie, Józef. — Może mi pan, z łaski swej, objaśni, kto są ci państwo, z którymi mam się zapoznać?
— Musisz się pan zapoznać, przecież to ich las! Zresztą będziecie się widywali. Na pewno! — rzekł Byvataky. — Ten w ubraniu z czeczunczy to Staś Turzyński, wielki panicz. Panienka w białej sukni to jego siostra, Zofja, nie żadna piękność, nieśmiała, ale — bardzo dobre dziecko. Tamta, w czerwonej sukni, nazywa się panna Paulina Klęska, bawi tu jako przyjaciółka Zosi i jest prześliczna! Tylko nie zakochaj się pan w niej — dodał, lekko rumieniąc się. — Ten dryblas w jedwabnym kitlu to Dymitr Permski, filolog, nauczyciel rosyjskiego przy Stasiu... Co pan się tak przypatrujesz?...
Istotnie Józef, z wyrazem niepewności i zachwytu, patrzył w stronę ogniska, skąd zbliżał się do nich pan w słomianym kapeluszu. Przestał on pić herbatę, postawił filiżankę na ziemi i szedł krokiem uroczystym, kiwając głową, ozdobioną długiemi ciemno-blond włosami. Gdy zbliżył się jeszcze bardziej, widać było twarz pargaminowej barwy, małe wąsiki i przymrużone oczy poza binoklami w złotej oprawie. Wyglądał na dojrzałego młodzieńca.
Trawiński bladł i rumienił się. Nagle zawołał:
— Ależ to pan Łoski! — I pędem pobiegł naprzeciw idącego.
— Ty, Józiu?... Jużeś tutaj?... Wprawdzie spodziewałem się... — mówił pan w binoklach.
Młody chłopak rzucił mu się na szyję i całując go po wiele razy, wykrzykiwał:
— Ależ to cud!... Teraz już wiem, dlaczego błądziłem w lesie. Ażeby pana spotkać!... Ach, kochany panie Feliksie, jakież to szczęście, że pana znalazłem!...
— Błądziłeś i nie zgubiłeś się? — rzekł Łoski. — Ja, gdybym zabłądził w lesie, z pewnością nie potrafiłbym wyplątać się sam. Cóż tu robisz?... Skądeś się wziął?...
— Jestem na kondycji u wuja Wodnickiego. Ale pan co tu robi?...
— Skończyłem w tym roku, jak wiesz, wydział filologiczny i w dalszym ciągu belfruję u Turzyńskich. Nic lepszego nie mam do roboty, tylko belferkę. Nie byłem u was od Bożego Narodzenia, ponieważ odrabiałem egzaminy moje i Stasia... Jakże mama?...
— Zdrowa, ale niech mi pan jej nie przypomina. Praży się w Warszawie, gdy ja hulam na wsi.
— Ale chodźmy do towarzystwa, bo już bardzo nam się przypatrują — rzekł Łoski. — Co prawda, to przypuszczałem, że znajdziecie się tutaj, nietylko ty, ale i twoja matka.
— Więc panowie znają się? — wtrącił Byvataky.
— Czy się znamy! — odparł, śmiejąc się, Trawiński. — Przecież to mój najukochańszy nauczyciel...
— Mnie już nie wypada powiedzieć, żeś był moim najlepszym uczniem. W istocie nie miałem lepszego! — mówił zawsze uroczysty Łoski.
Byli o kilka kroków od towarzystwa, gdy ustrojony w czeczunczę Staś Turzyński zawołał:
— Gościa nam pan prowadzi? Witamy, jeżeli pański znajomy!
Łoski wykonał okrągły ruch lewą ręką, prawą uchylił słomianego kapelusza i rzekł:
— Pan Józef Trawiński, mój niegdyś uczeń, a obecnie przyjaciel.
Józef niezręcznie ukłonił się, stropiony bliskością panienek, z których najstarsza nie miała więcej nad rok szesnasty.
— Siostrzeniec pana Wodnickiego — ciągnął prezentację Łoski.
— Wodnicki to nasz rządca — wtrącił młody Turzyński do blondyna w szarym garniturze.
— I przyjaciel papy, dodaj, Stasiu! — odezwała się nagle zarumieniona panienka w białej sukience.
— Już on się nie zmieni, kochana panno Zofjo! — rzekł z melancholijnym uśmiechem Łoski.
Jeszcze nie dokończył frazesu, kiedy panna Zofja wysunęła się naprzód, podała rękę Józefowi i mocno ściskając go, rzekła:
— Jestem Zofja Turzyńska. Zdaje mi się, że trochę lubi mnie ciocia pańska, pani Wodnicka.
Ale nie wytrwała w bohaterskim wysiłku: głos jej się załamał i cofnęła się zawstydzona.
— Paulina Klęska — wyśpiewała cudnym głosem panienka w czerwonej sukni, jeszcze energiczniej ściskając za rękę Trawińskiego.
Panienka blado-niebieskiej barwy chciała zrobić to samo; lecz zabrakło jej odwagi, więc tylko pięknie dygnęła.
— Dymitr Aleksiejewicz Permskij — rzekł basem tęgi młodzian w jedwabnym kitlu, i dodał: — Moskal, ale człowiek dobry.
— Andrzej Turzyński — zaprezentował się blondynek w szarym garniturze.
— Z Suchych Stawów — wtrącił Staś Turzyński. — A ja jestem Turzyński z Klejnotu, brat tej oto panienki! — dodał, wskazując za siebie wielkim palcem.
— Jesteś zawsze niemożliwy, a dziś bardziej niż kiedykolwiek! — westchnęła panna Zofja.
Na Trawińskim młody panicz zrobił przykre wrażenie, ale jego siostra, choć zaledwie przystojna, podobała mu się tak, że nawet do źle wychowanego brata usiłował nabrać sympatji.
Do Józefa zbliżył się drugi młodzieniec w szarym garniturze, szatyn, z kijem w ręku, i wymruczał jakieś niezrozumiałe nazwisko.
— Jeszcze tylko brakuje księdza proboszcza, a jużbyśmy się wszyscy znali — rzekł Permski.
— Właśnie wychodzi od gajowego — odpowiedziała panna Klęska.
— Ściśle rzeczy biorąc — wtrącił Łoski — rzekomy proboszcz jest dopiero klerykiem. To, możeś słyszał, Józiu, Antoni Podolak, który z trzeciego kursu filologji wstąpił do seminarjum duchownego.
— Na szczęście tylko katolickiego — dodał Permski — i dlatego wdajemy się z nim.
Tymczasem od ogniska zbliżyła się młoda osoba w płóciennej sukni, z włosami popielatemi i fiołkowemi oczyma. Łoski przedstawił jej Józefa, jako przyszłego medyka, a do chłopca rzekł półgłosem:
— Panna Krystyna Sobolewska, doskonała koleżanka i działaczka!...
Panna Krystyna podała Józefowi malutką rękę i śmiejąc się, rzekła:
— Wstępuje pan na medycynę? Bardzo dobrze pan robi!... Wiele rzeczy poprawi się u nas, gdy kraj będzie posiadał dzielnych lekarzy, nauczycieli i księży.
— I niemniej dzielnych adwokatów, inżynierów, poetów, malarzy, rolników, rzemieślników et caetera! — wtrącił Łoski. — Pannie Krystynie zdaje się, że ksiądz, lekarz i nauczyciel mogą zreformować społeczeństwo... Przyjemne złudzenie!...
— Znowu się pan kłóci? — zgromiła go panienka.
— Z panią zawsze, ponieważ nie znam osoby, któraby się ładniej oburzała.
— Ot i ksiądz proboszcz wraca od gajowych! — zawołał Permski. — A mleko będzie?
— Owszem, nie będzie — odpowiedział nadchodzący kleryk dźwięcznym, gorącym barytonem. — Wszystko sami zjedli, a może dopiero zjedzą, o co wreszcie nie możemy mieć do nich pretensji. Dla nas kwaśne mleko jest zabawką, im chodzi o życie.
Nastąpił akt zaznajomienia się Trawińskiego z klerykiem. Józef spostrzegł, że przyszły ksiądz jest niezwykle pięknym mężczyzną: ma rysy klasyczne i wyraz szlachetnej zadumy.
— Poco taki człowiek wstępuje do seminarjum? — pomyślał Józef.
— Teraz — rzekła panna Klęska — kiedy już jesteśmy wszyscy, chyba możemy się bawić.
— A bez księdza proboszcza nie można było? — zapytał półgłosem Permski.
Złota twarz panny Pauliny oblała się mocnym rumieńcem, a czarne oczy gniewnie błysnęły, lecz tylko na chwilkę.
— Pan prześladuje panią! — wtrącił zachmurzony Byvataky.
— A pan się za nią obraża! — odrzekł Permski, nie podnosząc głosu.
— Za pozwoleniem — odezwał się Łoski do panny Zofji Turzyńskiej. — Przed chwilą usłyszałem zdanie, że teraz możemy się bawić. Jeszcze raz przepraszam, lecz ośmielę się zapytać: a cóż robiliśmy do tej pory?
— Trochę graliśmy w cerceau — wtrąciła panienka w sukni blado-niebieskiej.
— W takim razie ja powiem, że trochę strzelaliśmy do celu — rzekł Staś Turzyński.
— I niebardzo trafialiśmy — dodał półgłosem Byvataky.
— Jak do czego! — mruknął Permski.
— Czy jak do kogo? — uśmiechnął się Andrzej Turzyński.
— Zamiast robić mało dowcipne dowcipy, bij się lepiej ze mną w palcaty — wybełkotał drugi młodzieniec w szarym garniturze.
— Kto to jest? — szepnął Trawiński do Byvatakyego.
— Zyzio Pomorski, technolog. Podobno tęga głowa.
— A niebieska panienka?
— Panna Róża Turzyńska, siostra Andrzeja. Podoba się panu?
Józef lekko wzruszył ramionami.
— Radzę państwu zasiąść do podwieczorku! — zawołała panna Krystyna. — Wprawdzie nie mamy kwaśnego mleka, tak upragnionego przez pannę Paulinę, ale z głodu nie umrzemy.
— Wiwat! — zawołał Staś Turzyński. — A co mamy?
— Kurczęta, ozór, cielęcinę, ser, masło, chleb, bułki i nawet suche ciastka.
— Walek!... Antek!... na tu na!... — zawołał panicz w stronę ekwipażów, stojących niedaleko ogniska.
Jego siostrę, pannę Zofję, ognie oblały.
— Co ty dzisiaj wygadujesz, Stasiu! — rzekła.
— Cóż pani chce? On przypomina, że jest polskim szlachcicem. I jest nim! — mruknął Permski.
— Żartuje sobie! — odpowiedział Łoski. — Chociaż... mógłby lepszą formę nadać swemu humorowi.
— Właśnie chodziło mi o podrażnienie demokratycznych uczuć! — roześmiał się Turzyński. — Mała irytacja pobudza apetyt.
— Mnie drażnić możesz, byleś nie poirytował Antka i Walka — rzekł Permski. — Oni długo pamiętają, nawet uderzenie szpicrózgą dla zabawy, w roku pozaprzeszłym.
— To przecież nie Antek dostał, tylko Walek — odparł Staś i odwróciwszy się, zaczął cicho gwizdać.
Permski zbliżył się do Łoskiego.
— Takim sposobem, widzi pan profesor, gromadzi się smolne drzewo na wielki pożar! — szepnął.
— Gdzież znowu!... To przecie wszystko żarty!...
— To i ogień będzie na żarty.
— Walenty... Antosiu... przynieście z łaski swej kosze — rzekła panna Krystyna.
Po upływie kilku minut nadeszli z koszami furmani. Antek, chłopak rumiany i wesoły, w siwej ułance z amarantowemi klapami, niósł artykuły spożywcze; Walenty, w granatowej liberji ze srebrnemi guzikami, dźwigał talerze i szklanki. Był to człowiek blisko trzydziestoletni z ponuremi oczyma. Trawińskiemu zdawało się, że w jego fizjognomji dostrzega niejakie podobieństwo do Stasia Turzyńskiego.
— Nie oddalajcie się! — rozkazał Turzyński furmanom. — Będziecie potrzebni.
— I przekąsicie z nami — dodała panna Krystyna.
Na pełnej twarzy Antka zajaśniał dobry uśmiech, lecz Walenty, mijając Permskiego, mruknął:
— Ja nie pies, żeby po kim ogryzać kości.
— Z tego także będzie ogień! — szepnął Permski do Łoskiego.
— Tylko nie przykładajcie waszych zapałek, to nie będzie! — odszepnął Łoski.
— Moi drodzy — mówiła do furmanów panna Krystyna — przynieście tu samowar, tylko ostrożnie! A najpierwej ty, Antku, dolej wody, boś zgrabniejszy.
— Dobrze, proszę panienki! — ochoczo odpowiedział Antek.
— Do kobiety ja byłbym zgrabniejszy, a do samowara niech będzie on — mruknął z półuśmiechem Walenty. Ale wzrok miał ponury.
Trawińskiego człowiek ten zaciekawiał i niepokoił. Odczuł w nim coś niedobrego.
Łoski zaczął krajać chleb, panna Krystyna mięso.
— Ale po podwieczorku bawimy się. Będziemy tańczyć! — odezwała się panna Klęska.
— Ja proszę u pani pierwszego walca — rzekł Permski.
— O pierwszego walca ja prosiłem — wtrącił Byvataky.
— Jakże państwo będziecie tańczyć bez muzyki? — pytał kleryk. Machinalnie spojrzał na pannę Paulinę i zarumienił się. Nagle odszedł o kilka kroków na bok, a Trawińskiemu zdawało się, że słyszy szept: „Boże, bądź miłościw!...“
— Proszę o kawałek chleba z ozorem — rzekł Łoski do panny Krystyny. — Moi państwo, wyperswadujcie sobie tańce, naprzód dlatego, że niema muzyki, a powtóre, że ziemia i trawa to nie posadzka i moglibyście nogi powykręcać.
— Mnie się zdaje, że pan Łoski ma słuszność — wtrąciła panna Zofja.
— Jeżeli pani tak mówi, nie tańczymy — pośpieszył Byvataky.
— Więc cóż będziemy robili? — zawołała panna Paulina tonem udanej rozpaczy.
— Ja państwu zaproponuję coś niemęczącego, poważnego i nawet nauczającego — rzekł Łoski, uroczyście gestykulując rękoma.
— Ślepą babkę? — wtrącił Permski.
— Cenzurowanego? — dodał Staś Turzyński. — Dobrzebym wyglądał na tej zabawie!
— Zgadzam się na wszystko, co zaproponuje pan profesor — rzekła Zosia.
Łoski ukłonił się kapeluszem.
— Gdyby pani — rzekł — odstąpiła nam wszystkim choć połowę swojej dobroci...
— Bylibyśmy aniołami — wtrącił jej brat.
— Nie — odparł Łoski — bylibyśmy tylko mniej nieznośni.
— Niech pani podziękuje, panno Paulino! — zawołał Staś Turzyński.
— Owszem, bardzo byłabym wdzięczna, choć za odrobinkę tych zalet, jakich zazdrościmy Zosi.
— Niech pani pozwoli mówić panu profesorowi, a będzie to pierwsza z owych zalet — rzekł Turzyński.
— Jedna z tych, jakiemi pan nigdy się nie skompromituje — odcięła się panna Paulina z figlarnym uśmiechem.
— Szanowni państwo! — zawołał Byvataky — czy nikt nie jest ciekawy usłyszeć propozycji pana profesora?
— Ależ słuchamy!... prosimy!... — odpowiedziała panna Klęska.
— Drodzy państwo! — zaczął Łoski. — Wszyscy, jak tu jesteśmy, mamy ten wiek, w którym ludzie zaczynają, jak się mówi, wstępować w świat. Jedni z nas już zrobili parę kroków na nowej drodze, inni znajdują się u jej początku, jeszcze inni lada chwila wejdą na nią.
— Ja już wszedłbym od Wielkiej Nocy, bo chcieli mnie wydłubać ze szkoły — szepnął Staś Turzyński. — Ale pan Łoski trzymał mnie za hals...
— Staś, wyrzucę cię z salonu, jeżeli będziesz przeszkadzał! — ofuknął go Permski.
— A ja wrócę tu przez garderobę.
— Drodzy państwo — mówił dalej Łoski, nie zniechęcony przerywaniami — czy nie sądzicie, że byłoby to ciekawe, pouczające, a może nawet i zabawne, gdyby każdy z nas, jak jesteśmy, szczerze odpowiedział: czem pragnie zostać w dalszem życiu?...
— Mężem Paulinki — szepnął Staś.
— ...i co w przyszłości chciałby zrobić dla naszego kraju?... Czy jasno się wyraziłem?
— Najzupełniej.
— Brawo!...
— A jeżeli kto nic nie chce i niczego nie pragnie? — zapytał Staś.
— Ale pan profesor zacznie pierwszy, ażebyśmy wiedzieli, w jaki sposób odpowiadać — odezwała się panna Zofja.
— I nabrali odwagi — wybełkotał Pomorski, co wśród obecnych zrobiło wrażenie.
— Owszem, mogę zacząć, choć z pewnością są tu odważniejsi ode mnie — odpowiedział Łoski.
— Pan Permski musi być strasznie odważny — szepnęła panienka w blado-niebieskiej sukience.
— No, może i wśród nas znaleźliby się nie tchórze — odparł młody Turzyński. — Choć, jeżeli idzie o odwagę w spowiadaniu się, ustępuję miejsca innym.
— Przedewszystkiem proszę państwa, ażebyście usiedli — rzekł Łoski.
— A położyć się można? — zapytał Staś.
— Jeżeli uważasz za stosowne...
Staś zarumienił się; chcąc jednak pokazać, że niewiele robi sobie z upomnień nauczyciela, wyciągnął się pod drzewem i oparł głowę na lewej ręce. Panienki usiadły przy sobie, tworząc niby kwiat, złożony z trzech różnych płatków: ponsowego, białego i niebieskawego. Permski podwinął nogi jak Turek, Pomorski położył brodę na własnych kolanach, Trawiński zajął miejsce obok Łoskiego, kleryk usiadł w pozycji klęczącej, a panna Krystyna i Andrzej Turzyński, oparty na kiju, stali. Nad ich głowami unosiły się zielone gałęzie drzew, ruchem jakby błogosławiącym.
— Słuchamy pana profesora — odezwała się panna Zofja.
— Przepraszam — wtrąciła panna Krystyna, zniżonym głosem. — Czy nie byłoby ciekawe zaprosić do naszego towarzystwa Antka i Walka i posłuchać, czem każdy z nich pragnąłby zostać w przyszłości i co chciałby zrobić dla kraju?
— Świetna myśl! — zawołała panna Zofja. — Tylko czy oni zechcą mówić szczerze?
— Moja Zosiu, przeżegnaj się! — zawołał jej brat. — Cóżby o nas pomyślał tatko?
— Ot i znowu wylazł polski pan! — roześmiał się Permski.
— Moi państwo, niema się o co spierać, ponieważ ani Walek, ani Antoś do naszej zabawy z pewnością nie chcieliby należyć — rzekł Łoski.
Młody Turzyński podźwignął się i usiadł chmurny; panna Krystyna była bardzo zmieszana.
— Zaczynam spowiedź — rzekł Łoski, podnosząc i opuszczając obie ręce. — Muszę się państwu przyznać do bardzo ambitnych zamiarów. Naprzód, chciałbym być doskonałym nauczycielem. Powtóre, pragnąłbym, ażeby choć jeden z moich uczniów pozyskał tytuł wielkiego człowieka w jakiejkolwiek dziedzinie pracy.
— To już nie o mnie mowa! — mruknął Staś Turzyński.
— Dlaczego? — wtrącił Permski. — Przecież niejeden wielki człowiek uchodził w szkołach za... nie dość rozwiniętego...
— Moi państwo, nie przerywajcie mi, przynajmniej w tej chwili! — upomniał ich Łoski. — Po trzecie zaś, na pytanie: co chciałbym zrobić dla kraju? — odpowiem krótko: chciałbym stworzyć dobrą szkołę, ale taką, jakiej jeszcze nie było na świecie. Szkołę, która nietylko rozwijałaby umysły, ale także siły fizyczne, energję moralną i szlachetne uczucia. Muszę jednak dodać, że skwitowałbym z osobistych ambicyj, gdybym mógł doczekać szkół polskich i wogóle całego systemu edukacyjnego polskiego.
— To będzie, musi być! — wtrącił Permski. — Ale nie zaraz i nie darmo...
— Co to znaczy nie darmo? — zapytał kleryk.
— Pogadamy kiedy o tem — odpowiedział Permski. — A teraz niech nam lepiej ksiądz proboszcz powie, czego chciałby dla siebie i narodu?
— Ja? — rzekł kleryk, rumieniąc się. — Ja niewiele mam do powiedzenia. Narodowi życzę, aby wrócił do Boga i odzyskał łaskę boską, bez której nie będzie ani szkół polskich, ani wielkich ludzi.
— Bóg wysoko! — mruknął Permski. — No, a dla siebie co pan chce?
— Chciałbym, chciałbym — wahał się kleryk, coraz mocniej zarumieniony — chciałbym zostać znakomitym kaznodzieją.
— Czy nie lepiej być kapłanem, działaczem społecznym? — cicho odezwała się panna Krystyna. — Czyny więcej znaczą, aniżeli nabożeństwa i kazania.
— Proszę pani, wielki mówca jest potężnym działaczem. Jest on nauczycielem dorosłych i silnych... Posłuchajcie, naprzykład, co wykładał Massillon w jednem ze swoich kazań:
„Królu — ciągnął kleryk dźwięcznym głosem — królu, wszelka władza pochodzi od Boga, a co pochodzi od Boga, musi służyć na pożytek ludziom. Bezużytecznymi na świecie byliby potężni, gdyby obok nich nie istniało ubóstwo i nieszczęście. Wielcy swoje dostojeństwo zawdzięczają tylko obowiązkom społecznym i bynajmniej nie ludy są stworzone dla nich, lecz oni dla ludów.“
Kleryk mówił tak pięknie i tak podkreślał wyrazy, że wszystkie spojrzenia zwróciły się ku niemu.
— „Cóżto za straszna byłaby opatrzność, która wyrzuciłaby na ziemię mnóstwo ludzkich istot, poto tylko, aby służyły garstce szczęśliwców, częstokroć nie uznających Boga, który obsypał ich dobrodziejstwami...“
— Słuchajże, Stasiu! — szepnęła panna Zofja.
Hardy chłopak otrząsnął się z gniewem.
— „Jeżeli Bóg — ciągnął mówca przejmującym barytonem — jeżeli Bóg wysoko wznosi niektórych, to tylko w tym celu, aby stali się oparciem i pomocą dla niemocnych i maluczkich. Ich rzeczywista wielkość polega na użytku, jaki czynią ze swej potęgi dla cierpiących. Oni są tylko rozdawcami boskiej opatrzności i dobroci, tracą zaś tytuły i prawa z chwilą, gdy chcą z nich ciągnąć osobiste korzyści. Współczucie dla maluczkich jest pierwszym obowiązkiem wielkich, zaś współczucie znaczy: protekcję, hojność i... i... uprzejmość... Powtarzam: uprzejmość. Tak, panie królu, pycha jest smutnym środkiem ratunku dla ciemnoty i plebejuszostwa. Pycha jest zrozumiałą tylko u tych, którzy, urodziwszy się w błocie, gwałtem pchają się między potężnych. A im niżej stoją moralnie, tem silniej pogardzają własnem miejscem.“
Cóż? — zakończył kleryk. — Prawda, że zdrowo powiedziane! A przecież Massillon jeszcze nie był największym mówcą.
— Ach, jaką pan ma pamięć! — zawołała Krystyna, czując, że młody Turzyński wścieka się pod spojrzeniami towarzyszów, których większość udawała, że nic nie rozumie. Tylko Byvataky uśmiechał się nieznacznie.
— Piękne kazanie — rzekł Permski — ale nieskuteczne. Bez względu na Massillona, wybuchła rewolucja francuska. Znaczy, że wielcy nie poprawili się...
— Możeby teraz panie zabrały głos? — zapytał Łoski.
— O nie!... jeszcze nie!... pierwej panowie! — zawołały panienki.
— Ale gdyby tak panna Krystyna?...
— Cóż ja powiem?... Jakie ja mogę mieć zamiary?... Byłabym szczęśliwa, gdyby wszyscy członkowie naszego narodu kochali się i pomagali sobie wzajemnie, ażeby byli solidarni, ponieważ jedność tworzy siłę, której my dziś nie posiadamy.
— A sama czem pani chce być?
— Chciałabym mieć tyle środków, ażebym mogła lud uczyć darmo. Uczyć solidarności.
— A czytania, pisania, rachunków to już nie? — zapytał kleryk.
— To rozumie się samo przez się.
— Stasiu, masz głos — rzekł Łoski. — Czego pragniesz dla siebie?
— Jak najprędzej wyjść ze sztuby. Potem wyjechać na kursa agronomji, a później — sam jeszcze nie wiem.
— A narodowi czego życzysz?
— Za pozwoleniem. Naprzód życzę memu ojcu, ażeby skończył z Turzycami jak najprędzej, a siostrze, ażeby dobrze wyszła zamąż.
— Ale narodowi?...
— Jak my będziemy mieli, to i naród będzie miał. Rzecz prosta! — odpowiedział młody Turzyński.
Łoski, milcząc, podniósł brwi. Permski odparł:
— Jeszcze niewiadomo, co naród będzie miał od was!
— Przecież dobrobyt narodu składa się z dobrobytów jednostek. Ileż ja to razy słyszałem? — odpowiedział niecierpliwie młody Turzyński.
— Prosimy pana Andrzeja — rzekł Łoski.
— Ja myślę to samo, co Staś. Dlatego chciałbym dobrze gospodarować, spłacić długi, obciążające nasz majątek...
— Pan Pomorski...
— Ja?... ja? — odparł młody człowiek z niewyraźną wymową. — Ja będę zupełnie szczery, choć może powiem głupstwo wielkie, wielkie... Ja chciałbym wybudować taką maszynę z motorem parowym, czy elektrycznym, jeszcze tego nie wiem, maszynę, która... Tylko nie śmiejcie się państwo... Któraby mogła jeździć po ziemi jak wóz, pływać po wodzie i pod wodą jak ryba, i latać po powietrzu jak orzeł.
— Fiu! — gwizdnął Permski. — A narodowi co?
— Dziesięć... dziesięć tysięcy takich maszyn z odpowiednią liczbą armat — wystękał Pomorski, spocił się i znowu oparł brodę na własnych kolanach.
— A do katorgi nie łaska, panie Zyziu, a? — zapytał, śmiejąc się, Permski.
— Tobyśmy jeszcze zobaczyli...
— Niechże cię uściskam, ty bełkocie! — wykrzyknął Permski. — No, nareszcie ma człowiek z kim pogadać... A zdawał się niuńka!...
— Pan Byvataky — rzekł Łoski.
— Ponieważ mówimy szczerze, co kto myśli, więc powiem, że... chciałbym zostać przynajmniej tak znakomitym dyplomatą, jakim Pomorski chce być wynalazcą, a ksiądz Podolak mówcą.
— Dobrze! A dla narodu co? — zapytał Łoski.
— Ponieważ mam być dyplomatą, więc milczę...
— Brawo, polski Bismarcku, czy Cavourze!
— Albo Wallenrodzie! — dorzucił Permski.
— Teraz na ciebie kolej, Józiu, nie wykręcisz się! — zwrócił się Łoski do Trawińskiego.
Chłopak zarumienił się powyżej oczu i odpowiedział cichym głosem:
— Ponieważ mam być lekarzem, więc naturalnie chciałbym być jak najlepszym. A co do narodu... Chciałbym mu służyć... jak najwięcej oddać usług. Ale jakiemi one będą? jeszcze nie wiem.
— Panno Zofjo — rzekł Łoski — dłużej odwlekać nie można. Czekamy na spowiedź pani.
— Dobrze, już dobrze! — odpowiedziała prędko. — Dla narodu chcę, ażeby wszyscy, ale to wszyscy byli najszczęśliwsi, a dla siebie... ażeby mi zawsze tak było... jak dziś na spacerze.
Mimowoli rzuciła okiem na Trawińskiego i zmieszała się; nawet niewiele brakowało do płaczu.
— Boże, jaka ja jestem śmieszna! — szepnęła, zasłaniając rękoma oczy.
— Pannę Paulinę zachowamy na deser — rzekł Łoski — a teraz prosimy pannę Różę.
— Ja mogę powtórzyć tylko to, co powiedziała Zosia. Niechaj wszyscy będą szczęśliwi.
— A pani?
— Co tam ja!
— Wiecie państwo, że to są rzeczy nadzwyczajne! — zawołał Staś Turzyński. — Bawią się jakiemiś półsłówkami, półfrazesami, a samowar zgasł... Antek, psia...
— Stop! — przerwał Łoski. — Onegdaj przyrzekłeś, że nikomu ze służby nie powiesz przykrego słowa.
— Ja przecież umieram z głodu. Zresztą i całe towarzystwo.
— Jak można myśleć o głodzie przy takiej rozmowie?
— Ale pan już pił herbatę i zjadł kawał ozora?
— Skończcie rozmowę, dostaniecie jeść! — odezwała się panna Krystyna.
— A więc spowiadajcie się państwo, ale kłusem!
— Boże! Stasiu, ty mnie chcesz stąd wypędzić — zawołała siostra, chwytając się za głowę.
— Panno Paulino... — rzekł Łoski.
— Ja mam głos, więc słuchajcie! — zaczęła panna Klęska, podnosząc wgórę paluszek. — To jest, chciałabym mieć głos, ale taki piękny, żeby zostać największą śpiewaczką. Chciałabym, ażeby za mną cały świat przepadał.
— To już jest! — rzekł Permski.
— Taki tam świat! — odparła, wzruszając ramionami. — A jeżeli nie zostanę wielką śpiewaczką, to przynajmniej chciałabym mieć dużo pieniędzy i całe życie podróżować.
— Cudnie! — roześmiał się Permski.
— Samowar już trzeci raz dokładają — szepnął Andrzej Turzyński.
— A narodowi co pani życzy? — zapytał Łoski.
— Ażeby jak najwięcej ludzi miało pieniądze i mogło wyjeżdżać zagranicę. Cha! cha! cha! — roześmiała się panna Klęska.
— Pani tego nie mówi na serjo?
— Dopiero teraz domyślił się pan?... A któż swoje tajemnice ogłasza przed całym światem?
— No, jeżeli tak! — westchnął Łoski, rozkładając ręce.
— Ale pan Permski nie powiedział nam nic — wtrąciła blado-niebieska panienka.
— W imię Ojca i Syna! — zawołał Łoski. — Taki tu hałas, taki zamęt, taki nieporządek, że, daję słowo, zapomniałem o najważniejszem zwierzeniu. Naturalnie, prosimy pana Permskiego.
— Ja będę całkiem szczery, nie tak jak panna Paulina — rzekł Permski. — Wszystkim narodom, a więc i waszemu i mojemu życzę: wolności, równości i braterstwa. A dla osiągnięcia tych celów chciałbym przyczynić się jak najmocniej, choćby oddając własną głowę.
W tej chwili wionął po lesie chłodny wiatr, a na kapelusz mówiącego zleciał suchy patyczek.
— Brawo, Moskal! — zawołał Łoski.
— Jeść! — krzyknął Staś Turzyński.
Wszyscy ruszyli z miejsc. Byvataky podał pannie Klęskiej talerzyk, nóż i widelec, a następnie półmisek z zimnemi kurczętami. Gdy zaś przyklęknął obok panienki, Staś Turzyński wyciągnął rękę ponad jego głowę i pochwycił ćwierć kurczęcia, zaś Andrzej zdobył drugą ćwiartkę z pod ramienia Byvatakyego.
— Tatarzy! Hunnowie! — krzyczał Łoski. A tymczasem Trawiński ofiarował talerzyk i łyżeczkę od kawy pannie Zofji, która, przyjmując to, zarumieniła się jak róża.
W ciągu kilku minut rozchwytano naczynia i potrawy, a uwinięto się z niemi jeszcze prędzej.
— Woły trzeba było przywieźć, nie kurczęta! — zrobił uwagę Łoski, zobaczywszy puste kosze.
— Dla służby schowałam! — szepnęła panna Krystyna.
Odeszła do powozu i coś podała każdemu z furmanów. Antek odwrócił się i jadł, Walek swój pakiet cisnął do bryczki.
— Nie chce się wam jeść? — zapytał zdziwiony chłopak.
— Nakarmiłem się! — mruknął Walek, wskazując głową na towarzystwo.
— Nu, moi państwo — rzekł Permski — a teraz ja pozwolę sobie zadać wam zagadkę do rozwiązania. Można?
— Bardzo prosimy — rzekł Łoski.
— Ach, jakie to będzie ciekawe! — zawołała blado-niebieska panienka.
— Fechtujesz się? — szepnął Pomorski do Andrzeja Turzyńskiego, trącając go w nogę palcatem.
— Lepiej posłuchajmy — odparł Andrzej.
— Wyobraźcie sobie, moi państwo — mówił Permski — że w tym lesie jest wysoka skała, na tej skale zbrojny zamek, tego zamku pilnuje straszny smok, dajmy na to taki, jak ja. A zaś w zamku jest uwięziona księżniczka zaczarowana. Kto ona? niech sobie każdy wybierze. Dla Byvatakyego może nią być panna Paulina, dla Pomorskiego — panna Krystyna.
— Skądże znowu ja? — zdziwiła się wymieniona.
— Dla mnie księżniczką będzie, przypuśćmy, panna Zofja, dla proboszcza — kościół, a dla pana Łoskiego choćby... Polska. Ale o tem cicho, cicho!... Otóż stawia się pytanie: co z nas każdy zrobiłby, co poświęciłby dla uwolnienia zaczarowanej z pod przemocy smoka? Bo pamiętajcie, że każdy bardzo kocha swoją księżniczkę, a przynajmniej powinien ją kochać.
Niebo poczęło zachmurzać się, las szumiał coraz głośniej, hucząc niby młyn, niby wozy jadące, to znowu jak odległa burza. Młode towarzystwo milczało, zdziwione i zakłopotane odezwaniem się Permskiego.
— Niewiedzieć co! — szepnął Andrzej Turzyński, wzruszając ramionami.
Ale na Trawińskim kwestja, postawiona przez Permskiego, zrobiła potężne wrażenie. Uczuł jak błyskawicę w duchu; coś w tej chwili zbudziło się w nim, czy na nowo sformułowało.
— Nu, i pan Łoski nic? — nalegał młody Rosjanin. — A taki zdawało się wielki nauczyciel swego narodu!
— Bo zaskoczyłeś nas, panie Dymitrze — odpowiedział Łoski. — Na takie kwestje nie wytrząsa się odpowiedzi z rękawa.
— A ja myślałem, że, komu jak komu, ale wam, Polakom, na takie pytania najłatwiej odpowiadać. Przecie niejednemu z was trzymali pod kluczem, nietylko dziada czy ojca, ale może nawet siostrę i matkę. To tak wreszcie łatwo wyobrazić sobie istotę ukochaną, która, siedząc za kratami, wyczekuje od nas pomocy. A może wy już umiecie tylko podawać prośby o uwolnienie?
Po wyrazie fizjognomji Trawińskiego było widać, że rzuciłby się na szyję Dymitrowi.
— W naszej historji legendarnej — odezwała się panna Krystyna — był smok, który wielkie szkody robił narodowi. Ale przyszedł bohater, Krakus...
— To, to!... bohaterowie powinni przyjść! — wtrącił Permski.
— ...i dał smokowi barana, wypełnionego siarką.
— Ehe! — machnął ręką Permski — teraz niema głupich smoków. Teraz naprzód obłupuje się barana ze skóry, potem dzieli się mięso na kawałki, moczy się barana i ubija, ażeby skruszał, a dopiero, upiekłszy go na wolnym ogniu, zjada się bezpiecznie.
— A ja, gdyby mi kto uwięził, naprzykład, choćby tę oto siostrę, złapałbym rewolwer i palnąłbym w łeb takiemu smokowi! — zawołał Staś Turzyński. Panna Zofja życzliwie uśmiechnęła się do niego.
— A gdyby od smoczej skóry odbijały się kule i na twój jeden rewolwer odpowiedziało sto karabinów, to co? — spytał Permski.
— Pozwólcie mi tylko wybudować mój wóz latający z armatami, a już ja sobie dam radę — wybełkotał Pomorski, i tak machnął palcatem, że o mało nie potrącił panny Klęskiej.
— Pokaż nam twój wóz latający, to i nie będzie nas bolała głowa — rzekł Permski. — Ale tymczasem wozu niema, a księżniczka siedzi...
— Za pozwoleniem! — odezwał się Łoski. — Jeżeli pan wciąż będzie powiększał trudności, to wkońcu pokaże się, że nic nie można zrobić dla uwięzionej.
— Ja nie potrzebuję stwarzać trudności, bo one już są — rzekł Permski. — Ale ja należę do takich, którzy nie cofają się przed trudnościami. Dla nas niema niepodobieństw!
— Tak jak i dla nas nie bywało ich w swoim czasie — mruknął Łoski.
Ale Trawiński złożył ręce i z zachwytem patrzył na Permskiego. „Jeżeli dla kogoś niema niepodobieństw — myślał — to i dla mnie ich nie powinno być. Jeżeli kto ma wielki cel, to i ja mam prawo mieć go.“ — Istne objawienie prawdy, o której Józef niejednokrotnie słyszał, ale dopiero dziś pojął w jakiś nowy sposób, dziś ją odczuł. „Niema niepodobieństw!“ — powtórzył w duchu i mimowoli spojrzał na pannę Zofję, bogatą dziedziczkę dumnych panów. Spojrzał na nią, ale myślał nie o niej.
— A gdyby owa księżniczka była zadowolona ze smoka?... gdyby smok był młody, przystojny, bogaty i dobrze wychowany? — zapytała nagle panna Klęska, patrząc na chwiejące się szczyty sosen rozmarzonemi oczyma.
— Ot i mamy zgodę ze swoim losem! — odrzekł Permski. — Ja, widzicie, nie mówię o tych księżniczkach, którym jest dobrze, ale o księżniczkach niewolnicach, którym źle w więzieniu, choćby nawet ze złotemi kratami.
— Pozwólcie państwo wtrącić małe słówko — nagle odezwał się kleryk. — Jeżeli tę niewolnicę, o której mówi pan Permski, doświadcza Bóg, ażeby kiedyś z lochu więziennego wydźwignąć ją na najwyższy tron świata, to nie wiem, czy oddalibyśmy jej usługę, wydzierając gwałtem ze szponów smoka. Ale może być i inny wypadek: może niewolnica cierpi za jakieś grzechy?... W takim razie zalecałbym jej rachunek sumienia i żal, pokutę i modlitwę. A gdy spełni się czas Bożych wyroków, przed niewolnicą same drzwi się odemkną, jak to bywało niejednokrotnie z pokutującymi, którzy odzyskali łaskę.
— Zdaje mi się, że ksiądz Podolak ma słuszność — cicho odezwała się panna Zofja.
— Na tem ja się nie znam! — mruknął Permski. — Ale wiem, że tysiące i miljony uczciwych cierpią bez winy, a wielu niegadiajom dzieje się dobrze. Mądry, kto armatę umie zastąpić kropidłem, jeżeli wogóle praktykowały się kiedy takie podstawienia; ale ja tego nie potrafię.
— A my ciągle na pana czekamy, panie profesorze! — odezwała się proszącym tonem panna Zofja.
Łoski podniósł brwi i ręce, jakby na znak desperacji.
— Gdybym miał tę wiarę — rzekł — która przenosi góry, modliłbym się, ażeby Bóg oswobodził niewolnicę. Gdybym był mówcą, jakim chce być brat Podolak, poszedłbym do smoka i tłomaczył mu, że źle robi, więżąc i dokuczając istotom niewinnym...
— Onby nie usłuchał! — wtrącił Permski.
— To też, gdybym był naprzykład potężnym królem, powiedziałbym moim jenerałom: trudna rada, zwalczcie smoka, jeżeli dobrowolnie nie odda księżniczki. Ale ponieważ jestem tylko biednym nauczycielem, więc co najwyżej mógłbym zaproponować smokowi, ażeby uwolnił osobę mi ukochaną i mnie, zamiast niej, wziął do więzienia, a nawet zabił... Bo i co mi po życiu, gdybym był pewny, że naprzykład moja matka codzień ulega torturom?
— Pan jeszcze nie jest tego pewny?... — odezwał się półgłosem Permski.
— Jak Boga kocham, słyszę tu nadzwyczajne rzeczy! — wykrzyknął Trawiński. Twarz mu pałała, oczy zaiskrzyły się.
Łoski pokiwał głową, smutnie patrząc na Józefa.
— Pan Dymitr — rzekł — umie zarzucać wędki!
— Na taką wędkę i ja się złapię! — wybełkotał Pomorski. Czuć było zresztą, że urywkowe zdania Permskiego w dziwny sposób podniecają wszystkich obecnych.
— A czy nie można zapytać — odezwał się Byvataky — jaka nagroda spotkałaby oswobodziciela zaczarowanej księżniczki?
I przelotnie spojrzał na pannę Klęską.
— Zapewne otrzymałby jej rękę, jak w bajce — wtrąciła panna Krystyna.
— To byłoby sprawiedliwe. Ja się zresztą tylko tak zapytałem — mówił Byvataky. — Zdaje mi się jednak, że, rozprawiając o uwolnieniu księżniczki, wszyscy państwo zapomnieliście o rzeczy zasadniczej: o poznaniu sił smoka, jego zamku, wejściach, jakie tam prowadzą, o słabych punktach, wreszcie o jego służbie, u której możnaby sobie zapewnić pomoc.
— Ot polityk, prawda! — mruknął Permski.
— A dopiero poznawszy to wszystko — ciągnął Byvataky — możnaby zebrać odpowiednie siły i pokusić się o zdobycie zamku razem ze smokiem i księżniczką.
— Czy do tych sił nie należałby, naprzykład, Antek, Walek i im podobni? — zapytał nagle Staś Turzyński.
— Rozumie się! — wyśpiewał Permski. — A cóżbyśmy zrobili my sami, bez nich?
— Ładny interes, niema co mówić! — roześmiał się Staś. — Ja się nie znam na ogólnikach, lubię rzeczy dotykalne, więc wyobrażam sobie, że księżniczką jest moja siostra, albo panna Klęska, albo kuzynka Róża. Szturmujemy tedy zamek i trafia się, że smoka zabił, dajmy na to, nasz furman Walenty. No i ów Walenty, dzielny rycerz, od tej chwili ma prawo konkurować o moją siostrę, moją kuzynkę i pannę Paulinę, na równi ze mną. A ponieważ jest bohaterem, więc on otrzymuje rękę mojej siostry, albo mojej kuzynki. Brrrr!...
— Staś, co ty pleciesz? — zawołał Pomorski.
— Plotę?... Dobrze!... Więc zapytaj mego starego, mego nieboszczyka stryja, a zresztą choćby pana Byvatakyego ojca, coby oni myśleli o konkurach — naprzykład — Walka do panien z towarzystwa?
— Czy i wy nie zgadzacie się na równouprawnienie Antków i Walków? — szepnął Permski do Trawińskiego.
— Cóż znowu?... przecie to główne siły! — odpowiedział z ogniem Józef.
Permski uścisnął mu rękę.
— Zapamiętajcie, co mówię: Antek i Walek to nasze zasadnicze siły. Ale wyraz Antek znaczy: wszecheuropejski proletarjat, a Walek — rosyjską rewolucję. Pojmujecie?
— Jakżeby nie!
— I godzicie się?
— Najzupełniej! — odszepnął Trawiński. — Z nimi niema niepodobieństw!
— O czem tak panowie radzą? — zapytał Łoski.
— Wciągam pańskiego ucznia do spisku nihilistów — roześmiał się Permski.
— Figlarz z pana! — odpowiedział tym samym tonem Łoski. I odszedł do panienek.
— Zabawny, co? — zapytał Permski Trawińskiego.
— Anioł dobroci, najszlachetniejszy człowiek! — odparł Józef.
— Anioł z rzadkiego ciasta — szepnął Permski. — Z nim ani słowa o naszych poglądach. Rozumiecie?
— Naturalnie. On strasznieby się martwił — odpowiedział Józef.
— Przepraszam, panie Permski, ale ja nie widzę odpowiedzi na pańską zagadkę — odezwał się Podolak. — Jakąś księżniczkę, którą wszyscy mamy obowiązek kochać, więzi okrutny smok, może ją nawet dręczy. Dobrze, lecz cóż dalej?... w jaki sposób radzi ją pan wydobyć?...
— Cha! cha! cha! — roześmiał się Permski — więc ja będę radził, w jaki sposób wy powinnibyście ratować waszą księżniczkę?... Lepiej odpowiem, choć niedokładnie, słowami Demostenesa. Obywatele ateńscy! cieszycie się niby dzieci, ile razy wobec was jaki mówca gromi Macedończyków, nazywając ich, słusznie zresztą, zaborcami, wiarołomcami, tyranami. Ocknijcie się! Przecież nie o to chodzi, że wy macie słuszność i że wy jesteście krzywdzeni, ale o to, ażebyście nie dali się więcej krzywdzić, a niesprawiedliwość, gwałt odparli siłą. Więc, zamiast narzekać i rozprawiać, zbierajcie wojska, broń, żywność...
— Za pozwoleniem — przerwał Łoski, podnosząc rękę do góry. — Wszystkie ładunki wystrzelane, więc broni jakbyśmy nie mieli, żywność także zjedzona. Że zaś w dodatku zanosi się na deszcz, przeto proponuję, ażebyśmy wracali do domu.
— Niech pan da spokój! — szepnął Trawiński do Permskiego, ciągnąc go za brzeg jedwabnej kurtki. — Niema tu z kim rozmawiać.
— Widzę ja to i nie pierwszy raz! — odpowiedział tym samym tonem Dymitr. — Ale można było dostrzec, że nagłe odezwanie się Łoskiego sprawiło mu przykrość.
— My wracamy do domu, ale cóż zrobi pan Trawiński? — rzekła panna Zofja, rumieniąc się. — Może byłby łaskaw pojechać z nami, a wieczorem odesłalibyśmy go do domu.
— Józia ja odprowadzę przez las, a stamtąd już sam trafi — odezwał się Łoski.
Zrobił się zgiełk. Panienki wołały, że nie pozwolą męczyć się profesorowi. Permski i Pomorski ofiarowali Trawińskiemu swoje towarzystwo. Rozstrzygnęła spór panna Krystyna, proponując, ażeby Łoski odwiózł Józefa koniem gajowego i sam powrócił nim do Klejnotu. Obecni uznali pomysł za praktyczny, panna Zofja posmutniała.
W chwilę później Antek pobiegł do gajowego, ażeby zaprzągł konia. A ponieważ niebo chmurzyło się coraz gęściej, więc pożegnano się i towarzystwo podzieliło się na trzy grupy. Panienki i niektórzy kawalerowie siedli do powozu, inni do bryczki i oba ekwipaże potoczyły się w stronę Klejnotu, zaś Łoski i Trawiński zwolna poszli w głąb lasu, drogą do Kamienia, oglądając się, czy nie jedzie za nimi gajowy swoim konikiem.



III.

Minęli wąwóz ciasny i wilgotny, z którego ścian stromych zwieszały się krzaki poplątane, niby potwory, czyhające na zdobycz; potem weszli na drogę, zarośniętą gęstemi klombami, wśród których jedno drzewo wysokie i rozłożyste układem gałęzi zdawało się krzyczeć: „Tędy idźcie! tam nie zaglądajcie!“ — i znaleźli się na drodze szerokiej, wśród rzadkiego lasu, którego młode sosny robiły wrażenie pensjonarek z parasolkami w rękach.
— Uf! — odetchnął Łoski, oglądając się wkoło i ocierając pot z twarzy. — Nie lubię tajemniczych kątów w lesie, wolę miejsca otwarte.
— Ach, panie Feliksie, czego ja tu nie doznałem! — zawołał Józef. — Gdybym był przesądny, mógłbym myśleć, że dzisiejszy spacer to obraz mojego życia.
— No, no, tylko bez przesady! — wtrącił Łoski.
— Żadnej przesady — ciągnął Józef. — Naprzód, wchodząc do lasu, spostrzegłem grupę drzew, podobną do olbrzymiego smoka, a w godzinę później była mowa o smoku, pilnującym naszej księżniczki... Powtóre, zabłądziłem, lecz mimo to znalazłem nietylko pana i życzliwe towarzystwo, ale jeszcze ważne wskazówki, bodaj czy nie dla całego życia.
— Znowu przesada... Strzeż się! — wtrącił Łoski.
— Czyliż nie były wskazówką pańskie pytania: czem kto chce być w dalszem życiu i w jaki sposób radby służyć krajowi? Ja przecież nieraz słyszałem podobne kwestje i zastanawiałem się, alem dopiero dziś zrozumiał, że człowiek musi być czemś i robić coś użytecznego. Albo, proszę pana, cała rozmowa Permskiego o więzionej księżniczce, czy to nie wskazówka? Ja do tej pory myślałem, że największe usługi mogę oddać narodowi tylko jako lekarz; dziś widzę, że mam daleko ważniejszy obowiązek.
— Mianowicie?
— Oswobodzić księżniczkę czy królowę... Wprowadzić naród na nowe drogi.
— Bardzo cieszą mnie twoje aspiracje — uśmiechnął się Łoski — bo, jak mówi Propercjusz: In magnis et voluisse sat est — w sprawach wielkich dosyć jest pragnąć, ponieważ świadczy to o podniosłości ducha. Swoją drogą pamiętaj, że pewniejsze oddasz usługi narodowi, sposobiąc się na dzielnego lekarza, aniżeli marząc o roli pasterza ludów. Mojżesz, Solon, Cezar, Mahomet, Napoleon pierwszy — oto jacy wskazywali nowe drogi. Ogrom dzieł, dokonanych pod ich nazwiskiem, uczy nas, że w tych wypadkach, obok genjuszu szczęśliwych jednostek, działały nieskończenie potężniejsze siły, które nazwałbym: planem Bożym. W każdem z tych wydarzeń olbrzymie sprawy społeczne dojrzały i wylały się na świat z woli Bożej czy z porządku natury, a tylko my, ludzie krótkowidzący, przypisujemy je najzdolniejszemu wodzowi danej epoki.
— Więc pan nie wierzy w bohaterów i genjuszów? — zapytał Trawiński.
— Owszem, wierzę. Ale nie przypuszczam, ażeby nawet najgenjalniejszy mógł wydźwignąć, naprzykład, łańcuch gór, jak to czyni natura, albo wprowadzić naród na nową drogę. Naród idzie sam, przez całe wieki, pod kierunkiem niewidzialnych przewodników, których najczęściej nie domyślamy się istnienia. A posuwa się o krok naprzód bynajmniej nie wówczas, kiedy chcą tego sezonowi agitatorowie... Jakże ci się podobało nasze towarzystwo?
Trawiński, któremu przerwano bieg myśli, zachmurzył się, lecz po chwili odparł z udanym chłodem:
— Dziwny jest ten Staś Turzyński...
— Nienajgorszy chłopak, tylko źle wychowany — wtrącił Łoski.
— Panna Zofja, zdaje się, miła panienka...
— O, z niej może wyrosnąć niezwykła kobieta!
— Pomorski, wynalazca wozu latającego, oryginał...
— Koledzy technologowie mówią o nim, że jest bardzo zdolny — rzekł Łoski. — A co sądzisz o Mahomecie czy Mojżeszu Permskim? Bo i on chce lud swój przeprowadzić przez jakieś Morze czerwone. Byle nam dał spokój!
Ale Trawiński, zamiast odpowiedzieć, uśmiechnął się złośliwie i nagle zawołał:
— Widzi pan, widzi pan ten kąt lasu?... Cóżto za dzika polanka! Z jednej strony wielkie jodły, niby wysmukłe nagrobki, z drugiej dąb, widzi go pan?... podobny do głowy ściętej. A całość wygląda jak cmentarz.
— Co za wyobraźnia! — odparł Łoski. — Swoją drogą rzeczywiście ponury kąt!... Pamiętasz pierwszą pieśń Dantego? „W życia wędrówce na połowie czasu, obrawszy błędne manowców koleje, pośród ciemnego znalazłem się lasu. O jakże ciężko wysłowić tę knieję, te puszcz pustynnych zaciernione dzicze, których wspomnieniem pamięć mi truchleje...“
— Szkoda, że niema tu mamusi — rzekł Trawiński — ona tak lubi Dantego... Ale, ale — zawołał, strzelając z palców. — Kiedyśmy się spotkali, wspomniał pan, że spodziewał się spotkać tutaj nietylko mnie, ale nawet i mamusię. Czy co pisała do pana?
— Ach, prawda, że ty jeszcze nie wiesz, z jakiej racji znalazłeś się w Kamieniu — odpowiedział Łoski.
— Więc ja tu jestem z jakiegoś powodu? — zdziwił się Józef.
— Naturalnie. Wiesz, że niedawno umarł Władysław Turzyński, właściciel Turzyc i rodzony brat pana Zygmunta, który jest ojcem Stasia i panny Zofji, a moim tymczasowym chlebodawcą. Otóż Władysław przed kilkoma laty napisał i nawet złożył u rejenta testament, mocą którego prawie cały majątek przekazał bratu Zygmuntowi, nie licząc drobnych zapisów dla dalszej rodziny. Między innemi twojej matce i tobie jakoby przeznaczył piętnaście tysięcy rubli...
— Co pan mówi? — zawołał Józef. — A ja bałem się o przyszłość mamusi!
Był tak wzruszony, że pobladł i ręce zaczęły mu się trząść.
— Tylko spokojnie! — zreflektował go Łoski. — Wasz zapis i zresztą wszystkie są w tej chwili zakwestjonowane, ponieważ Władysław na pewien czas przed śmiercią zrobił całkiem inny testament, mocą którego majątek swój oddał panu Piotrowi Nieznanemu, swemu wychowańcowi i towarzyszowi od lat kilkunastu. Przyczyna zmiany miała być ta, że już po zrobieniu pierwszego testamentu, nieboszczyk mocno poróżnił się z bratem, panem Zygmuntem, i zerwał z nim wszelkie stosunki; tem bardziej zaś przywiązał się do swego wychowanka, że wciąż potrzebował opieki, a z rodziny nie miał nikogo przy sobie.
Ów nowy testament według opinji prawników ma być zupełnie ważny. Tymczasem ojciec Byvatakyego, którego poznałeś dzisiaj, także prawnik, człowiek obrotny i przebiegły, twierdzi, że nowy testament można zwalić. A ponieważ panu Zygmuntowi Turzyńskiemu bardzo chodzi o majątek rodzinny i zawsze potrzeba pieniędzy, więc zgodził się na wytoczenie procesu nowemu, a jak on mówi, bezprawnemu spadkobiercy.
— No, a my? — wtrącił zafrasowany Józef.
— Otóż, o ile wiem, pan Zygmunt Turzyński, za poradą Byvatakyego, chce wszystkich współsukcesorów zebrać tutaj, przedstawić wam stan rzeczy i wziąć od was jeneralną plenipotencję na proces z panem Piotrem Nieznanym. Z tego powodu ciebie ściągnął tutaj pan Wodnicki, z tego powodu zapewne przyjedzie twoja matka. Z tej wreszcie racji zjechali się tutaj, już wprost do domu pana Turzyńskiego, jego synowiec Andrzej z siostrą, panna Klęska, której matka ma także zapis, wreszcie Pomorski i Podolak, którzy również z rozmaitych tytułów mają otrzymać jakieś sumy.
— Ależ to cała awantura! — zawołał Józef.
— I ja tak myślę, tem bardziej, że podobno pan Nieznany robi trudności tylko w stosunku do brata nieboszczyka, do pana Zygmunta; innym, dawniej wymienionym sukcesorom, chce dobrowolnie coś wypłacić. Może nawet oddać wszystko, co im w pierwszym testamencie przeznaczył nieboszczyk. Słyszysz?... Ten pan Nieznany, wobec was, chce odegrać rolę bardzo szlachetną. A może robi tak, ażeby, porozumiawszy się z wami, tem łatwiej mógł pokonać Zygmunta Turzyńskiego. Zrozumiałeś?
Józef słuchał rozgorączkowany, z oczyma błyszczącemi; zdawało się, że każdy muskuł drży w nim.
— Gdybym się nie wstydził pana — mówił wzburzony — tańcowałbym, albo wywracał koziołki, śmiałbym się, a może i płakał... Taki jestem... podniecony...
— To źle. Trzeba panować nad sobą...
— Akurat, kiedy szedłem do lasu — ciągnął Trawiński — na widok niezmiernych obszarów ziemi, należących do jednej rodziny, porwała mnie złość i żal, gdy pomyślałem, że moja mamusia, także przecie Turzyńska, może na starość nie mieć chleba, ani dachu nad głową.
— Ma syna...
— Prawda, ale ten syn może umrzeć, może się z nim coś stać. A w takim razie coby poczęła mama? Czy pan wie, że my już wydajemy gotówkę?... Tak myślałem i gryzłem się, idąc do lasu. Obecnie wracam w innym nastroju, bo widzę przed sobą coś zupełnie nowego. Mówi pan, że ten jegomość, Nieznany, oddałby nam piętnaście tysięcy rubli zaraz? Czy pan wie, co to znaczy? To znaczy: sześćset a może i dziewięćset rubli rocznego dochodu. To znaczy, że starość mamy zabezpieczona i że ja nie potrzebuję się już lękać ani śmierci, ani więzienia, ani zesłania.
— Skądże znowu takie nieszczęścia? — wtrącił Łoski.
— Każdego, kto służy krajowi, może spotkać nieszczęście — mówił Józef — i to, szczerze panu powiem, zawsze krępowało mi bieg myśli, zabijało każdy śmielszy projekt.
Był tak pochłonięty swemi medytacjami, że omal nie wpadł na sosnę. To go oprzytomniło.
— Przepraszam cię, Józiu — odezwał się Łoski — ale w tej chwili mówisz nie jak mój uczeń i nie jak syn przezacnej matki. Pomijam kwestję, czy miałbyś prawo, nawet odziedziczywszy owe piętnaście tysięcy, czy miałbyś prawo narażać się, Bóg wie z jakiego powodu, na śmierć, więzienie i tak dalej. Muszę ci jednak zwrócić uwagę na dwa punkty. Pierwszy, że proces o ów nieszczęsny spadek może się ciągnąć całe lata...
— A gdyby pan Nieznany chciał nam dobrowolnie wypłacić?
— Otóż to! I właśnie w tym punkcie nie poznaję Józefa Trawińskiego. Więc ty, bez gruntownego namysłu, przyjąłbyś pieniądze od jakiegoś pana, który, jak dzisiaj, jest podejrzewany o wyłudzenie zapisu od półobłąkańca, a może nawet o... sfałszowanie testamentu? Bo te właśnie zarzuty stawia mu Byvataky.
— Czy być może? — zawołał przerażony Józef.
— Ja tego nie twierdzę, ja nic nie wiem — mówił Łoski. — Może pan Nieznany jest najlegalniejszym spadkobiercą nieboszczyka Władysława; tymczasem jednak zanosi się na skandaliczny proces i nie wiem, szczerze ci powiem, czy matka twoja zgodziłaby się, bez poważnych racyj, stanąć przeciw Turzyńskim i popierać człowieka, którego dziś cały świat uważa za uzurpatora.
Młody chłopak tak prędko ochłonął z uniesienia, że aż pobladł.
— Może pan ma słuszność — rzekł.
W głębi lasu rozległ się z początku niewyraźny, potem coraz głośniejszy turkot i szczekanie psa. W parę minut nadjechał gajowy jednokonnym wózkiem, a towarzyszył mu w wesołych podskokach Neruś.
— A gałganie! — krzyknął Józef na psa — to po lesie się włóczysz, mnie zostawiasz! Tak mi dziękujesz, że wziąłem cię na spacer?
Neruś, bardzo zadowolony ze swego postępowania, skoczył chłopcu aż do brody. I pogodzili się.
Łoski przywitał gajowego i rzekł do Józia:
— Siadaj, odwiozę cię do Kamienia.
Ale chłopak, widząc, że las się kończy i że z pomiędzy rzadkich sosen przeglądają znajome pola, oświadczył, że już sam trafi do domu, a Łoskiemu radził uciekać do Klejnotu przed nadciągającą burzą.
— Czy i wy myślicie, że będzie burza? — zapytał trochę niespokojnie Łoski gajowego.
— Burza może i nie będzie, ale na deszcz patrzy — odpowiedział gajowy.
Po serdecznem pożegnaniu Łoski siadł na wózek i odjechał, zaś Józef skierował się w stronę pól i Kamienia, z głową przepełnioną wydarzeniami, jakich był świadkiem i uczestnikiem.



IV.

Zaczęły się dla Józefa dni nudne, chwilami przykre. Wielkie gorąca lipcowe osłabiły go i odbierały chęć do pracy, a tymczasem, będąc na kondycji, należało nietylko samemu pracować, ale i zmuszać innych.
Staś i Kazio, jego cioteczni bracia a zarazem uczniowie, były to chłopaki dobre; nie odznaczali się jednak zbytecznem zamiłowaniem nauk szkolnych, a wakacje chcieli mieć swobodne. Tymczasem Trawiński, zobaczywszy, że mają wiele zadanych wypracowań, i że w ich trzyklasowych wiadomościach istnieją duże luki, zaczął z nimi systematycznie odrabiać lekcje. W poniedziałek z rana chłopcy żwawo zabrali się do... szukania książek i kajetów, co im sporo czasu pochłonęło; potem jednak usiedli i chętnie odpowiadali na pytania. Lecz już po południu Kazio w żaden sposób nie mógł znaleźć gramatyki łacińskiej, a Staś co kilka minut spoglądał na zegarek. Nazajutrz z rana obaj chłopcy byli bardzo nieuważni, zaś po południu Kazio nagle zniknął z pokoju, a Staś, który z własnej ochoty poszedł go szukać, także gdzieś się podział. Wrócili dopiero nad wieczorem, zmęczeni, potargani i posępni, a gdy Józef zapytał ich, gdzie byli, odpowiedział jeden przez drugiego:
— Byliśmy w Chojnatach. Mają być w tym roku wielkie urodzaje, więc we wszystkich folwarkach budują szopy na zboże i bardzo się spieszą.
— Dobrze — odpowiedział Józef — ale co was to obchodzi?
Pytanie bardzo zadziwiło Stasia, a Kazio rozpłakał się, pomimo że był właścicielem fuzyjki i nieźle strzelał.
Przy herbacie pan Wodnicki dużo opowiadał o zbliżających się żniwach, zwożeniu siana, podorywkach, nawozach, pani o rojeniu się pszczół, podbieraniu miodu i o tem, że świnie i drób należy pilnować, ażeby nie uległy chorobom. Gdy zaś panna Wanda wyprowadziła Jadziulkę, a obaj chłopcy rozpłynęli się jak mgła poranna, pan Wodnicki nagle odezwał się błagalnym głosem:
— Mój Józiu, poco ty chłopaków tak strasznie męczysz lekcjami? Przecie oni cały rok mieli za swoje!
— Naturalnie, Józiu, musisz pozwolić dzieciom, ażeby trochę odpoczęły — dodała ciotka.
Wówczas Józef odpowiedział, że naprzód chłopcom w szkole wyznaczono rozmaite zajęcia na czas wakacyjny, a następnie, że obaj nie są zbyt świetnie przygotowani do klasy czwartej, więc muszą trochę pracować, bo inaczej w roku przyszłym nie dostaną promocji.
— Ale i ty się męczysz niepotrzebnie! — zawołał wuj.
— Przepraszam, ale ja nie chcę brać pieniędzy tylko za to, że jestem na wakacjach u wujostwa.
Państwo Wodniccy spojrzeli po sobie. Zaś późnym wieczorem, zawoławszy obu chłopców do pokoju matki, ojciec stanowczo oświadczył im, że muszą słuchać nauczyciela a zarazem starszego brata. Jakoż od tej pory Staś i Kazio nie znikali podczas lekcji i stopniowo wciągnęli się do zajęć, które zresztą nie były uciążliwe.
Ponieważ Józef ciągle doznawał wyrzutów sumienia, że za mało robi, więc uprosił pannę Wandę, ażeby mu pozwoliła uczyć Jadziulkę początków arytmetyki. Dziewczynka była zachwycona lekcjami i nauczycielem, i okazywała daleko więcej ochoty a nawet zdolności do rachunków, aniżeli jej bracia.
Pomimo nadprogramowego zajęcia Józef miał wiele czasu. To też po lekcjach uciekał do swego pokoju na górkę i przygotowywał się do studjów uniwersyteckich, czytując książki, które przywiózł z bibljoteki pozostałej po ojcu. Rozłożył więc na półkach, z pewną ostentacją, fizykę, zoologję, botanikę, a jeszcze w widoczniejszem miejscu anatomję, fizjologję, higjenę, i wcale nie zrobiło mu to przykrości, gdy pewnego dnia panna Wanda wyraziła podziw, że on, taki młody, jednak czytuje i rozumie dzieła medyczne!
Tem postępowaniem Józef w ciągu kilku dni zdobył sobie powagę w całym domu. Dziewczyna usługująca i kucharka, w rozmowach między sobą, nazywały go „młodym panem doktorem,“ chłopcy słuchali go więcej, aniżeli rodzonej matki, Jadziulka przepadała za nim, a panna Wanda niekiedy rumieniła się na jego widok. Nawet wiecznie zajęty pan Wodnicki przywlókł się pewnego wieczora do pokoju Józefa, rzucił się na krzesło, westchnął i rzekł nieco zniżonym głosem:
— Nareszcie ma człowiek przed kim wnętrze otworzyć. Babom nic mówić nie można, nie wyłączając własnej żony, bo zaraz dzieją się plotki. Ale co do ciebie, jestem pewny, że przed nikim nie zdradzisz, jeżeli ci się kiedy z czemś zwierzę...
— Może wuj być pewny — spokojnie odpowiedział Józef. Czuł się już dorosłym mężczyzną.
— Ten nasz „jaśnie pan,“ ten Turzyński, co to za nieoględny człowiek! — szeptał wuj. — Tylko, bój się Boga, nikomu ani słówka!... Prosiłem go, ażeby zaciągnął pożyczkę na meljorację. Mamy tu przecie paręset morgów niby łąk, które nagwałt trzeba osuszyć, a wtedy dochód z nich potroi się... Mamy pola, które gdyby zdrenowano, przynosiłyby dwa razy tyle. Wydatki te opłaciłyby się w ciągu kilku lat. Molestowałem, gadałem, już nie wiem od jak dawna. Nareszcie w tym roku dostał kilka tysięcy rubli pożyczki i wiesz, co robi?... Część przeznacza na proces z tym panem Nieznanym, a z resztą bodaj że wymknie się zagranicę. Naturalnie sam, bo przy dzieciach nie mógłby brykać... Taki świetny interes był do zrobienia i znowu wszystko djabli wezmą!
— No, to ów „jaśnie pan“ bardzo prędko zbankrutuje — wtrącił Józef.
— Nie bój się! — zaśpiewał Wodnicki — ma on jeszcze tyle starych kuzynek i kuzynów, że spadki po nich wystarczą mu do końca życia. Dawnoż to — ze trzy lata będzie — jak po księżnej Korybutowej wziął osiemdziesiąt tysięcy rubli i naturalnie grosza z tego nie ma. A jeżeli wygra proces o dobra po Władysławie, to mu też kapnie nienajgorzej.
— To duży majątek?
— Fiu! fiu!... I niezadłużony. Ale on się z nim prędko załatwi.
— Wuj myśli, że Turzyński proces wygra?
Wodnicki zerwał się z krzesła.
— Mój kochany, mnie o to nie pytaj! — zawołał, trzęsąc rękoma. — W każdym razie, czy Turzyński wygra czy przegra, zawsze będzie miał lepiej w Wielki Piątek, aniżeli my z tobą w Wielką Niedzielę. Turzyński... ho!... ho!... pan z panów... A jeszcze poszukawszy, to i na boku znalazłoby się coś. Tylko nasz pan z tego źródła już nie zechce korzystać.
Po wyjściu Wodnickiego Józef napisał list do matki, już drugi ze wsi. I po raz drugi wspomniał o zapisie Władysława Turzyńskiego dla niej, zapytywał, jakie matka ma zamiary w tej sprawie i co on ma robić, gdyby się do niego zwrócono? Zapomniał, że nie jest jeszcze pełnoletni.
Potem cicho wymknął się ze swego pokoju, ażeby nie spotkać nikogo z rodziny, i poszedł na spacer między pola, jak najdalej od siedzib ludzkich. Potrzebował rozmyślać i zdawało mu się, że cicha noc lipcowa przypina skrzydła jego duszy.
Poza śmiercią ojca niewiele wypadków wzruszyło go tak, jak wiadomość o zapisie Turzyńskiego dla matki. Nie było na świecie istoty, którąby więcej kochał od matki, więc ubezpieczenie jej bytu na wiek późniejszy uważał za największe szczęście. Już od tej pory nie będzie widział jej, jak zamyśla się nad każdym rublem, który musiała dać służącej na targ. Już teraz nie powie, jak wówczas, z wypiekami na twarzy i rozgorączkowanemi oczyma: „Józiu, dziś prosiłam Eisenberga, ażeby dał nam z kapitału pięćset rubli...“ Pierwsze pięćset rubli z kapitału, po których poszły inne sumy i od tej pory wciąż idą!
„Jeżeli jednak — myślał Józef — ten Turzyński jest marnotrawcą i półgłówkiem, który nie dba o własne interesy, to czy rozsądnie postąpilibyśmy, łącząc się z nim przeciw Nieznanemu, który, jak sądzi Łoski, chce nam dać piętnaście tysięcy rubli gotówką?... Bo choćby Turzyński wygrał, czy jest pewność, że nam zapłaci i w jaki to sposób zrobi?... A gdyby przegrał, ów pan Nieznany może nam grosza nie oddać. Przecie wszystko zależy od jego dobrej woli, od jego kaprysu. Nie, w tej sprawie nie można powodować się jakiemiś drażliwościami. Żadna drażliwość nie ocali mojej matki od nędzy!
„Gdyby pan Nieznany sfałszował testament, zrobiłby to naturalnie przez chciwość, a gdyby był chciwy, nie oddałby nam piętnastu tysięcy, do czego nowy testament podobno go nie zobowiązuje. Jest więc uczciwym człowiekiem. Ale co ważniejsza, gdyby nie był pewny, że wygra proces, nie śpieszyłby się z oddawaniem pieniędzy nam i innym współsukcesorom. A jeżeli jest uczciwym człowiekiem i spadkobiercą legalnym, to dlaczego moja mama nie miałaby wziąć od niego pieniędzy? Przecież to nie on daje, tylko nieboszczyk, kuzyn mamusi, a w dodatku bezpłatny pacjent ojca. I ja miałbym od takiego człowieka dobrowolnie usuwać się, ja miałbym wytaczać mu proces, jako sprzymierzeniec pana Turzyńskiego, który nic mnie nie obchodzi, i sam nigdy mną się nie interesował!
„Paradny ten jaśnie pan! — myślał dalej Józef. — Chociaż wiedział, że istnieje testament na naszą korzyść, nigdy się do nas nie zgłosił, nigdy nie zapytał: czy kuzynka ma co do ust włożyć? Dopiero kiedy mu potrzeba asystentów do procesu, sprowadza mnie, rozmaite inne osoby, nawet chce tu ściągnąć mamusię. A wszystko w tym celu, ażebyśmy pod jego komendą krzyczeli: „Pan Nieznany jest oszust, jest fałszerz, ponieważ ośmiela się przyjmować spadek po bracie jaśnie pana Turzyńskiego!“
„E, szanowny panie Turzyński, przerachowałeś się! Tobie wolno polować na spadki i na ludzi, ale my nie będziemy twoją naganką, nam nie uśmiechają się podobne obowiązki.“
Józef, rozmyślając, był tak zirytowany, że drżał i czuł falowanie krwi w głowie. „Ależ ten pan Turzyński jest poprostu bezczelny! Bo nietylko naraża ich na utratę zapisu, ale jeszcze, zapomocą nich, pragnie szarpać Nieznanego. A w dodatku chce wszystkich drugorzędnych sukcesorów wciągnąć w zasadzkę, zapraszając ich niby to na wakacje: na kwaśne mleko i świeże powietrze. To mi staropolska gościnność!
„No i poczciwy wujaszek Wodnicki także ładnie wygląda. Dotychczas nie widział mnie na oczy i nagle zatroszczył się o moje zdrowie — w nawiasie — z polecenia pana Turzyńskiego, którego sam uważa za marnotrawcę. Kochany wujcio podjął się brzydkiej roli. Tłomaczy go tylko tchórzostwo, dzięki któremu boi się nawet głośno mówić o niezwykłych zaletach pana Turzyńskiego. No, Bóg z nim, chodzi mu o posadę. Bo gdyby ją stracił, czy łatwo znalazłby inną, z czego utrzymałby żonę i wychował dzieci?“
— O jakież podłe jest życie! — zawołał Józef, chwytając się za głowę, w której czuł taki zamęt, taki bolesny chaos, że postanowił nie myśleć o sprawie Turzyńskiego przeciw Nieznanemu.
Owionęła go słodka woń.
— Wiem — rzekł do siebie — to pachnie koniczyna.
Na prawo i na lewo ciągnęły się ogromne pola, na które spływała noc. Spojrzał na niebo, zasypane gwiazdami, i uczuł zgrozę. Coby było, gdyby to niezmierne sklepienie kryształowe nagle załamało się i runęło? Nie załamie się, ponieważ tam niema sklepienia, tylko pustka. Ach, jaka straszna pustka: porywa duszę, ażeby ją zgnieść!...
„Cicho!... co to za szmery?... To rechotanie żab... pierwszy raz je słyszę. Coś one przypominają... coś?... Aha!... Jeszcze przed kilkoma laty była u nich stara służąca, Łukaszowa, która wieczorami, zgasiwszy światło, prawie takim samym głosem mruczała: „Zdrowaś Marjo, łaski pełna, Pan z Tobą.“ W tej chwili, wśród pól, natura, na swój sposób, mówi pacierz.“
Całe życie dotychczasowe, całe dzieciństwo szczęśliwe stanęło mu przed oczyma. Poczuł ogrom ziemi, straszliwą nieskończoność nieba i pełen rozpaczy szepnął:
— Boże mój, dlaczego ja Ciebie straciłem?...
Zawrócił ku domowi. Niedaleko czworniaków usłyszał śmiechy i rozmowę dziewcząt wiejskich i niewiadomo z jakiej racji przypomniał sobie pannę Zofję Turzyńską. Zaczął o niej rozmyślać i doszedł do wniosku, że jednak ta niezbyt ładna, szesnastoletnia dziewczynka mocno wyróżnia się od innych. Jest powściągliwsza od pięknej, ale rozrzucającej się panny Klęskiej, a śmielsza od wiecznie wylęknionej kuzynki, panny Róży. Ma prześliczne ręce i stopy, a postawę i ruchy wprost niebywałe. Chodząc, robi wrażenie przesuwającego się obłoku, a najzwyklejszy jej gest jest tak piękny, że warto byłoby go rzeźbić. Nie ma dźwięcznego głosu, ale mówi wyraźnie, a każdy jej frazes kipi jakiemś ukrytem życiem. Nareszcie ogólne wrażenie jej osoby można scharakteryzować tylko jednym wyrazem: niewinność. Zdawało się, że wobec jej twarzyczki spokojnej i lekkiego zdziwienia w oczach najgorszy cynik nie ośmieliłby się odezwać z konceptem.
Dawniej mówiło się o takich kobietach, że mają w sobie coś anielskiego.
„Jaka ona przytem dobra! — myślał Trawiński. — Spostrzegłszy, że jej brat zrobił mi impertynencję, co wreszcie jest jego stanem normalnym, parę razy dała do zrozumienia, że mnie wyróżnia. Wielkie czeka ją nieszczęście, jeżeli kiedyś zrozumie dokładnie, czem jest jej brat, a jeszcze gorzej — ojciec. Jaśnie pan, który bez miłosierdzia trwoni majątek dzieci, zarzuca oszustwo człowiekowi uczciwemu, a dla zgubienia go, niby nożami, posługuje się ludźmi, nie odgadującymi jego planów.“
Józefowi nie przyszło na myśl, że jednak bardzo wysoko stawia swoją własną domyślność. Miał dopiero lat dziewiętnaście.
Kiedy wszedł na dziedziniec, wybiegł naprzeciw niego biały szpic i bury kundel, ujadając cienkiemi głosami, którym zdaleka odpowiedziały potężne basy psów, pilnujących budowli gospodarskich. W domu już spali, tylko przez okienicę pokoju panny Wandy przesączało się trochę światła.
Józef, zanim położył się, już miał jasno i stanowczo sformułowany program co do kwestji testamentu. Napisze do matki, ażeby oddała sprawę jakiemuś najlepszemu adwokatowi w Warszawie. A jeżeli ten oświadczy, że testament Władysława Turzyńskiego znajduje się w porządku, i jeżeli Nieznany zwróci się do matki z propozycjami, niech natychmiast wejdzie z nim w układy, nie oglądając się na pana Zygmunta.
Nazajutrz przy obiedzie wujaszek Wodnicki był w doskonałym humorze, pomimo umęczenia.
— No — mówił, podkręcając płowe wąsy — wszystko już przygotowane do kampanji: stodoły, wozy, bandosy, nawet żniwiarka. Jeszcze kilka dni pogody i zaczynam żniwa. A w Klejnocie bodaj czy na połowę lipca będą gotowi!
— A w Turzycach? — zapytała pani.
— Tam także ruch. Podobno spodziewają się tego... tego łajdaka...
— No, czy łajdak? — wtrąciła żona.
— Powtarzam, co się mówi w pałacu, a reszta nie do mnie należy. Jakże tam uczą się chłopcy? — spytał Wodnicki Józefa.
— Średnio — odpowiedział nieco zachmurzony Józef. Nie podobało mu się ani tytułowanie „łajdakiem“ Nieznanego, ani powtarzanie jak dogmatów tego, co się mówi w pałacu.
Ale Wodnicki nie spostrzegł, że siostrzeniec jest trochę niezadowolony, i mówił do chłopców:
— Uczcie się, dzieci, bo bez nauki nie będzie chleba. Ty, Kaziu, co wiecznie majstrujesz około swojej fuzyjki, powinieneś zostać inżynierem. Piękne to stanowisko!... jak nic można mieć kilka tysięcy rubli rocznie, a nawet i więcej. Ty, Stasiek, koniarzu, (wiesz, Fruziu, Stach pomagał wczoraj puszczać krew Łysej) ty powinieneś być doktorem. Spytaj się tylko, ile zarabiają sławni doktorzy w Warszawie. Józio dobry wybiera fach: medycyna albo inżynierja!
Ale, ale — prawił Wodnicki, kładąc na swój talerz szósty pierog z jagodami. — W pałacu dużo mówili o tobie, Józiu, a sam pan Turzyński powiedział do mnie, że chciałby kiedy poznać tak wyróżniającego się młodzieńca, jakim jesteś.
— Spodziewałem się tego! — mruknął Józef.
— Doprawdy?... A skąd? — pochwycił nagle zarumieniony Wodnicki.
— W niedzielę poznałem młodych państwa Turzyńskich... Zresztą pan Łoski jest tam nauczycielem i zapewne nie skąpi dla mnie pochwał — odpowiedział Józef, spuszczając oczy.
— Aha!... a tak... No i ja trochę przysypałem od siebie. Przecieżeś nasz siostrzeniec!... Trzeba, żebyś pojechał do Klejnotu, koniecznie! — zakończył Wodnicki, żegnając się i wstając od stołu.
Józefowi rozmowa ta zrobiła przykrość. Czuł, że zaczyna tracić szacunek dla wuja, choć rozumiał, że na dnie jego służalczości leży troska o byt rodziny.



V.

W kilka dni, około piątej po południu, kiedy Trawiński ukończył lekcje ze swoimi uczniami, w stronie czworniaków rozległ się turkot, trzaskanie z bata i ukazał się błyszczący powozik, zaprzęgnięty w parę świetnie utrzymanych gniadoszów. Młodzi Wodniccy z ciekawością spojrzeli w okna i nagle młodszy zawołał:
— Kazik! z Klejnotu jadą. Zmykajmy!
— Rozumie się! — potwierdził starszy. — Ale pierwej trzeba dać znać mamie.
Obaj chłopcy wybiegli z pokoju tylnemi drzwiami, nawet nie uprzątnąwszy książek. Józef czuł, że należałoby zgromić ich za ten objaw dzikości, ale sam był tak zmieszany, że zazdrościł im ucieczki, rozumiejąc jednocześnie, że jemu nie wypada kryć się przed gośćmi.
— Czyby pan Turzyński do mnie z wizytą? — pomyślał.— Ale nawet i za jego wizytę nie będę należał do procesu z Nieznanym.
W tej samej chwili wstyd uderzył mu do głowy. Trzeba być naprawdę sztubakiem, ażeby przypuścić, że pan Turzyński z Klejnotu złoży wizytę korepetytorowi swego rządcy!
Tymczasem powozik uroczystym truchtem wjechał na dziedziniec. Powoził Antek, w granatowej czapce liberyjnej i siwej ułance. Przednie siedzenie zajmował zawsze sztywny, choć słodko uśmiechnięty pan Łoski, ze swą uczciwą, pargaminową twarzą, upiększoną złotemi binoklami i słomkowym kapeluszem. W dziurce czarnego, zakurzonego smokinga Łoski pielęgnował olbrzymią różę, ciemno-amarantowej barwy.
Na jego widok otucha wstąpiła w serce Józefa; zdawało mu się, że niema niebezpieczeństwa, któremu nie stawiłby czoła w towarzystwie ukochanego nauczyciela.
W powoziku siedziały dwie damy w szarych płóciennych sukniach, z białemi i amarantowemi różami przy staniku. Jedną była panna Krystyna Sobolewska, drugą jej uczenica, Zosia Turzyńska.
Na ten widok Józefa ogarnęło naprzód zdziwienie, potem duma, wkońcu złość.
— Więc to ona przyjeżdża namawiać mnie do procesu?
Niebawem powrócił mu zdrowy rozsądek i znowu oblał twarz krwawym rumieńcem.
— Stanowczo jestem głupi! — szepnął.
Tymczasem od kuchni w stronę powoziku biegła z rozkrzyżowanemi rękoma pani Wodnicka, mówiąc wysokim sopranem:
— Kogo widzę? Jakie niespodziewane szczęście!
Promieniejący Łoski tak elegancko wyskoczył z powozu, że zawadził o stopień i byłby upadł, gdyby go za ramię nie powstrzymała panna Krystyna. Ponieważ jednak tego rodzaju wypadki zdarzały mu się po kilka razy na dzień, więc bynajmniej nie zmieszany, owszem, uśmiechnięty, pomógł wysiąść z powozu damom. Pani Wodnicka skinieniem głowy przywitała Łoskiego i pannę Krystynę, skierowując całą eksplozję uczuć na pannę Turzyńską.
— Jakiż zaszczyt spada na naszą skromną chatę! — mówiła. — I trzeba zdarzenia, że w takim właśnie dniu mój mąż musiał wybrać się do powiatu. Chłopcy, chodźcież tutaj... przyjechała nasza kochana dziedziczka.
I kiedy wśród niskich ukłonów zbliżyła głowę do ramienia panny Turzyńskiej, Zosia nagle pocałowała ją w rękę.
Pani Wodnickiej załamał się głos ze wzruszenia, kiedy mówiła:
— A, to już się nie godzi, panno Zofjo! Mnie całować w rękę? Ale prawda, pani zawsze nietylko piękna, ale i dobra jak anioł.
Józef, słuchając tych wybuchów, zaciskał pięści.
„Ależ ten kochany wuj i kochana ciocia wcale ambicji nie mają!“ — pomyślał i tym razem naprawdę chciał wymknąć się z domu. Szczęściem Łoski zwrócił na niego przymrużone oczki i zawołał:
— Ho!... ho!... Józiu!... chodź ino tu na sprawę.
Głosowi temu nie mógł oprzeć się Trawiński i szybko wybiegł na dziedziniec. Wodnicka schwyciła go za rękę i zwracając się do Zosi, rzekła:
— Pozwoli pani, że będę miała honor przedstawić mego siostrzeńca...
— Józio już miał zaszczyt być przedstawiony paniom — odezwał się uprzejmym tonem Łoski.
Panna Zofja skłoniła mu się chłodno i zdaleka, panna Krystyna gorąco uścisnęła go za rękę. W Józefie gniew zakipiał. Chłopak wyprostował się jak sprężyna i ostro spojrzał na pannę Turzyńską; w tej chwili jednak wziął go pod ramię Łoski i zapytał:
— Dlaczegożeś ty do tej pory nie był u mnie?
— Jestem zajęty... nie znam drogi — wyszeptał Józef, drgającemi z gniewu ustami.
— Może pani raczy tymczasem spocząć na ganku. Zaraz się tu coś znajdzie. Cóż panią sprowadziło do nas? — mówiła Wodnicka.
— Wielka, ale to wielka prośba — odparła panna Zosia. — Niech sobie pani wyobrazi, że u nas drób zdycha...
— Nie dziwię się! — szepnęła nie bez ironji pani Wodnicka, śmiertelna nieprzyjaciółka pani Komorowskiej, która w Klejnocie zarządzała gospodarstwem kobiecem.
— Prawie że już nie mamy ptactwa w domu — ciągnęła panna Zofja — więc przyjechałyśmy prosić panią...
— O kilkanaście sztuk? Ależ z największą chęcią!
— I o wskazówki — dorzuciła panienka.
— Zawsze jestem na usługi pani i zawsze będę powtarzała: strzeżcie się kur hiszpańskich i francuskich, bo one nie nadają się do naszego klimatu, a hodujcie Orpingtony, których wartość ja sama wypróbowałam. No i czysto utrzymujcie kurniki — prawiła pani Wodnicka.
— Zanim panie skończą o interesach, my przejdźmy się... Panie pozwolą? — rzekł Łoski, biorąc pod rękę Józefa.
Panna Krystyna uśmiechnęła się do Trawińskiego, Zosia lekko skinęła głową. W Trawińskim znowu gniew zakipiał, niewiadomo dlaczego. Chłopak musiał jednak przyznać, że w tej młodej dziewczynce już rozwija się wielka dama.
— Antosiu, odprowadź konie do stajni, a sam przyjdź do kuchni — rzekła pani Wodnicka. — Mam nadzieję, że pani zechce przyjąć skromny podwieczorek — zwróciła się do Zosi.
— Z największą chęcią, jeżeli panna Krystyna pozwoli — odpowiedziała Zosia.
„Zdaje się, że kochana ciocia dostała lekcję przyzwoitości!“ — pomyślał Józef. I jego gniew na rodzinę Turzyńskich spotężniał.
Obchodząc wkoło dziedziniec, Łoski mówił ze śmiechem:
— W tej chwili na ganku rozegrał się poważny dramat. W naszym dworze ptactwo ginie albo choruje, tak że niema go już nawet na potrzeby codzienne. Twoja ciotka jest sławną hodowczynią drobiu, ale niecierpi naszej pani Komorowskiej. Ażeby więc dostać od was pewną liczbę sztuk potrzebnych nam, sama panna Zofja zdecydowała się prosić panią Wodnicką, no i, zdaje się, dopięła celu... Cóż porabiasz?... o czem myślisz?... miałeś list od matki?...
— O czem myślę? — odparł Józef. — Zaraz panu powiem. Myślę, że najlepiej byłoby nie procesować się z tym Nieznanym, ale wejść w układy i wziąć pieniądze, gdyby je oddał.
— Można i tak! Radzę jednak ostrożność, dopóki nie wyjaśni się charakter pana Nieznanego.
— Ja mam przeczucie, że to jest uczciwy człowiek.
— Są ludzie, którzy nazywają go nietylko uczciwym, ale nawet niezwykłym facetem — mówił Łoski. — Zawsze jednak nie trzeba się śpieszyć, — raczej działać oględnie.
— To dziwne! — zawołał Józef. — A ja myślałem, że pan mi natrze uszu za to, że nie chcę łączyć się z Turzyńskimi.
— Mój drogi, mnie nie obchodzi ani Turzyński, ani Nieznany, tylko interesy twoje i twej matki. Nie chciałbym więc, ażebyście przez nieostrożny wybór narazili się na stratę, albo i kompromitację. W zatargu między Turzyńskim i Nieznanym zrobić słuszny wybór, jest to samo, co przejść po wąskiej kładce nad wodą.
— Mam wstręt do Turzyńskich — mruknął Józef. — Jaśnie panicz Stanisław!... wielka dama panna Zofja!...
Łoski stanął zdumiony i rozłożył ręce.
— Bój się Boga, czego ty chcesz od Zosi? — zawołał. — Przecież to anioł, podniesiony do kwadratu! A i Staś byłby lepszy, aniżeli jest, gdyby otrzymał inne wychowanie.
— A ich ojciec? — zapytał Józef.
— Ty ojca nie znasz, ja znam go bardzo mało, więc cóż warte nasze sądy o nim? Jużci jest to utracjusz i kopalny okaz; może jednak tacy nie istnieliby u nas, gdyby kraj miał normalne warunki bytu. Niewola i psuje ludzi i ogłupia.
W tej chwili Józef spojrzał w stronę ganku i spostrzegł, że panna Krystyna daje im znaki chustką.
— Zdaje się, że wołają nas — rzekł.
— Rozumiem — odpowiedział Łoski. — Z kurami już się załatwiono, teraz kolej na uczonego pastucha.
— Cóżto znaczy? — zdziwił się Józef.
— Nie wiesz? Przecie na tym folwarku służy pastuch, nadzwyczajny świnopas, którego, przez figle czy filantropję, tutejsze guwernantki nauczyły czytać. Przypadkiem dowiedziała się o nim Zosia, no i przyjechaliśmy, aby go obejrzeć.
Zbliżyli się do ganku, przed którym podniecona, zarumieniona panna Krystyna mówiła:
— Idziemy do Szczepanka. Wprawdzie niema panny Wandy, ale pani Wodnicka mówi, że pan Józef może nas doprowadzić.
— Józiu — rzekła ciotka z miną niezbyt zadowoloną — ty przecie trafisz do krzaków, co za folwarkiem...
— Wiem, tam, gdzie bydło pasą.
— Właśnie — ciągnęła pani Wodnicka. — Musisz zaprowadzić państwa do tego Szczepanka Stopy, co pasie trzodę chlewną. Chłopcy gdzieś się podzieli, panna Wanda pojechała z mężem i Jadziulką do miasta, więc na ciebie spada obowiązek...
— Ależ z największą chęcią! — odpowiedział Józef. — Ja także skorzystam z okazji.
— Pan jeszcze nie widział tego chłopczyka? — zdziwiła się panna Zofja.
— Właśnie przed chwilą pierwszy raz o nim usłyszałem.
— Albo pan żartuje, albo pan popełnił grzech śmiertelny! — oburzyła się panna Krystyna. — Jak można, siedząc tu, na miejscu, nie poznać człowieka, który jest triumfem cichej pracy tak zwanych „guwernantek?“ Bo Szczepana nauczyły czytać i wciągnęły do czytania książek skromne nauczycielki naszej szanownej gospodyni, pani Wodnickiej, a robiły to naturalnie poza obowiązkowemi zajęciami, w czasie świąt albo wieczorem.
— Musi to być zdolny chłopak! — wtrącił Józef.
— Cud! dziw! — mówiła, coraz mocniej zapalając się, panna Krystyna.
— Przypominam sobie anegdotę — odezwał się Łoski — według której Francja posiada jeszcze większe cudy, ponieważ tam każdy pastuch mówi po francusku.
— Możebyśmy spierali się idąc? — rzekła panna Zofja.
Ruszyli gromadą w stronę zabudowań folwarcznych, zostawiając we dworku panią Wodnicką, która zdawała się być raczej zakłopotana, aniżeli zachwycona sprawą cudownego pastucha. Panna Krystyna oburzała się dalej:
— W głowie nie może mi się pomieścić, że taki człowiek, taki mądry i dobry jak pan Feliks, odzywa się o Szczepanku nietylko obojętnie, ale wprost niechętnie.
— Proszę pani, ja mam zwyczaj myśleć o tem, co będzie dalej? zaś w sprawie Szczepanka nie widzę na to odpowiedzi — mówił Łoski. — Chłopak nauczył się abecadła — dobrze; coś tam sylabizuje — jeszcze lepiej, ale co później? Bo przecie nie w tym celu uczymy się, ażeby na pastwisku czytywać książki świniom, a choćby krowom i koniom.
— Nieznośny pan jest! — zawołała Krystyna. — Więc musimy się zająć przyszłością tego chłopca.
— Zgóry oświadczam, że ja się nim nie zajmę — odparł Łoski. — Obiecałem zabrać do Warszawy Antosia i wezmę go; a jeżeli chłopak zechce pracować, pomogę mu, ażeby został nauczycielem wiejskim. Ale jeszcze jednego wziąć nie mogę, choćbym pękł, a wątpię, ażeby i pani wystarczyło na podobny cel, jeżeli nie chęci, to pieniędzy.
— Ach, przeklęte pieniądze! — westchnęła Krystyna.
Tymczasem minęli budynki gospodarskie, tworzące wielki murowany kwadrat, otoczony drzewami; wyszli na pole, na którem kołysały się fale pszenicy, i zbliżyli się do łąki, zarośniętej krzakami, gdzie od czasu do czasu rozlegały się krzyki pastuszków.
— Hop!... hop!... Szczepaaaan! — zawołał Józef i powtórzył wezwanie parę razy.
Odpowiedziano mu, i po chwili ukazał się szesnasto- lub siedemnastoletni chłopak, przyodziany w łachman szyneli żołnierskiej, w podarty kapelusz i bardzo brudne majtki zgrzebne, oberwane u dołu. W ręku trzymał pęczek słomy, z której plótł taśmę. Zobaczywszy tyle państwa, zdjął z głowy widmo kapelusza i z otwartemi ustami przypatrywał się nadchodzącym.
— Okropność! — szepnęła Krystyna. — Jak on wygląda...
— Niewiele zyskał na umiejętności czytania — odparł tym samym tonem Łoski. — Ty jesteś Szczepanek Stopa? — zwrócił się do chłopca.
— Ja — nie bez wahania odpowiedział zapytany.
— Umiesz czytać?
Milczenie.
— No, śmiało odpowiadaj: kto cię nauczył czytać?
— Państwo z pałacu? — odpowiedział chłopak bojaźliwie.
— Z pałacu, z Klejnotu. Więc umiesz czytać? — nalegał Łoski.
— Przecie pan widzi, że nie mam nijakiej książki — odpowiedział chłopak proszącym tonem. — Pilnuję świń, jak się należy.
— Coto znaczy? — szepnęła panna Krystyna do Łoskiego. A głośno rzekła:
— Boisz się nas, czy co? My twoi przyjaciele, przyszliśmy cię poznać, a może i dopomóc.
— Na miłość boską! — rzekł po francuski Łoski — niech pani nie wdaje się w żadne obietnice. Trzebaż mieć trochę sumienia.
Ale panna Krystyna pobiegła do chłopca, pochwyciła jego niemytą rękę i mówiła z naleganiem:
— Powiedzże nam, co czytasz? coś czytał? co ci się najlepiej podobało?
Szczepankowi rozjaśniła się twarz. Pocałował Krystynę w rękę i już śmielej odparł:
— Co ja tam czytałem? Pana Kaczkowskiego: „Bracia ślubni“ i „Anuncjatę,“ pana Korzeniowskiego: „Garbaty,“ pana Kraszewskiego, pana Mickiewicza...
— A Mickiewicza co czytałeś?
— „Pana Tadeusza,“ pana „Konrada Wallenroda.“
— I cóż ci się najlepiej podoba? — pytała drżąca ze wzruszenia Krystyna.
— Wszystko mi się podoba, ale najlepiej to „Hrabia de Monte Christo“ — mówił Szczepanek. — Ten Dantes to był przecie gorszy od pastucha, bo siedział w więzieniu. Ale kiedy spotkał się z Farią i uciekł z kryminału, to znalazł wielkie pieniądze.
— A ty chciałbyś znaleźć pieniądze? — egzaminowała panna Krystyna.
— Pani, ostrożnie! — wtrącił Łoski po francusku. A zwróciwszy się do chłopca, zapytał:
— Dlaczego odrazu nie powiedziałeś, że umiesz czytać? To przecie bardzo dobrze, jeżeli kto nauczy się czytać.
— Bardzo to nie — mruknął chłopak.
— Dlaczego?
— Bo jak mnie tutaj na wiosnę zdybał pan dziedzic z książką w garści, to mało o mnie kija nie połamał.
— Co też ty pleciesz! — zawołał przerażony Łoski.
— Mówię prawdę. Przecie jeszcze mam znaki. Teraz jużbym nigdy nie poszedł z książką w pole.
Łoski chwycił się ręką za usta, jakby go zęby zabolały; pannie Sobolewskiej niewiele brakowało do rozpłakania się. Józef zaś spojrzał w oczy pannie Turzyńskiej i lekki uśmiech błysnął mu na twarzy.
Ale Zosia wytrzymała drwiące spojrzenie, tylko pobladła jak papierek. Potem, zwróciwszy jasne oczy na Szczepanka, zapytała go:
— Czy chciałbyś jeszcze uczyć się, kawalerze?
— To się wie! — odpowiedział coraz mocniej zdziwiony chłopak.
— W takim razie będziesz się uczył. Dopomoże ci pan dziedzic.
Kiwnęła głową, odwróciła się i poszła w stronę dworku Wodnickich, a za nią reszta osób. Łoski zdjął kapelusz i rzekł:
— Sophia locuta, causa finita... Zofja rzekła, sprawa skończona. Jestem pewien, że gdyby pani obiecała Szczepankowi tę łąkę i całą pasącą się na niej trzodę, pan Turzyński ofiarowałby mu wszystko.
— A jednak nie pójdzie to zbyt łatwo! — szepnęła Zosia. — Niech więc państwo będą łaskawi nie wspominać przed nikim, dopóki sprawa nie załatwi się.
Józef nie tyle szedł, ile wlókł się na końcu orszaku. Teraz dopiero uczuł, jak nieprzyzwoitym i niegodziwym był jego uśmiech, i doznawał takich wrażeń, jakby olbrzymi kamień spadł mu na głowę i piersi.
„Świństwo zrobiłem — myślał. — Trzeba być idjotą i gałganem. Zaraz jutro powinienbym stąd wyjechać, gdybym miał choć trochę ambicji...“
Przypomniał sobie jednak, że do nagłego wyjazdu, oprócz ambicji, trzeba jeszcze pieniędzy. I w tej chwili zrozumiał, jaka przepaść leży pomiędzy nim, biednym korepetytorem, a panną Turzyńską, której kaprys może zadecydować o przyszłości człowieka!
Im dłużej rozmyślał, tem postępek jego względem Zosi przedstawiał mu się w potworniejszych kształtach. Chwilami zdawało mu się, że ulega nadmiernym skrupułom. Bo i cóż on właściwie zrobił?... Uśmiechnął się i to tak nieznacznie, że Zosia mogła tego nie spostrzec. Ale jeżeli spostrzegła?... Przecież ten uśmiech wyrażał pogardę dla jej ojca, tem gorszą, że cichą i niby osłoniętą pozorami grzeczności.
Pogarda, a choćby tylko lekceważenie ojca! Cóżby on sam odczuł, gdyby kto (z pewnością niesłusznie!) oskarżył jego ojca, a ktoś drugi potępił oskarżonego chociażby uśmiechem, nie wysłuchawszy obrony? Wprawdzie twierdził Szczepanek, że dziedzic obił go za czytanie książki, ale może było inaczej. Może ukarał go za to, że trzoda, niedostatecznie pilnowana, robiła szkody?
Gdyby w podobnych warunkach uśmiechnął się wobec młodego Turzyńskiego, miałby z pewnością awanturę. Ale nie! On wobec mężczyzny zachowałby się taktownie (co za nikczemność!); natomiast obraził panienkę słabą, delikatną, łagodną jak anioł (tak przynajmniej twierdzi o niej Łoski) i szlachetną, która jednym wyrazem nietylko przekreśliła winę ojca, ale zapewniła karjerę Szczepankowi.
I zacóż to wyrządził on Zosi krzywdę? Czy obraziła go kiedy? Czy nie okazywała mu życzliwości? Oto czuł niechęć do niej, że była córką swojego ojca i siostrą swego brata, a jeszcze bardziej za to, że, przyjechawszy do Kamienia, powitała dosyć obojętnie jego, pana Trawińskiego, który już skończył gimnazjum i myślał o wstąpieniu na uniwersytet!
I oto jaka wytworzyła się sytuacja. Ponieważ w tej chwili zastępuje swoich wujostwa, więc powinien być uprzejmy dla panny Turzyńskiej, a przynajmniej zbliżyć się do niej i rozmawiać. Ale co będzie, jeżeli teraz panna Turzyńska zechce wywzajemnić mu się niegrzecznością?... Chyba życie sobie odbierze, czy co?
Józef odczuł, że jego skrucha już przekroczyła granice rozsądku. Śmierć za to, że okazał brak taktu!... W każdym razie wypada zbliżyć się w jakiś sposób do Zosi, ale w jaki? Łoski niezawodnie umiałby rozwikłać tę przykrą sprawę, ale Józef za nic nie przyznałby się wobec niego, że obraził pannę Zofję bez powodu.
W tej chwili z poza krzaków ukazała się łączka, na której kilka małych pastuszek, wziąwszy się za ręce, tańcowały wkoło. Z tego miejsca doskonale było widać ich rozwiane spódniczyny, fartuchy i chustki, podniesione głowy i wyraz upojenia radosnego na twarzach.
— Jakie to ładne! prawda, panie? — nagle odezwała się Zosia do Trawińskiego.
Chłopca ognie oblały. Przez chwilę nie mógł słówka wymówić, szybko jednak zbliżył się do Zosi i po dłuższej pauzie odpowiedział:
— Parę razy w życiu spotykałem rysunki, przedstawiające taniec nimf czy rusałek. Boginki były piękniejsze i piękniej odziane od pastuszek, ale chyba nie tańczyły z większym zapałem, aniżeli one. Za każdem widzeniem podobnej sceny zachwycała mnie fantazja rysownika; nigdy jednak nie przyszło mi do głowy, że zobaczę coś podobnego w naturze. Teraz, naprzykład, zdaje mi się, że na jednym z owych rysunków krajobraz był taki sam jak tutaj. Las dębowy, łączka, krzaki leszczyny...
— To szczególne! — zawołała Zosia, patrząc na niego zdziwionemi oczyma. — Czy da pan wiarę, że i mnie w tej chwili przyszedł na myśl podobny rysunek z jakiejś ilustracji niemieckiej czy francuskiej?
— Pokrewne umysły spotykają się — wtrącił idący za nimi Łoski.
— Wątpię, ażeby pan Trawiński przyznał się do pokrewieństwa z nami — odpowiedziała Zosia.
— Nie śmiałbym — szepnął Józef.
— Mama pańska jest przecie Turzyńską — odparła Zosia. — Zresztą nie robi pan wrażenia nieśmiałego.
Józef nic nie odpowiedział; cofnął się, ustępując przy pannie Zofji miejsca Łoskiemu. W duszy jego zdarzyło się coś, co porównaćby można chyba z nagłą zmianą dekoracji teatralnej. Jeszcze kwadrans temu czuł niechęć do panny Turzyńskiej, okazał się niegrzecznym; teraz zaczęła budzić się w nim sympatja dla niej. Bo czy można nie polubić osoby tak miłej, tak wytwornej, która jednak nietylko przebaczyła mu rażący brak taktu, ale jeszcze — przyznaje się do pokrewieństwa z nim?
— Łoski ma rację — pomyślał Józef — że ona jest aniołem!
Sumienie dręczyło go, ale już nie był zrozpaczony, a zawdzięczał to niewyczerpanej dobroci panny Zofji. — „Anioł! naprawdę anioł!“ — myślał sobie. Zbliżył się znowu do Zosi i rozmawiał coraz śmielej, z coraz większem ożywieniem.
Tak wrócili do domu, gdzie znaleźli się już chłopcy (obaj nadzwyczajnie umyci i uczesani), a ciocia Wodnicka wystąpiła z okazałym podwieczorkiem. Była wyborna kawa z bajecznie grubemi kożuszkami na śmietance, był miód lipiec, pierogi z trześniami, kurczęta z rasy orpingtonów i pantarki, a do tego mizerja. Wybór dań nieco chaotyczny, ale przyrządzenie wzorowe.
Z początku młodzi Wodniccy byli nietylko zakłopotani, ale wprost przerażeni widokiem gości z Klejnotu, ponieważ matka prywatnie oświadczyła im, że muszą bawić pannę Turzyńską i jej nauczycielkę. Przekonawszy się jednak, że nikt nie pragnie wyzyskiwać ich pięknych manier, naprzód uspokoili się, a potem zaczęli bawić się sami, co było połączone z lekkiemi poszturgiwaniami, nagłemi wybuchami śmiechu, a nadewszystko — obfitem jedzeniem.
Jako wytrawny pedagog, Łoski spostrzegł, że w wychowaniu fenomenalnych chłopców istnieją pewne niedokładności, lecz zato apetyt stawia ich narówni z najpoważniejszymi mężczyznami. Uśmiechał się więc do nich i kiwał głową życzliwie, co tem bardziej podniecało ich dobry humor.
Zachodzące słońce połowę nieba zalało złotemi i różowemi blaskami, gdy Łoski w najwykwintniejszy sposób przypomniał damom, że czas wracać do domu.
— Już? — zdziwiła się rozkosznie uśmiechnięta panna Turzyńska, zwracając na niego rozmarzone oczy. — Jest tu tak piękna okolica, że, jeżeli państwo zgodzą się, wartoby kawałek drogi pójść piechotą.
— A jakie w dąbrowie świętojańskie robaczki! — zawołał Staś.
— Jak latarnie kolejowe! — dodał Kazio.
— Ależ chodźmy do tej dąbrowy! — prosiła panna Zofja.
Pożegnano się z gospodynią domu, która oświadczyła, że dzień ten zaliczy do najpiękniejszych w życiu; nakarmiony Antoś z szykiem zajechał przed ganek i goście z Klejnotu, w towarzystwie Trawińskiego, tudzież obu jego uczniów, opuścili gościnny dworek państwa Wodnickich. Niebawem Staś i Kazio rozpłynęli się w wieczornej pomroce i tylko zdaleka słychać było ich duet, w którym jeden udawał goniącego psa, a drugi uciekającą świnię. Panna Zofja z Trawińskim szli naprzód, a o kilkanaście kroków za nimi posuwała się panna Sobolewska z Łoskim.
— Jak oni zajęci sobą! — szepnęła panna Krystyna do Łoskiego, wskazując głową w kierunku swej uczenicy.
— A z początku oboje boczyli się — odparł Łoski.
— Myśli pan, że ta faza znajomości jest lepsza od poprzedniej?
— Myślę, że każdy młody człowiek i młoda panna powinni mieć swój letni wieczór. Tak ich niewiele w życiu!
Tymczasem Zosia i Józef rozmawiali o swoich stosunkach rodzinnych. Józef mówił, że jego matka jest święta, a ojciec w czasie powstania był naczelnikiem województwa, za co półtora roku spędził w więzieniach. Zosia odpowiedziała, że i jej matka za życia była świętą, choć niezupełnie szczęśliwą, i że stryj Władysław był w powstaniu oficerem, co stało się źródłem późniejszych wielkich nieporozumień pomiędzy stryjem i jej ojcem. Oboje młodzi byli tak pogrążeni w rozmowie, że nie spostrzegli dąbrowy, która zaczęła ich otaczać, i dopiero okrzyki chłopców:
— Proszę patrzeć! Oto robaczki świętojańskie! — obudziły ich.
— Ach, jakież one jasne!... jak ich wiele!... Nigdy jeszcze nie widziałam tyle! — zawołała Zosia.
Istotnie na ziemi, na drzewach i w powietrzu unosił się rój świecących owadów. Podobne do iskier złotych i zielonawych, niektóre wzbijały się wysoko, to znowu gasły, ażeby zapalić się w innem miejscu.
— Cudowne! — mówiła Zosia. — Czy pan wie, że z nich można wróżyć?
— Ciekawym?
— Tylko niech się pan nie śmieje, bo to będzie straszna wróżba. Jeżeli robaczek świętojański pokaże się przed nami, to się spełni, o czem myślę, a jeżeli nie...
A teraz niech pan uważa. Pytam: czy dusze ludzkie żyją po śmierci? czy widzą nas i kochają?... Prawda, jakie to okropne pytanie i co mi do głowy przychodzi? Ale tak nieraz tęsknię za mamusią! — mówiła cicho i niepewnym głosem. — Niechże pan prędko liczy do dziesięciu! — dodała, chwytając go za rękę.
— Raz... dwa... trzy...
— Ma pan! Jest — i jeszcze jaki piękny!... A oto drugi! — zawołała, wskazując na dwa robaczki świętojańskie, z których jeden jakby zapłonął w powietrzu, a drugi przyleciał w ich stronę z pomiędzy dębów.
— A pan nie chce jakiej wróżby?
— Owszem, zapytam: czy będzie Polska?
— Przecie Polska jest...
— Ale czy będzie szczęśliwa?
— Dobrze. A teraz liczmy, raz... dwa... trzy...
— Pani zbyt wolno liczy, przedłuża pani...
— Ma pan! jeden, drugi, trzeci. O duszy to czasem wątpię, ale o Polsce nigdy. Boże, jakam ja dziś szczęśliwa! Pewnie spotka nas w drodze jaki wypadek.
— O czem, moi państwo, tak rozprawiacie? — zapytała, zbliżając się do nich, panna Sobolewska.
— Wróżymy — odpowiedział Józef.
— Wróżcie, byle o takich rzeczach, które mogą się spełnić.
— To nie byłoby ciekawe — odpowiedziała Zosia.
— Przeciwnie — odezwał się Łoski. — Wróżcie państwo rzeczy najmniej prawdopodobne, byle się spełniły.
— My też tak robimy — rzekł Józef.
Od strony pastwiska odezwał się głos fujarki, wygrywającej jakąś smutną melodję.
— Jeszcze tylko tego brakowało — roześmiał się Łoski — ażeby dzisiejszy wieczór zakończył się jak bajka! Ogromnie lubię tę piosenkę.
— Melodja, choć smutna, jest ładna: przypomina zawodzenia wiatru jesiennego — rzekła panna Krystyna.
Zosia słuchała z półotwartemi ustami.
— A znacie państwo słowa? — zapytał Łoski. — Słuchajcie...
Poczekał, aż się zacznie nowa zwrotka, i w takt fujarki zaczął nucić fałszywym tenorkiem:
— „Jadę ja, jadę, na wojnę jadę, pomijam twoje wrota... Wyjdzijże do mnie, dziewczyno moja, bom bez ciebie sierota...“
— Wcale nie wyszukana poezja — wtrąciła panna Krystyna.
Fujarka zaśpiewała znowu, a z nią Łoski:
— „Jadę ja, jadę, na wojnę jadę, omijam twoje śliwy... Spojrzyj choć na mnie, dziewczyno moja, bom przez cię nieszczęśliwy...“
Co? — zapytał Łoski. — Jakie to proste i rzewne.
— Czy i pan tak myśli? — spytała Zosia, zwracając na Józefa wielkie oczy, pełne łez.
— No, moi państwo, żegnajmy się i jedźmy — wtrąciła panna Krystyna stanowczym głosem. — Dosyć letnich snów.
Z pomiędzy drzew przybiegli Staś i Kazio Wodniccy, powozik stanął. Poczęto się żegnać.
— Przyjedzie pan do Klejnotu? — zapytała półgłosem Zosia, podając rękę Józefowi.
— Chybabym nie żył — odpowiedział tym samym tonem.



VI.

„Łoski, oto prawdziwie mądry człowiek! — rozmyślał Józef, siedząc w swoim pokoiku przy stole i zastanawiając się nad listem do matki. — Łoski to mędrzec i najlepszy nasz przyjaciel. Jakie to wielkie było powiedzenie: „Nie śpieszyć się!... działać oględnie!... gdyż w zatargu między Turzyńskim a Nieznanym słuszny wybór jest tak trudny, jak przejście po wąskiej kładce nad wodą.“
„Po sto, po tysiąc razy ma słuszność nasz złoty, najlepszy pan Feliks. Może Nieznany jest uczciwym człowiekiem, może nieboszczyk Turzyński istotnie zrobił go swoim spadkobiercą... Ale i pan Zygmunt, rodzony brat nieboszczyka, musi mieć jakieś prawa do spadku. Rodzony brat!... Więc mamusia, a tem bardziej ja, nie mamy powodu zgóry oświadczać się za jednym, albo za drugim. To należy do sądu, nie do nas.
„A jak on słusznie określił pannę Zofję, że jest to anioł dobroci! Ten oryginał Byvataky powiedział mi, jeszcze wtedy, w lesie, że Zosia nie jest żadna piękność. Oto znawca! Dla niego piękniejszą jest panna Paulina Klęska, istotnie ładna, ale kokietka, strojnisia, aż oczy bolą. Tymczasem, wpatrzywszy się, to panna Zofja jest naprawdę pięknością najwyższą, bo duchową, jak mówi mama. Co za figura, jakie ruchy, spojrzenie, uśmiech... Ja, daję słowo, takiej kobiety jeszcze w życiu nie spotkałem. Piękna dusza w najwytworniejszem ciele.
„A jakie szczęście, że nie napisałem do mamusi, ażeby rozpoczęła umawiać się z panem Nieznanym! Bo czy w takim razie mógłbym pojechać z wizytą do państwa Turzyńskich? Czy nie narobiłbym kłopotu wujowi Wodnickiemu, a nawet czy nie postawiłbym w fałszywej pozycji poczciwego Łoskiego? Najlepiej niech sąd rozstrzygnie, kto ma być spadkobiercą. My zaś możemy przyłączyć się do sprawy, nie jako wrogowie pana Nieznanego, ale jako... dalecy krewni Turzyńskich.“
Rozmyślając tak, Józef czuł, że jego rozumowaniom brakuje podstawy. Kto wie, czy w tego rodzaju procesie nie trzeba stanowczo popierać jedną albo drugą stronę? A więc którą? Czy ojca Zosi, czy też człowieka, który natychmiast chce wypłacić piętnaście tysięcy rubli i zabezpieczyć starość matki?
Józef zarumienił się ze wstydu przed samym sobą.
„Co się ze mną stało? Co się ze mną dzieje?“ — zapytywał; a tak był pogrążony w zadumie, że nie słyszał turkotu na dziedzińcu. Dopiero po chwili zbudził go tupot nóg na schodach i głos dziewczyny posługującej:
— Proszę pana, jakiś pan przyjechał.
— Do mnie?
— A tak, pyta się o pana Trawińskiego.
„Zapewne Łoski! — pomyślał. Zbiegł na dół i na ganku zobaczył plecy wysokiego mężczyzny w popielatym garniturze. — Nie Łoski, więc chyba adwokat?“ — Nagle mężczyzna odwrócił się. Był to Permski.
— Nu, pan Trawiński coś zapomina o nas i nie jest zbyt grzeczny! — zawołał. — Siłą trzeba go sprowadzać do Klejnotu, dokąd inni jechaliby z rozkoszą, a może i zapłaciliby, gdyby ich tam zaproszono.
Zmieszany Józef milczał. Podał gościowi rękę, a ten prawił dalej wesoło:
— A swoją drogą dobrze zrobiliście, nie śpiesząc z uszanowaniem. Jaśnie panowie wyżej cenią takich, którzy umieją się podrożyć.
— Ja nie drożę się, ja tylko nie śmiałem — odparł Józef.
— Co to nie śmiałem? Zawsze śmiałem! Tacyście dobrzy, jak dziesięciu Turzyńskich, nawet z ich długami... A co to za dama zbliża się?
— Ciotka moja, pani Wodnicka.
— Zaprezentujcież mnie.
Nastąpiła prezentacja. Gospodyni powitała przyjezdnego z wielką godnością i zapytała, czy nie napiłby się kawy albo herbaty po podróży.
— Już jeżeli łaska, to chyba mocnej herbaty, zwyczajnie jak Moskalowi.
Pani Wodnicka mimowolnie drgnęła.
— Moskal, ale nie z tych, co pisują donosy — dodał.
— Ach Boże, co też pan dobrodziej wygaduje! — roześmiała się pani.
— Nie patrząc na narodowość, socjalista musi być uczciwy. A ja socjalist...
— W imię Ojca i Syna! — przeżegnała się pani Wodnicka. — Kasiu, zapal, dziecko, maszynkę i postaw imbryk. A herbatę zasyp świeżą i ażeby niedługo naciągała.
— Ot, jak pani zna nasze zwyczaje! Widać spotykała pani ruskich.
— Miałam brata na Syberji.
— Hura! — krzyknął Permski. — Ot i człowiek znalazł się między swoimi, jak w rodzinie. Mnie zawsze wydaje się podejrzany taki Polak, który nie zawadził o Sybir albo katorgę. Sybir, to druga polska ojczyzna, a że ona i moją będzie...
— A niechże pana Bóg zachowa! — przerwała Wodnicka, trzęsąc rękoma.
— Pycha polska mówi przez panią — odparł Permski. — Tylko wy chcielibyście iść do katorgi, tylko wy na Sybir, a jak popadnie, to i na szubienicę za wolność. Tymczasem dziś już są i niemało takich Moskalów, którzy z wami osporywają prawo ginięcia za wolność... Naszą i waszą wolność...
Silne rumieńce wystąpiły na twarz Wodnickiej, usta jej drżały.
— Jeżeli pan nie żartuje, jeżeli mówi serjo, to witamy w naszym domu, jak brata i syna.
Permski powstał z ławki i pocałował ją w rękę, a ona jego w głowę.
— Gdybym kiedy przydał się wam — rzekł — rachujcie na mnie. Nie zawiodę. A i u was będę szczery, jak pośród własnych braci.
Na życzenie Permskiego podano herbatę na ganku. Gość pił bardzo mocną, bez cukru i mówił:
— A ja przyjechałem po siostrzeńca pani, po Trawińskiego, zabrać go do Klejnotu na kilka dni. Nasz jaśnie pan dziedzic chce młodzieży wyprawić w lipcu majówkę. Wzamian, jeżeli państwo pozwolicie, będę tu czasami zajeżdżał albo przychodził.
— Ależ z największą chęcią, zapraszamy raz na zawsze — odpowiedziała Wodnicka. — Jakie to jednak dziwne, że pan do nas nieznajomych tak odrazu przylgnął.
— Odrazu to nie. Naprzód poznałem siostrzeńca państwa, tego oto... Później słyszałem, że pani jest sławna hodowczyni drobiu i trzody chlewnej, że dostawała złote medale na wystawach... Nu, myślę, to kobieta, która coś robi na świecie. Powiedziano mi też, że pan Wodnicki jest znakomity agronom, człowiek ciężkiej pracy, który swoją gospodarką nietylko podwoił wartość tych dóbr, ale przyczynił się do podniesienia rolnictwa w całym powiecie. Nu, myślę, to mój człowiek, kiedy pracuje produkcyjnie. Nareszcie, kiedy dowiedziałem się, że bardzo uczciwie postępuje ze swymi pracownikami, że ujmuje się za nimi i że, jak to bywa, sam jest źle wynagradzany, pomyślałem sobie: oto moja rodzina w Polsce!... Czy mogę zapalić papierosa?
Pani Wodnicka otarła wilgotne oczy. Józef oparł głowę na ręku i słuchał z zajęciem.
— Oto jakie teraz panują stosunki na świecie — mówił Permski, popijając małemi łykami herbatę. — Rządca czy plenipotent, choćby genjalny człowiek i bohater w swoim fachu, za ciężką i płodną pracę dostaje parę tysięcy rubli na rok i skromne mieszkanko. Jego żona musi dopracowywać na swoją rękę, a mimo to ledwie im starczy na wychowanie dzieci, zaś o zabezpieczeniu starości niema co i mówić. Od tego są towarzystwa dobroczynności.
Wodnicka cicho westchnęła.
— A tymczasem tak zwany właściciel majątku, próżniak, karciarz, kobieciarz, wyrzuca po kilkadziesiąt tysięcy rubli rocznie na konie wyścigowe, na utrzymanie willi gdzieś aż pod Nizzą.
— Chyba pan nie myśli o naszym panu? — przerwała mu nieco zdziwiona Wodnicka.
— Naprzód — ciągnął Permski — ja nie znam żadnych naszych panów, a powtóre — przecież nie wymieniłem nazwiska. To, o czem mówię, jest powszechnie wiadome, a tylko zacofane polskie gazety boją się o tem pisać. Bo niech pani sama powie: czy istnieje choćby jeden powiat w waszej Polsce, w którym szlachta nie zatracałaby pieniędzy na konie, powozy, meble zagraniczne, stroje żon i córek, na karty i podróże? Czy jest powiat, w którym rządca i ekonom nie byliby wyzyskiwani, a parobcy nie przymierali z głodu? I z czego nieszczęśliwy robotnik ma mieć siły, jeżeli na przekarmienie się ma niecałe dwa funty chleba, z trzema i pół funtami kartofli dziennie? Za co on kupi kawałek mięsa, jeżeli latem robotnikowi rolnemu płacą czterdzieści, a zimą dwadzieścia kopiejek na dzień? Za co wychowa dzieci urzędnik dóbr ziemskich, jeżeli rocznie dostaje kilkaset rubli pensji? Albo musi kraść, albo powiedzieć sobie: moje dzieci będą karbowymi, a wnuki parobkami. I dlaczego tak jest? A dlatego, że jakiś jaśnie próżniak, jaśnie marnotrawca, jaśnie wyzyskiwacz i demoralizator, musi i ma prawo dużo, dużo wydawać pieniędzy, gdyż posiada tak zwany tytuł własności.
Własność!... Przecież ja wiem, jak się tworzy „własność“ w naszej matuszce Rosji. Idzie się, dajmy na to, w stepy kirgiskie, albo między góry kaukaskie, zabiera się najlepsze kawałki ziemi, pod pozorem niby kupna, płaci się, dajmy, trzy ruble za dziesięcinę, spisuje się protokół i szabasz! Potem do nowego dziedzica odwieczni posiadacze ziemi idą na parobków i pracują jak bydło pociągowe. On za to daje im ruble, a sobie zagarnia tysiące. Ot i jest własność! — mówił, otaczając się kłębami dymu.
Wodnicka zatkała uszy.
— Straszne rzeczy opowiada pan! — rzekła. — U nas niema takiej własności.
— Naprawdę? — zapytał Permski. — A konfiskat nigdy u was nie było? A niech pani przypomni sobie, jak to, po trzecim rozbiorze Polski, Prusacy rozdawali dobra, niegdyś koronne, swoim wojskowym i czynownikom, kanaljom z pod ciemnej gwiazdy. Ot i utworzyła się nowa własność!
— Ale obywatelstwo polskie rodowite nie w taki sposób...
— Co pani mówi! — przerwał Permski. — Przecie to żaden sekret, że klasa wojownicza polska, czyli szlachta, odebrała rolnikom naprzód ziemię, a potem i wolność osobistą. Drugiemi słowami, i u was własność bogatych a mocnych urodziła się z krwawej krzywdy ubogich i słabych. Im zaś kto był zuchwalszy rabuś czy sprytniejszy lichwiarz i procesowicz, tem złupił większy majątek, a jego potomkowie cieszyli się u rodaków większem uszanowaniem.
Wodnicka była głęboko wzburzona; drżała ze wzruszenia.
— Nie może być, ażeby taki dobry człowiek, jak pan, wierzył w coś podobnego. Jakie szczęście, że nasi chłopcy tego nie słyszą!
— Pani ma prawdę — odparł niemniej podrażniony Permski. — Ja jestem dobry dla takich jak wy, jak Trawiński, jak chłopi i parobcy, wyzyskiwani przez kapitalistów. Ale dla tych, co wyzyskują, ja jestem zły jak sam szatan. A co do tego, że wasi chłopcy nie słyszą moich poglądów, uspokójcie się!... Usłyszą o nich prędzej, aniżeli na trześniach, które posadziliście przy gościńcu, wyrośnie owoc.
— Chryste Panie! — szepnęła Wodnicka, chwytając się za głowę.
Permski oprzytomniał i uśmiechnął się.
— No, co tam dzisiaj mówić o przyszłości. Zabieram pani siostrzeńca do Klejnotu na jaśnie pańską majówkę. Niech zobaczy wielkich panów przy ich warsztacie, zanim znikną... Masz, kolego, jakie ubranie eleganckie? — zwrócił się do Józefa.
— Mam garnitur ze smokingiem.
— To... to! I weź jeszcze dostatek czystej bielizny, bo oni przedewszystkiem patrzą na bieliznę. Tam wolno trochę nie wierzyć w Boga i cokolwiek mówić o rewolucji, naturalnie — przeciwrządowej; ale kołnierzyk i mankiety trzeba mieć prosto z pod żelazka.
— Ja ci przygotuję walizkę, Józiu — odezwała się Wodnicka — a ty oprowadź tymczasem pana po naszym folwarczku. Może go coś zajmie.
— Atliczno! — rzekł Permski. — To my dwa, za waszem pozwoleniem, pojedziemy teraz do onego pastucha Stiepana, który nauczył się czytać i — pasie świnie.
— Ach, panie! — rzekła Wodnicka, składając ręce — żebyście wy lepiej zostawili w spokoju Szczepanka. On i tak ma w głowinie przewrócone, a co gorsza, że już dziedzic zwrócił na niego uwagę...
— Tak cóż?
— To, że od jesieni będziemy musieli poszukać dla niego miejsca gdzie indziej. Nie możemy przecie robić na złość.
— Ot, stare nałogi! — uśmiechnął się Permski. — Nu, zostańcie zdrowi, madame Wodnicka, upakujcie rzeczy tego młodego rewolucjonisty, a my tymczasem... do świń z pierwszą wizytą.
Obaj z Józefem ucałowali rękę gospodyni domu i wyszli przez dziedziniec za bramę, gdzie stała bryczka, powożona przez Walentego.
— Widzicie, jakie mam łaski u dziedzica — rzekł Permski. — Kiedy wyjeżdżam, daje mi swego najlepszego stangreta.
Zwykle ponury Walenty uśmiechnął się i dość poufale kiwnął głową Permskiemu; Józefa zaś powitał, dotykając palcami daszka liberyjnej czapki.
— Daleko stąd do pastucha? — zapytał Permski Walentego.
— Będzie ze dwa pacierze — odparł stangret.
— I znowu stary nałóg! Twoja ciotka, kolego Trawiński, choć już trochę zrewoltowana, jednak boi się robić naprzekór dziedzicowi, a zaś Walek mierzy drogę pacierzami, choć dawno sprzedał djabłu duszę. Może nieprawda? — mówił wesoło Permski.
— Coś widzi mi się, że tak! — odparł Walenty. — Ale kiedy nie można inaczej...
— Idźmy piechotą do świń, a ty, Walek, jedź z nami. — Czytaliście, kolego, powieść Flauberta: „Salambo“? Jest tam taki obrazek. Zbuntowawsze się wojska najemne wysłały delegatów do Hamilkara, naczelnika rządu kartagińskiego. Najgenjalniejszym z delegatów był niejaki Grek, eks-niewolnik Hamilkara. Władca Kartagińców spostrzegł go i siedząc na fotelu, niby mimowolnie upuścił pierścień z palca. I wiesz, co się stało? W zbuntowanym delegacie greckim ocknął się niewolnik: przykląkł on, podniósł pierścień i uniżenie podał swojemu niegdyś panu. Tak i u was wszystkich: dużo gadacie o wolności, ale w sercach jeszcze jesteście niewolnikami księdzów i szlachciców.
— To jest prawda! — odezwał się z kozła Walenty. — Nieraz myśli sobie człowiek: zwaliłbym jaśnie pana biczyskiem przez łeb, aż ha! Ale niech się pan pokaże, to ręka sama leci do czapki, zamiast do bata.
— Ten już zaczyna mieć rozum, co? — uśmiechnął się Permski, wskazując głową na Walka. — Budzenie się ducha rewolucyjnego w umyśle ludzkim przypomina wschód słońca w górach. Już wierzchołki jaśnieją światłem, a w dolinach jeszcze noc. Tak i u nas. Już w głowach gotują się przemiany, aż huczy, ale w sercach jeszcze służalstwo. Jeszcze ręka biegnie do czapki, zamiast do pochodni i noża...
Józefowi zrobiło się chłodno. „Nóż i pochodnia przeciw pannie Zofji!“ — pomyślał, ale milczał oszołomiony. Nigdy jeszcze nie wygłoszono przy nim tylu nowych i groźnych poglądów.
Zwolna minęli łan pszenicy i dostali się między krzaki, na łąkę. Po kilkakrotnem zawołaniu Józefa ukazał się Szczepanek, w tym samym łachmanie szyneli i tym samym kapeluszu, z którego tym razem nawet dno wyleciało.
— Fiu! — gwizdnął Permski — podoba mi się ten bradiaga.
Szczepanek zdjął resztkę kapelusza i z nieśmiałą ciekawością patrzył na nadchodzących.
Wtem — poznał Józefa, przypadł do niego i chciał pocałować w rękę. Trawiński uścisnął go i odwróciwszy się do Permskiego, rzekł:
— Oto Szczepanek, który czytał Pana Tadeusza i „pana“ Wallenroda, ale najbardziej zagustował w „panu“ de Monte Christo.
— Dzień dobry! — rzekł Permski. — Umiesz czytać?
— Jużci trochę umiem — odpowiedział Szczepan.
— A pisać?
— Trochę, ale niebardzo. Albo to człowiek ma na czem pisać?
— Daj-no Walek tę broszurkę — zwrócił się Permski do stangreta. Walek sięgnął do kieszeni liberyjnego surduta i podał zwitek. Permski otworzył go na chybił trafił i wcisnął w rękę Szczepanowi.
— Czytaj, choćby w tem miejscu.
Obdarty pastuch przypatrzył się papierowi, kilka razy poruszył krtanią, jakby przełykając ślinę, wreszcie przeczytał dosyć gładko, choć martwym głosem:
— „Proletarjat Królestwa Polskiego i Litwy jest częścią proletarjatu państwa rosyjskiego. Przez lat dziesiątki robotnik polski i rosyjski razem znosili wspólne jarzmo despotyzmu. Rząd dusił materjalnie i moralnie nietylko lud polski, ale i rosyjski. Jak wszelki rząd dzisiejszy, rozróżniał on nie narodowość swych poddanych, lecz to, do jakiej klasy należą oni w społeczeństwie. Polscy wyzyskiwacze znajdowali pod jego skrzydłami opiekę i obronę swoich interesów, jak i rosyjscy, a rosyjskiemu robotnikowi nahajka dawała się we znaki równie mocno, jak i polskiemu...“
— Dosyć — rzekł Permski — zrozumiałeś co?
Szczepan pokręcił głową.
— Co taki dureń ma rozumieć, kiedy on nie wie, co to jest despotyzm a co proletarjat? — odezwał się Walenty.
— Nie wiesz, co to jest proletarjusz?
Pastuch wzruszył ramionami.
— Widzisz — mówił Permski — proletarjusz to taki człowiek, który nie ma ani grosza pieniędzy; który chodzi w łachmanach jak ty, i musi służyć, ażeby pozwolono mu sypiać ze świniami i jadać jak świnie. Proletarjusz musi pracować od świtu do nocy jak ty; musi spełniać rozkazy dziedzica, rządcy, ekonoma, karbowego, nawet lokaja; nie ma prawa chorować; może od każdego oberwać kijem albo pięścią, a kiedy okaleczeje, albo zestarzeje się, musi zostać dziadem i od chałupy do chałupy włóczyć się i wyciągać rękę. Wiesz teraz, co jest proletarjusz?
— Wiem — odpowiedział Szczepanek.
— A ty co jesteś?
— Jużci chyba prewet-tar-jusz — odpowiedział chłopak po namyśle.
— Pro-le-ta-rjusz... Powtórz to.
Szczepanek powtórzył kilka razy.
— A chciałbyś, ażeby ci było lepiej? — pytał Permski.
— Kużdyby chciał.
— Chciałbyś wstawać o szóstej rano, zamiast o czwartej, pracować tylko od ósmej rano i tylko do piątej wieczór, z przerwą na obiad? Chciałbyś mieć czyste koszule, porządne odzienie, trzy razy na dzień dobre jadło z mięsem, szklankę piwa po obiedzie? A chciałbyś mieć czysty pokój, wygodne łóżko z pościelą, żonę? A na starość przydałoby ci się mieszkanko w ogródku, ciepły komin, jedzenie, i to wszystko do końca życia, darmo?
Szczepanek podniósł głowę dogóry, szeroko uśmiechał się, a oczy błyszczały mu jak iskry.
— Znasz pałac w Klejnocie albo i w Turzycach? — pytał Permski.
— Widziałem — odparł Szczepanek — i tak zdaleka i trochę przez okno.
— A chciałbyś, ażebyście wszyscy parobcy, pastuchy, chłopcy i dziewuchy ze wsi mieli prawo, każdego święta, wchodzić do pałacu, tam czytywać książki i gazety, a w dużej sali tańcować?... I żeby wam na chórku grała wiejska orkiestra, orkiestra z samych chłopów, ale umiejących piłować na skrzypcach, dąć w trąby, dmuchać w klarynety?
— Żaden ksiądz na kazaniu nie mówi tak ślicznie, jak wielmożny pan! — wykrzyknął rozweselony Szczepanek.
— Więc chciałbyś?
— O dla Boga, a któżby nie chciał takich cudeńków!
— A gdyby ci powiedzieli, że kto chce takich cudeńków, to pójdzie do więzienia, na Sybir, a może i na stryczek, bałbyś się?
— Cobym się miał bać?
— No, to przeczytaj sobie tę broszurę ze trzy albo i ze cztery razy — mówił Permski. — Ale jej nie pokazuj nikomu i nie mów, od kogo dostałeś. Nie powiesz?
— Nie powiem.
— A gdyby cię wsadzili do więzienia?
— I Dantes był w więzieniu... Jeszcze w jakiem! — odparł chłopak.
— A gdyby cię bili, nie powiesz?
— Nie. Albo mi to nowina bicie?
— Później — mówił Permski — będę ci przysyłał inne książeczki. A kiedy ich sporo przeczytasz i zrozumiesz, będziesz mógł uczyć innych i będziesz socjalistą. Najuczciwsi, najmądrzejsi, najtężsi ludzie na tym świecie to so-cja-li-ści. Powtórz: so-cja-li-ści...
Szczepanek rozmyślał, kręcił głową, poruszał wargami i językiem, wreszcie rzekł:
— Najmądrzejszy pan to taki, co sos-jadł-z-liści...
— Ot, widzisz! — zawołał Permski. — On wymyślił swoją metodę mnemoniczną. Powtórz jeszcze raz: socjalista...
— Sos-jadł-z-liścia — odpowiedział Szczepanek.
Stangret Walenty przysłuchiwał się rozmowie z szyderczym uśmiechem.
— Że też ma pan cierpliwość tłomaczyć takiemu durniowi i obdartusowi — odezwał się do Permskiego. — Przecie, choć by mu pan dał i skrzynię książek, nikogo on nie spropaguje, bo z nim nikt gadać nie zechce.
— Daj, kolego, spokój! — odrzekł Permski. — Już ja większych durniów, aniżeli on, zjednywałem choćby w Klejnocie. Byle czytał z uwagą, przestanie być durniem.
Walenty spochmurniał jeszcze bardziej. Zdawało się, że coś wie o owych „durniach z Klejnotu,“ o których wspomniano przed chwilą.
— A Walenty, swoją drogą, jest arystokrata! — dodał Permski.
— Ale bo co może zrobić taki dziadowód, co o dziesięć kroków śmierdzi chlewem — upierał się stangret.
Permski pomyślał, potem wydobył z kieszeni portmonetkę, z niej garstkę drobnych i, dając Szczepankowi, rzekł:
— Masz tu, bracie, rubla na wydatki. Ale nie marnuj pieniędzy na głupstwa. A za kilka dni da ci ten pan — mówił, wskazując na Trawińskiego — parę sztuk bielizny, jakie buciny, kapotę i czapkę. Walenty ma rację, że niepięknie wyglądasz. No, a teraz bywaj zdrów i pamiętaj, że jeżeli ty podobny jesteś do Dantesa, to socjaliści będą twoim Farią...
Podał pastuchowi rękę na pożegnanie, to samo zrobił Trawiński i obaj pieszo zwrócili się w stronę dworku Wodnickich. Walenty splunął, wsiadł na kozioł i zwolna pojechał za nimi.
— Cóż wy, kolego, tak milczycie? — zapytał nagle Permski Józefa. — Ja już płuca wygadałem, a wy ani słówka, jakbyście mieli knebel w ustach. Przecie chyba nie jesteś stronnikiem wyzyskiwaczy?
— Cóż znowu! — odparł Józef, otrząsając się. — Tylko... usłyszałem dziś tyle rzeczy nowych, że jakoś nie mogę się połapać.
— Więc pytaj. Na wszystko odpowiem.
— Hum... Czy mi się zdaje, czy daliście do zrozumienia, że cała nasza szlachta ma być wyrżnięta?...
— Cha! cha! — zaśmiał się Permski. — Anim myślał, że dojdziesz do takiego wniosku, słuchając mnie!... Na co wyrzynać? kto ma wyrzynać?... Z tym, co przeciw nam wystąpi jako wróg, ceremonij robić nie będziemy. Ale kto chętnie czy niechętnie, wszystko jedno, podda się nowemu porządkowi, temu wprawdzie zabierzemy nieruchomości, czyli ziemię, domy, budynki, fabryki, ale zapłacimy papierami, które będą miały wartość pieniędzy, tylko nie będą przynosiły procentów... Nie bój się o nich!... Pierwsze pokolenie kapitalistów będzie żyło, jak dziś: szykownie, wesoło, nawet hucznie, nie utrudzając się żadnemi zajęciami. Dopiero ich synowie i wnuki muszą się wziąć do roboty produkcyjnej; nu, a to chyba ani im, ani narodowi na złe nie wyjdzie. Co?... Przecie to hańba i nawet niezdrowo nic nie robić... Sam powiedz?
— Prawda! — odrzekł Józef, czując, że wielki ciężar spadł mu z serca. „Turzyńskim nie grozi nóż, ani pochodnia... Zosia będzie żyła w dostatkach...“
— Teraz — dodał głośno — chciałbym wam coś powiedzieć, ale dajcie słowo, że nikomu...
— Masz moje słowo — odparł nieco zdziwiony Permski.
— Otóż — ciągnął Trawiński — przed kilkoma dniami była tu panna Zofja Turzyńska...
Poczuł ściskanie w gardle, zarumienił się i dopiero po chwili mówił dalej:
— Panna Turzyńska widziała Szczepanka, rozmawiała z nim i... tylko ani słówka przed nikim! — obiecała dostarczyć mu środków na dalsze kształcenie się...
— U-hu-hu! — zaśpiewał Permski. — Zosieńka obiecałaby wszystko, każdemu biedakowi, oddałaby nawet ostatnią koszulę, ale co z tego?... Na kształcenie trzeba pieniędzy; ale panna Turzyńska tymczasem nie ma pieniędzy, a jej tatko nie da. Bądź spokojny, kolego: Szczepan będzie miał tylko to, co my dla niego zrobimy, nie pan Turzyński.
Tak rozmawiając, zbliżyli się do domu. Na ganku stał stół przykryty białym obrusem z czterema nakryciami. Chłopców nie było, oczywiście wysłała ich gdzieś matka, natomiast ukazał się pan Wodnicki i razem z małżonką zaprosił Permskiego na podwieczorek.
— Zabiera pan Józia do Klejnotu? I na długo? — rzekł.
— Kilka dni musi posiedzieć.
— Choćby i tydzień — rzekł gospodarz. — Niech się chłopak zabawi po tutejszych nudach.
— Pan nie wyzyskuje swoich robotników, nawet nauczycieli! — zauważył Permski.
— Proszę pana, teraz takie czasy, że zwyczajny robotnik nas wyzyskuje, nie my jego. Zato nauczyciele są aż nadto sumienni.
Zasiedli do podwieczorka, który składał się z kurcząt z mizerją, młodych kaczek z kapustą, tudzież kompotów z trześni i malin. Permski jadł, wszystko chwalił, a nareszcie zawołał:
— W Polsce tylko szlachta umie jeść, no i jest gościnna.
— A jednak chcesz pan odebrać jej majątki, a nas pozbawić chleba — wtrącił, śmiejąc się, Wodnicki. — Bo gdzie, naprzykład, ja pójdę, jeżeli skonfiskujecie dobra naszemu panu Turzyńskiemu?
— Pan Wodnicki lubi żartować! — odrzekł Permski. — Bo przecie komu jak komu, ale takim jak wy, przy nowej organizacji społeczeństwa będzie najlepiej.
— Jakim sposobem?
— Takim, że dziś nazywacie się sługami wielkich panów, a jutro będziecie służyć tylko narodowi.
— A gdzie i jaką dostanę posadę? Gdy zabraknie majątków, nie stanie i rządców! — westchnął Wodnicki.
— Będzie pan, naprzykład, kontrolerem drobnych gospodarstw w kilku gminach, a może i w całym powiecie.
— A kto mi da taką posadę?
— Jakiś urzędnik społeczny, rodzaj naczelnika powiatu.
— A skąd on przyjedzie?
— Ot, złośliwiec z was!... A zaraz: skąd on przyjedzie?... Nu, choćby z Warszawy. Przecież sami go wybierzecie.
Wodnicki kiwał głową.
— Czyli, że miejsce dzisiejszej szlachty zajmą jacyś urzędnicy. A czy oni będą nam lepiej płacili, to jeszcze pytanie!
— Co pan gada? — zawołał Permski. — Jaż mówię: urzędnicy będą z wyboru, więc muszą was słuchać.
Wodnicki wciąż kiwał głową.
— Proszę pana — rzekł — urzędnik jest nie poto, ażeby nas słuchał, ale — ażebyśmy jego słuchali, bo inaczej ładu nie będzie. Otóż, jeżeli ten urzędnik będzie miał siłę, a mieć ją musi, to bardzo prędko weźmie nas za łby, zbierze majątek, zgarnie tyle ziemi, ile mu się podoba, i przekaże ją swoim potomkom. Czyli — wszystko będzie jak dawniej.
— Nu, bądź pan Wodnicki spokojny! — zawołał Permski, uderzając pięścią w stół. — Z podobnym urzędnikiem to już mybyśmy się rozprawili...
— Ale za co panowie tak nienawidzicie naszej szlachty? — wtrąciła pani.
Permskiemu ognie wystąpiły na twarz i zaiskrzyły się oczy.
— I to mówi żona agronoma, społecznika, jak pan Wodnicki! — zawołał. — Nu, więc ja wam teraz objaśnię, wy polscy patrjoci, czem dla waszej ojczyzny była i jest szlachta...
— Ciekawość! — mruknął Wodnicki.
— Będzie i ciekawość, nie jedna — mówił rozdrażniony Permski. — Państwo wiedzą, ile w Polsce przypada ziemi na rodzinę chłopską? Sześć dziesięcin!... A ile na rodzinę szlachecką? Czterysta dziesięcin!... Innemi słowami: rodzina szlachecka pochłania tyle, co sześćdziesiąt sześć rodzin chłopskich. Gdyby na jedzenie, ubranie, naukę dzieci i inne rzeczy wydawał szlachcic tyle, co przeżywa dwadzieścia sześć chłopskich rodzin, to jeszcze zostałby mu roczny dochód czterdziestu rodzin chłopskich, czyli najlżej rachując, przeszło sześć tysięcy rubli. A że szlachciców w waszej Polsce jest zgórą pięć tysięcy, więc klasa ta posiada przeszło trzydzieści miljonów rubli rocznie, poza wydatkami na utrzymanie.
Słyszycie? Wasza szlachta ma trzydzieści miljonów rocznie do swobodnej dyspozycji.
A co z niemi robi?... Czy zakłada fabryki?... czy wydaje na ochrony, szpitale, przytułki dla starców?... Nie!... Cały ten gigancki dochód marnuje na wyścigi, stroje, karty, wyjazdy zagranicę...
I wy pytacie, za co ja niecierpię waszej szlachty?... Za to, że ja kocham wasz naród, a szlachta to rak, który naród toczy. Przecie, gdyby nie było szlachty i gdyby jej zbyteczny dochód rozlał się po całym narodzie, kraj wyglądałby inaczej.
Nastała chwila przykrego milczenia. Nagle odezwał się Wodnicki:
— A długi?
— Co to znaczy: długi? — zapytał Permski.
— To znaczy — mówił Wodnicki — że jeżeli, jak pan mówisz, na rodzinę szlachecką przypada u nas osiemset morgów ziemi, to z tej ilości pięćset albo i sześćset morgów nie należą do szlachcica, tylko do jego wierzycieli hipotecznych i wekslowych. Owe więc trzydzieści miljonów rubli nie idą na zbytki szlacheckie, ale na procenty dla wierzycieli.
Permski przez chwilę był stropiony. Nagle twarz rozjaśniła mu się i zapytał:
— A na co były zaciągnięte długi?
Wodnicki wzruszył ramionami.
— Czy ja wiem? — odparł. — Niekiedy na zapłacenie kontrybucji.
— Nie-kiedy! — zaśpiewał Permski. — A kim są wierzyciele?
— I tego nie wiem.
— Nu, to ja wiem!... Waszymi wierzycielami są Niemcy, Francuzi, Belgijczycy, a najbardziej Żydzi. Wasza szlachta przez kilka pokoleń robiła długi czort wie na co, ażeby dziś chłop bezrolny swoją krwawą pracą płacił procenty Niemcom i Żydom... Pięknie gospodaruje wasza szlachta, niema co mówić! — zakończył Permski.
Powstał, podziękował za przyjęcie i oświadczył, że — pora jechać. W pół godziny bryczka uwiozła w stronę Klejnotu Permskiego i Trawińskiego.
— Cóż ty na to? — zapytała Wodnicka męża, gdy młodzieńcy zniknęli za wrotami.
Wodnicki niedbale machnął ręką.
— Syn nadleśnego z Wólki, wiesz, co uczy się w Instytucie Technologicznym w Petersburgu, przez dwa lata chciał przerabiać Polskę, a dziś, zamiast o rewolucji, myśli o posadzie chemika w fabryce płócienek, gdzieś w Rosji. A od naszego dziedzica wiem, że we Francji i w Niemczech od kilkudziesięciu lat powtarzają takie same głupstwa, a mimo to szlachta jest, arystokracja jest, i wielkie majątki nie przepadły. Niech więc i u nas trochę sobie pogadają.



VII.

Gościniec z rezydencją w Klejnocie łączyła szeroka aleja, wysadzona czterema rządami starych lip, które tworzyły trzy ulice. Środkową, za dawnych czasów, jeździły tylko powozy; lewa (patrząc z gościńca) przeznaczona była dla konnych, a prawa dla pieszych. Dziś, aleją środkową włóczyły się nawet wozy folwarczne, traktem pieszych biegła powyginana ścieżka, a ulica jeźdźców zarastała trawą.
Z jednej i drugiej strony alei ciągnęły się ogrody: z lewej owocowy, z prawej warzywny. Z pomiędzy zieleni drzew owocowych przeglądały ceglane ściany domku ogrodnika, zaś wśród jarzyn, za drucianym płotem, stały kurniki, a z boku, w pewnej odległości od nich, widać było, otoczony świerkami i bzami, biały dworek pani Komorowskiej, która zajmowała się drobiem i innemi gałęźmi gospodarstwa kobiecego.
Pani Komorowska była to osoba przeszło pięćdziesięcioletnia, wysoka, szczupła, z orlim nosem, wąskiemi ustami i płomiennemi, głęboko osadzonemi oczyma. W ciekawy sposób zdobyła stanowisko hodowczyni kur, indyków i kaczek. Jej mąż, dość zamożny obywatel ziemski, a daleki krewny Turzyńskich, puścił majątek zarówno własny jak i swojej żony, a gdy umarł — wdowie zostało dwanaście tysięcy rubli.
W owym czasie pan Zygmunt Turzyński nagwałt potrzebował akurat takiej sumy; jego więc plenipotent zwrócił się do pani Komorowskiej z następującą propozycją. Wzamian za pożyczone pieniądze wdowa otrzyma siedem procentów, czyli osiemset czterdzieści rubli rocznie, a ponieważ jest do pewnego stopnia kuzynką Turzyńskich, więc może darmo mieszkać w Klejnocie, dostawać opał, a nawet, od czasu do czasu, konie — na niezbyt dalekie przejażdżki.
Pani Komorowska propozycję przyjęła z radością: oddała swój kapitalik, otrzymała należyty rewers i zamieszkała w jednej z oficyn pałacowych. Po kilku miesiącach zaczęła stołować się w pałacu, lecz, za radą plenipotenta, zniżyła swemu dłużnikowi procent od kapitału na pięć od sta. Zaś po kilku latach i jeszcze po kilku, przeniosła się do dworku w ogrodzie warzywnym, poczęła zajmować się drobiem, a ze swemi procentami widywała się rzadko i nieregularnie. Wkońcu stosunki ułożyły się w taki sposób, że pani Komorowska była traktowana jak gospodyni, która wprawdzie nie najświetniej wypełniała swoje obowiązki, lecz cierpi się ją, jako wdowę po dalekim, bardzo dalekim kuzynie.
Pani Komorowska, osoba w gruncie rzeczy dobra, godziła się z nowemi warunkami. Lubiła swój dworek, ogród warzywny, drób, kochała Zosię Turzyńską, pokładała jakieś nadzieje w Stasiu. Wszelako niekiedy przychodziło jej na myśl, że jednak ze swoim kapitalikiem mogłaby żyć niezależna i nie podejrzewana o to, że jest na łasce bogatych krewnych. Wówczas stawała się smutna, rozdrażniona, rozżalona na pana Zygmunta i mocno postanawiała rozłączyć się z nim i zażądać zwrotu dwunastu tysięcy. W chwili jednak, kiedy zaczynała stanowczą rozmowę z kuzynem, albo on poruszał inny temat, albo jej zabrakło odwagi.
Taki właśnie moment żalu spadł na panią Komorowską, dziś, kiedy ze swego ogrodu zobaczyła czterokonną karetę, powożoną przez najpoważniejszego stangreta, Wojciecha, a jadącą w stronę gościńca.
Oczywiście wyjechał pan Turzyński, zaś jedna z dziewek powiedziała jej, że wziął ze sobą panienkę i panicza. Więc gdzie pojechał z dziećmi?... poco?... na jak długo?... I czy to jest przyzwoite, ażeby z nią, kuzynką, nietylko nikt się nie pożegnał, ale nawet nie powiedział, dokąd jadą?
Żal pani Komorowskiej był tem boleśniejszy, że dowiedziała się, iż kilka dni temu Zosia, ten aniołek dobroci, była z wizytą u pani Wodnickiej i zakupiła u niej kilkanaście sztuk drobiu. Oczywiście pani Komorowska nie ma już co robić w Klejnocie, a jeżeli tak, więc musi stanowczo rozmówić się z kuzynem Turzyńskim i zażądać zwrotu kapitału. Gdyby dano jej nawet sześć procent, czyli siedemset dwadzieścia rubli rocznie, to przecież na wsi albo w małem miasteczku z tych pieniędzy wyżyje i nie będzie znosiła upokorzeń.
Takiemi zajęta myślami, pani Komorowska wyszła około siódmej wieczorem ze swego dworku w aleje i, o kilkanaście kroków od furtki, spostrzegła Łoskiego, który z zadartą głową, rękoma wtył założonemi, przypatrywał się prastarym lipom. Na ten widok zbudziły się w jej sercu łagodniejsze uczucia i chęć porozmawiania z niezwykle uczciwym człowiekiem.
— Dobry wieczór, panie Łoski!... I pan, widzę, lubi spacerować około naszych ogrodów!
— Czekam na mego przyjaciela, Józia Trawińskiego, którego pan Permski ma przywieźć z Kamienia — odpowiedział Łoski z niskim ukłonem.
„Z pewnością nie ukłoniłby się niżej żadnej hrabinie!“ — pomyślała pani Komorowska, co jeszcze bardziej poprawiło jej humor.
Ścisnęła go za rękę, i oboje wolnym krokiem poszli w stronę gościńca. Nagle Komorowska zapytała:
— Czy i pan nie wie, dokąd pojechał nasz dziedzic razem z dziećmi?
— Owszem. Pojechali na stację kolei, naprzeciw pani Dorohuskiej, która, zdaje się, jest siostrą cioteczną pana Turzyńskiego...
— I bardzo bogatą, bardzo bogatą! A przytem wielce dbałą o honor rodu Turzyńskich. Przyjazd jej nie pozostanie bez wpływu na proces z Nieznanym...
Łoski stanął i ujął się lewą ręką za brodę.
— Czy nie będę niedyskretnym, gdybym zapytał panią, kto jest ten pan Nieznany i jakie może mieć prawa do dziedzictwa po świętej pamięci Władysławie Turzyńskim?
Komorowskiej drgnęły usta. Obejrzała się po alejach, potem wpatrzyła się w Łoskiego, wreszcie rzekła:
— Panu powiem, nawet wszystko, co mi jest wiadome, ponieważ mam pewność, że z pańskich ust nikt nie dowie się szczegółów, niezbyt pochlebnych dla rodziny...
Łoski podniósł rękę dogóry.
— Tak — mówiła dalej. — Pierwej jednak niech mnie pan raczy oświecić, kim jest ten... ten Permski i jakim sposobem siedzi w Klejnocie? Bo zapewne wie pan, co ten człowiek apostołuje?
— Permski — rzekł Łoski — jest to skończony prawnik, kuzyn dyrektora gimnazjum, do którego chodzi Staś. Zaś pan Turzyński zaprosił Permskiego na wakacje, ażeby Stasia uczył rosyjskiego, ponieważ chłopak może za rok nie dostać patentu.
— O tem wiem i to rozumiem. Ale niech mi pan wytłomaczy, skąd pochodzi tolerancja Turzyńskiego dla wybryków pana Permskiego?... Bo przecie ten młody prawnik poprostu buntuje naszą służbę i sąsiednich włościan?
— Proszę pani, Permski jest niewątpliwie uczciwym człowiekiem; ma wprawdzie bardzo krańcowe poglądy, ale nie kryje się z niemi nawet przed panem Turzyńskim. Zaś pan Turzyński wręcz lekceważy jego propagandę... Mówi, że to samo oddawna głoszą różni anarchiści zagranicą, nie wywołując żadnych zaburzeń, więc i u nas ich nie wzbudzą... Co pani chce, pan Turzyński sądzi, że rody arystokratyczne to świętość, na którą nikt nie ośmieli się podnieść ręki. Kupcy — mówi on — fabrykanci, mogą dostać wały od zrewoltowanych robotników, ale nie arystokracja rodowa.
Komorowska wzruszyła ramionami.
— Proszę pani — mówił dalej Łoski — ja... gotówem nie dziwić mu się. Ja przecie nie jestem szlachcicem, tylko łykiem sandomierskim, gdzie każdego bednarza, kowala, szewca powinienbym całować w rękę, gdyż prawie każdy z nich jest moim wujem. Pomimo to — czy pani da wiarę? — nie mogę bez wzruszenia patrzeć na Turzyńskich, gdy przypomnę sobie, że w każdym z nich jest kropla krwi Czarnieckiego, Chodkiewicza, Sobieskiego... A ten Klejnot, w którym kilka dni zamieszkiwał Kościuszko!... Kiedy pomyślę, że on chodził po tym dziedzińcu, po tym parku, jeździł po tych alejach, zdaje mi się, że powinienem co krok upadać na twarz i całować tę świętą ziemię... A przecie ta ziemia jest odwieczną własnością Turzyńskich! I pani chce, ażeby tym ludziom nie kręciło się w głowach, kiedy mnie, łykowi, takie myśli uderzają do mózgu, takie uczucia nurtują w sercu? Dla mnie Turzyńscy, choć widzę ich wady, stanowią jakby cząstkę narodowych relikwij...
— Zacny, szlachetny idealisto! — szepnęła Komorowska. — Więc teraz rozumie pan, jak doniosłą rzeczą jest, ażeby kobiety wielkich rodów nie pozwalały sobie na żadne lekkomyślności, lecz były czyste jak zakonnice, gdyż inaczej nietylko skalają, ale zmarnują dostojeństwo rodu.
— Myślę, że i mężczyźni powinni być takimi — wtrącił Łoski.
— Zgorszę pana — odparła Komorowska — ale powiem, że jest to co innego. Bo weźmy drażliwy przykład. Kiedy mężczyzna ma syna zboku, ten syn nie dziedziczy majątku, sławy, ani tytułów. Ale gdy kobieta... Chyba nie potrzebuję kończyć?...
— Dalekośmy zaszli na tym spacerze! — uśmiechnął się Łoski.
— Ale zbliżyliśmy się do testamentu Władysława Turzyńskiego i procesu z panem Nieznanym.
W całej postawie Łoskiego widać było zdumienie. Otworzył usta, rozszerzył palce rąk, podniósł brwi i patrzył na panią Komorowską szklanemi oczyma. Ona zaś, rozejrzawszy się po alejach, zaczęła zniżonym głosem:
— Jan Turzyński, dziadek Zygmunta, miał onego czasu romans z pokojówką swej matki, Angielką, której syn otrzymał nazwisko Nieznanego, wychowywał się przy dworze turzyckim i został tam berejterem; potem ożenił się z córką berejtera Oświęcimskich, znowu Angielką, i z nią miał syna jedynaka, który także nazywał się Nieznanym, ale, dzięki świętej pamięci Władysławowi, otrzymał po nim nietylko klucz Turzyce, ale i ogromną gotówkę. Czy i teraz myśli pan, że ów Piotr Nieznany jest naprawdę tak bardzo nieznanym i żadnego, ale to żadnego prawa nie ma, choćby do części majątku Turzyńskich?
— Przyznam się pani, że jeszcze nie wyrobiłem sobie poglądu na tego rodzaju kwestje...
— Zczasem wyrobi pan sobie, a teraz idźmy dalej — mówiła Komorowska. — Przypominam jednak, że o tych sprawach, oprócz nas dwojga, nikt wiedzieć nie powinien.
— Pani sądzi, że nikt inny nie wie?
— Jestem pewna, że ludzie wiedzą, ale... nie ode mnie... Przejdźmy teraz do następnego pokolenia. Stefan Turzyński, ojciec Władysława i Zygmunta, człowiek lekkomyślny i majątkowo zrujnowany, ożenił się z kobietą nadzwyczajnej piękności i rozumu. Pani ta nie była bogata, lecz zwróciła na siebie uwagę osoby nietylko bardzo majętnej, ale i wysoko urodzonej. W kilka lat później zrobiła znajomość z innym człowiekiem, znowu bardzo majętnym, ale parwenjuszem, a nareszcie zaczęła mieć tylu przyjaciół z rozmaitych sfer społecznych, że jej mąż, pomimo iż był skończonym cynikiem, odebrał sobie życie.
— Okropność! — szepnął Łoski.
— To się trafia i nawet nierzadko. Pan nigdy o tem nie słyszał?
— Uważałem pogłoski tego rodzaju za oszczerstwa.
— Mniejsza o to. Wracam do historji Turzyńskich. Kiedy ojciec zastrzelił się, Władysław miał lat dwadzieścia jeden, a Zygmunt osiemnaście. Władysław nie lubił matki i mieszkał w kraju. Zygmunt był jej ulubieńcem i razem z nią przesiadywał zagranicą; pierwszy był oszczędny, nazywali go nawet skąpym, drugi rozsypywał po świecie pieniądze jak piasek; to też, gdy matka w kilka lat umarła, na majątku Zygmunta już były długi, zaś Władysław posiadał dużą gotówkę.
Stanęli na gościńcu, wysadzonym topolami włoskiemi. Komorowska przysłoniła oczy ręką i patrząc w kierunku zachodzącego słońca, zapytała Łoskiego:
— Czy to już nie jedzie pański przyjaciel z tym Permskim?...
Łoski poprawił binokle, przypatrzył się z uwagą i odparł:
— Zdaje się, że nie... Tu, bliżej, sądziłbym, że jedzie chłop, a trochę dalej buda żydowska...
— I nie boi się pan, ażeby ten Permski nie zdemoralizował pańskiego chłopca?
— Nie — odpowiedział po namyśle Łoski. — Józio jest patrjotą, dzieckiem i wnukiem gorących patrjotów, więc zrobi tylko to, co będzie uważał za korzystne dla ojczyzny. Wątpię zaś, ażeby teorje Permskiego były dla nas użyteczne. Chociaż... Ale słucham dalszego ciągu o Turzyńskich.
— Otóż po śmierci matki, Zygmunt zaczął trwonić pieniądze jak szalony. Trzymał stajnię, dworską orkiestrę, kilkunastu strzelców, gromadę lokajów i kucharzy. Naturalnie, robił długi na wszystkie strony, nie pomijając, rozumie się, i brata. Władysław, lubo niechętnie, udzielał pożyczek, z początku na słowo, później na hipotekę; wkońcu jednak odmówił, gdy należności dosięgły parukroć stu tysięcy rubli.
Nadszedł rok 1861. Władysław, zapalony patrjota, pomimo że dawno skończył trzydziestkę, chciał wstąpić do organizacji. Tu zdarzyło się nieszczęście. Na jednem ze zgromadzeń ktoś odezwał się źle o jego zmarłej matce. Zrobiła się awantura i nastąpił pojedynek, w którym Władysław zabił swojego przeciwnika. Od tej pory zaczął dziwaczeć. Raz naprzykład odezwał się, że nie jest pewny, czy ma prawo nazywać się Turzyńskim... A gdy brat robił mu z tego powodu wymówki, unikał go, a przy spotkaniu nie rozmawiał z nim.
W owej epoce Piotr Nieznany służył w Turzycach za pisarza prowentowego. Władysław zbliżył się do niego i poszli razem do powstania. W potyczce pod Wohyniem Turzyński dostał kulą w nogę, a Nieznany, wówczas dwudziestoletni chłopak, wyprowadził go z pola bitwy, umieścił u jakiegoś leśnika, pielęgnował i w rezultacie wywiózł z kraju.
Od tej chwili aż do śmierci Władysława Nieznany nie rozłączał się z nim. Mieszkali przeważnie zagranicą: w Paryżu, Dreźnie, Berlinie, gdzie młody chłopak, podobno bardzo zdolny i ciekawy, brał lekcje od jakichś profesorów, uczęszczał na jakieś kursy... Turzyński przywiązał się do niego, tem mocniej, że uległ dziwnej chorobie nerwowej. Mianowicie — bał się samotności i nietylko nie mógł podróżować, ale nawet chodzić po ulicy sam. Musiał kogoś trzymać pod rękę, gdyż inaczej dostawał silnych zawrotów głowy i upadał.
Ludzie, którzy spotykali ich w owym czasie, mówią, że Nieznany otaczał Władysława jak najtroskliwszą opieką. Mieszkał z nim, chodził, czytywał mu książki i gazety. W rezultacie stało się, co się stać musiało, że Władysław cały swój majątek, w dobrach i gotowiźnie, zapisał Nieznanemu. Bratu zaś ofiarował pięćset rubli, a jego dzieciom po tysiąc; jedni mówią, że zrobił to dla szykany, a inni, że w tym celu, ażeby Zygmunt nie miał powodu do procesu.
— Więc, według pani, Nieznany jest legalnym spadkobiercą nieboszczyka Władysława? — zapytał Łoski.
— Takie jest moje przekonanie — odpowiedziała Komorowska. — Zresztą Władysław za życia niejednokrotnie wspominał, że Turzyce dopiero w rękach Nieznanego powrócą do właściwych spadkobierców. Zrobił nawet koncept, że dziś jedynym prawdziwym Turzyńskim jest nieprawy wnuk Jana...
— A na jakiejże zasadzie pan Zygmunt wytacza proces?
— Zły duch Turzyńskich, Byvataky, podsuwa mu dwa punkty. Pierwszy, że nieboszczyk był obłąkanym i opętanym przez Nieznanego, drugi — że Nieznany sfałszował testament. Tymczasem zarzutom tym nie uwierzy nikt, znający stosunki i charakter spadkobiercy. Ten Nieznany, jak słyszę z różnych stron, ma być nietylko zdolnym, ale i szlachetnym człowiekiem.
W tej chwili od strony gościńca doleciał turkot bryczki i wesołe parskanie koni.
— Otóż i Permski z moim chłopakiem! — odezwał się Łoski.
— Zdrawia żełaju! — krzyknął Permski, machając kapeluszem. — Ot i wiozę wam pysznego kawalera.
Obaj z Józefem wyskoczyli z bryczki, a Łoski przedstawił ich pani Komorowskiej, która życzliwie uśmiechnęła się do Józefa, lecz niechętnym obrzuciła wzrokiem Permskiego. Poczem wszyscy trzej pożegnali szanowną damę i piechotą udali się w stronę pałacu.
— Niebardzo podobałem się tej pani Komorowskiej, a? — zapytał Permski, — Z innego widać jesteśmy powiatu...
Łoski nie odpowiedział mu, lecz zwrócił się do Józefa:
— Uważaj, jaki to ładny pałac w niemniej ładnem otoczeniu. Widzisz, co za ogromny dziedziniec? Spojrzyj na te świerki na lewo, albo na gromadę lip z prawej strony. A teraz pałac... Jaki on biały!... Środkowy korpus piętrowy, skrzydła parterowe, podjazd oparty na czterech kolumnach. Pańska rezydencja!
— A ile w nim kości, krwi i potu chłopskiego! — uśmiechnął się Permski.
— Przesadzacie, kolego Dymitrze — upomniał Łoski.
— Wcale nie! Zresztą niech on sam powie...
— Wszystkie chyba pałace, parki, kościoły, fabryki powstały z pracy ludu — nieśmiało odezwał się Józef.
— A teraz widzisz — ciągnął Łoski — te dwie oficyny? W prawej jest kuchnia i mieszkania niektórych oficjalistów, w lewej — pokoje gościnne i mój. Jeżeli zechcesz...
— A ja mieszkam w samym pałacu, obok jaśnie państwa! — wtrącił, śmiejąc się, Permski.
Walenty od kilku minut był przed pałacem. To też, gdy trzej młodzieńcy minęli bramę wjazdową, zobaczyli służącego w granatowej liberji i w cylindrze z dużą kokardą.
— Wielmożny pan Trawiński? — zwrócił się służący do Józefa.
— Ja jestem — nie bez zdziwienia odpowiedział zaczepiony.
Służący podał mu list. Józef rozerwał mocną kopertę z angielskiego papieru i przeczytał:

Szanowny Panie i Kolego! Proszę mi wybaczyć, że nie witam Pana osobiście, ale musieliśmy wraz z ojcem wyjechać naprzeciw dawno niewidzianej ciotki. Listem tym proszę Was, abyście się rozgościli, jak u siebie w domu, i wybrali najwygodniejszy pokój. Z wysokim szacunkiem kolega i sługa,

Stanisław Turzyński.

— No, to jest naprawdę po wielkopańsku! — szepnął Józef.
— Przyznaj się, kolego Łoski, że to ty kazałeś Stachowi list napisać — rzekł Permski.
— Ja? — odparł Łoski, rozkładając ręce. — Ależ mnie nawet do głowy nie przyszłaby podobna forma uprzejmości. Nato, jak słusznie zauważył Józio, trzeba urodzić się wielkim panem.
— Nu, pan Łoski w swoim żywiole! — odpowiedział Permski. — Nacieszcież się sobą. Dowidzenia!
Podał im rękę i odchodząc w stronę pałacu, zanucił:

Ach ty mat’, moja matuszka!...

Służący, który stał dotychczas na boku, dotykając ręką brzegu kapelusza, zapytał Józefa:
— Czy wielmożny pan wybierze sobie pokój?
— Stań u mnie, Józiu — odezwał się Łoski. — Niech Tomasz, z łaski swojej, każe zanieść walizkę do mego pokoju. A my, Józiu, połaźmy po parku, zanim dadzą kolację.
Przeszli wzdłuż pałacu i skręcili do bramy na lewo.
— Ależ to musi być ogromny park? — odezwał się Józef.
— Cudowny!... Kilkadziesiąt morgów rozległości. Patrz, jakie tu stare drzewa... Ta, naprzykład, topola nadwiślańska... Trzeba ze sześciu ludzi, ażeby jej pień objąć... A tamten dąb... a świerki... Jutro zobaczysz rzekę za parkiem. Widzisz na pagórku altankę?... Niezrównane stamtąd krajobrazy!... A ile tu alei, ścieżek!... A kogo nie oglądały te drzewa!...
— O ile drzewa mogą oglądać — wtrącił Józef.
— Mnie się zdaje, że kilkudniowy pobyt tutaj uleczy cię z przedwczesnego sceptycyzmu.
— Wątpię. Sam pan kiedyś powiedział, że sceptycyzm jest chorobą naszego pokolenia.
Między drzewami błysnął biały budynek. Łoski zdjął kapelusz i skierował się w tamtą stronę.
— Pi!... pi!... — zaśpiewał Józef. — Cóżto, kapliczka?... Nieźle musi się tu dziać bożym ciołkom!
— Ty wiesz, że tu, w Klejnocie, przez kilka dni mieszkał Kościuszko?
— Uczciwy człowiek, ale nietęgi wódz. Jeszcze w takich warunkach! — odparł Józef.
— Cicho! — mówił zniżonym głosem Łoski. — Będziemy go krytykować, ale nie w tem miejscu...
Józef drgnął.
„Dlaczego nie w tem miejscu?“ — pomyślał.
— Przed stoma laty — ciągnął Łoski — stał tutaj domek, w którym, jak ci powiedziałem, mieszkał chwilowo Kościuszko.
— Tu? — spytał Józef.
— Właśnie zaczynało się powstanie... Nam już dziś trudno nawet odgadnąć, ile ten człowiek przeżył tutaj i przemyślał.
— Tu?...
— Słyszysz ten szmer?... To tylko drzewa. Ale ja, ile razy to słyszę, nigdy nie mogę oprzeć się złudzeniu, że tak rozmawiają szeptem ci nieliczni, którzy go wówczas otaczali i razem z nim...
Józef zdjął kapelusz.
— Później — mówił Łoski — domek spalił się i przez kilkanaście czy więcej lat stała ruina. A potem jeden z Turzyńskich, bodaj czy nie Jan, za radą proboszcza rozebrał gruzy i z ich cegieł wybudował kaplicę. Widzisz, z powodu takich oto i tym podobnych okoliczności, ja, choć nie jestem ani szlachcic, ani zbyt gorliwy katolik, nie śpieszę się z rzucaniem kamieni na szlachtę i na księży. To przecież nasi...
Niesłychane uczucie ogarnęło Józefa. Zdawało mu się, że w tej kapliczce spoczywają tragiczne losy całego narodu i że w jego sercu jakiś pedantyczny głos, niby rozsądku, usiłuje zagłuszyć echa wspomnień przebolesnych. Stracił panowanie nad sobą. Nie wiedząc, co robi, objął rękoma za szyję Łoskiego, oparł mu głowę na ramieniu i ciężko zapłakał.
— Przepraszam!... Niech pan nie uważa mnie za dzieciaka... Cóż za głupi sentymentalizm... O, jak mnie boli w piersiach! — mówił, śmiejąc się i łkając.
Łoski szepnął mu do ucha:
— Widzisz, to tak robi się człowiekowi, kiedy odczuje Boga, albo ojczyznę.



VIII.

Dopiero o siódmej rano zbudził się Trawiński ze snu głębokiego jak nicość. Gdy uchylił powiek, zobaczył, że znajduje się w wielkim pokoju z dwoma oknami i leży na żelaznem, czysto posłanem łóżku. Jedno z okien było otwarte; tyłem zwrócony do dziedzińca siedział w niem na fotelu Łoski i czytał książkę, zlekka wybijając takt palcem.
„Żony, kochanki — mówił półgłosem — płacz mnie nie wzruszy, bo nim zaświta poranek, nim słońce zajdzie, łzy jej osuszy nowy mąż, nowy kochanek.“
— Cudo! — mruknął pedagog. — Ale kto dziś czyta te piękności? Wolimy koncepty pism humorystycznych.
I znowu czytał cicho:
„Więc dziś po świecie błądzę szerokim sam, pędząc życie tułacze. Naco mam płakać?... za kim?... i po kim?... gdy po mnie nikt nie zapłacze?...“
— Każdy z nich mógł to samo powiedzieć — mówił Łoski. — Mickiewicz, Krasiński, Słowacki, Lelewel, wszyscy jenerałowie.
Zachodzi teraz inna kwestja: czy wspaniały wykrzyknik — „Jedźmy... nikt nie woła!“ — nie urodził się pod wpływem westchnienia: „Gdy po mnie nikt nie zapłacze?...“
Słuchając tych szeptów, Józef przypomniał sobie, że od wczorajszego wieczora bawi w Klejnocie, w pokoju Łoskiego, z którym rozprawiali do drugiej w nocy. I nagle jak błyskawica zbudziła się w nim myśl, że ten młody a już zasuszony pedagog, Łoski, żyje tylko dwoma ideami: ojczyzną i jej mową. Umiał on mnóstwo rzeczy, był kilka razy zagranicą, wiele widział, z wieloma ludźmi stykał się, a całą swoją wiedzę, doświadczenie i znajomości ciągle i jak najściślej kojarzył z Polską. Co Polska będzie miała z tego? w czem Polska jest podobna do innych społeczeństw? czego w niej niema i jakby to wprowadzić?
Wielkich zaś poetów polskich odczytywał tak często, że prawie umiał ich napamięć, a raz mimowoli wypowiedział przed Trawińskim takie zdanie:
— Wiesz, czasem zdaje mi się, że ja tych ludzi osobiście znałem, rozmawiałem z nimi. A kiedy zastanawiam się nad tem, poczyna budzić się we mnie coś, jakby wiara w istnienie dawniejsze. I pytam samego siebie, czy ja już raz nie żyłem na tej ziemi, wśród pokolenia emigrantów z roku 1831-go?
To przypominał sobie Józef, a tymczasem Łoski znowu począł szeptać:
„Za kilka godzin rumiane zorze błysną promieńmi złotemi; zobaczę niebo, zobaczę morze, lecz nie zobaczę mej ziemi...“
W tem miejscu głos załamał mu się. Jednocześnie Trawiński wyskoczył z łóżka, pobiegł do fotelu i zaczął całować piękną głowę swego niegdyś korepetytora.
— Co to jest? — wykrzyknął Łoski. — Moje binokle!
Oprzytomniał i z uśmiechem patrząc na Józefa, rzekł:
— Chciałeś mnie przestraszyć?... w dzień?...
— Nie, panie. Ja tylko chciałem powiedzieć, ale niech się pan nie obrazi, że pańskim patrjotyzmem i szlachetnością możnaby obdzielić nas wszystkich, jacy jesteśmy w Klejnocie i jeszcze niewiele ubyłoby panu.
Łoski machnął ręką.
— Tak zwykle wyraża się młodzieńczy zapał — rzekł. — I nie dziwię się temu. Masz lat dziewiętnaście, znalazłeś się w jednej z najpiękniejszych okolic naszego kraju, ranek jest cudowny, powietrze od tych jodłowych lasów upajające. Więc serce musiało przepełnić ci się radością i uściskałbyś nietylko taką jak ja pokrakę, ale cały świat...
A co się tyczy patrjotyzmu — dodał surowiej — radzę ci być mniej hojnym w rozdawaniu tego tytułu. Patrjotyzm to świętość, no a nam wszystkim bardzo do niej daleko. Chcesz jeść?
— Och, pan ma zwyczaj zaraz oblewać zimną wodą!
— Oblej się nią sam, tu, za parawanem, a ja tymczasem poproszę o śniadanie.
Józef ochłonął i rzucił okiem po pokoju. Były tu półki z książkami, dwa stoliki i parę krzeseł również zarzuconych książkami. Mimo to było widać, że podłoga jest codzień czysto zamiatana, wszystkie sprzęty wycierane z kurzu i że ktoś usiłuje nawet książki ustawiać symetrycznie, bodaj czy nie według koloru okładek.
Łoski dotknął elektrycznego dzwonka i po chwili weszła schludnie ubrana służąca z bukiecikiem niezapominajek w ręku.
— Całuję rączki panu profesorowi. Nasza panienka przysyła te kwiatki.
— Co? Państwo już wrócili?
— Nie — mówiła służąca — ale panienka, wyjeżdżając, kazała ten bukiecik oddać panu profesorowi.
Łoski uśmiechnął się jakby ze skromnym triumfem i chwiejąc głową, odparł:
— Proszę panience bardzo podziękować, jak wróci, i powiedzieć, że kwiatki są prześliczne. A teraz, Józiu, co będziesz pił? Kawę?... herbatę?...
— Nie mam apetytu — odpowiedział Trawiński za parawanem. Serce ścisnęło mu się w przykry sposób, gdy usłyszał, że Zosia kazała przysłać pęk niezapominajek Łoskiemu. Sam profesor jakby coś stracił ze swej wartości w jego oczach.
„Nie wiedziałem, że ten święty człowiek bałamuci młode panienki!“ — pomyślał Józef.
— W takim razie proszę o dwie porcje kawy — rzekł Łoski do służącej. — I niech pani Katarzyna, z łaski swej, włoży te kwiatki w wodę...
Służąca włożyła bukiecik do szklanki i wyszła po kawę. Łoski zaś, powąchawszy kwiatki, postawił je na oknie, obok łóżka Józefa.
— Mnie się zdaje, że taki prezent powinien stać na pańskiem oknie — odezwał się z za parawana Trawiński.
— Na twojem jest mniej światła — odpowiedział Łoski, nieznacznie uśmiechając się.
Przyniesiono kawę w maszynce, śmietankę w porcelanowych garnuszkach, bułki na platerowanym koszyku z herbem, przedstawiającym głowę tura. Józef pił i jadł bez apetytu, częścią z powodu owych niezapominajek, przysłanych przez Zosię Łoskiemu, częścią dlatego, że kawa była mniej dobra, aniżeli u ciotki Wodnickiej. Tam przygotowywała ją sama gospodyni domu, tutaj kawiarka, albo klucznica.
Ustawiając naczynia i nalewając kawę, Katarzyna opowiadała Łoskiemu najświeższe wiadomości z Klejnotu. Więc naprzód, że państwo Turzyńscy i pani Dorohuska przyjadą do domu na obiad, który zapewne będzie wystawny, bo kucharz bardzo klnie. Więc pan Andrzej Turzyński i Zygmunt Pomorski bardzo wcześnie poszli na ryby, z zamiarem ułowienia czegoś na obiad. A nareszcie pan profesor Permski pojechał do miasteczka kupić odzież dla jakiegoś uczonego pastucha.
— Oho! — rzekł Łoski — to już pan Dymitr dowiedział się o Szczepanku?... Bodaj czy nie zacznie się nowa serja apostolstwa!
— A panowie Byvatakowie, ojciec i syn, wybrali się także naprzeciw pani Dorohuskiej, choć mówili, że tylko do miasteczka — opowiadała w dalszym ciągu Katarzyna.
— A panienki wstały już? — zapytał Łoski.
— Wstały, nawet rano. Ale panna Róża jest czegoś smutna, panna Paulina chciała grać na fortepianie, ale potem rozmyśliła się, a panna Krystyna pisze listy. Żeby choć do narzeczonego! — westchnęła Katarzyna. — Ale jej nie do narzeczeństwa.
— O widzisz — rzekł Łoski do Józefa, kiedy służąca opuściła pokój. — To tak, jakbyśmy w Klejnocie drukowali „Kurjera“. Każdego ranka wiemy o wszystkiem, co się stało.
Pijąc kawę w pięknej porcelanowej filiżance i jedząc bułkę z masłem, Józef rozmyślał, czy Łoski jest bałamut, czy tylko ma wyjątkowe szczęście do kobiet. Bukiecik niezapominajek zranił mu serce jak zatruta strzała; mimo to Józef uznał, że Zosia ma prawo kochać, kogo jej się podoba, a więc i Łoskiego, i że on, Józef, ma obowiązek poświęcić wszystko dla szczęścia Zosi, a więc i — swatać ją z Łoskim, jeżeli taka będzie jej wola.
Stopniowo żal jego do przyjaciela zmniejszał się, zazdrość gasła. Natomiast nie mógł pohamować oburzenia, widząc, jak obojętnie zachowuje się Łoski wobec bukieciku. Możnaby nawet powiedzieć, że nietylko na niego nie patrzył, lecz wcale o nim zapomniał, co było oczywistem bluźnierstwem wobec Zosi. Więc, ażeby wynagrodzić panience choć w części brak hołdów ze strony człowieka, któremu oddała serce, Józef, korzystając, że Łoski znowu pogrążył się w czytaniu, zaczął niby wyglądać przez okno, nieznacznie wyjął z bukieciku jedną niezapominajkę i — na wieczne czasy — schował ją do portmonetki między drobne.
Nagle profesor uderzył się w czoło.
— Gapia uciąłem! — zawołał. — Czytam sobie, jakgdybym nie miał nic do zrobienia. Przecie ty wcale nie znasz pałacu, ani parku. Poczekaj, obejrzymy teraz pałac.
— Czy to jest coś osobliwego? — zapytał Józef.
— Jużci nie jest to ani Wilanów, ani Łazienki — odparł jakby zakłopotany Łoski — ale zawsze warto obejrzyć, choćby dla orjentowania się w rozkładzie sal, gdy nas tam zaproszą. Turzyce są wspanialsze i ciekawsze, lecz tam wątpię, ażebyś miał sposobność być, przynajmniej tych wakacyj.
Opuścili pokój, oficynę i wyszli na dziedziniec, ozdobiony sadzawką, trawnikami, kwietnikami i dwoma staremi lipami. Józefa uderzyła pustka i cisza. Nikt nie chodził, nie rozmawiał; szemrała tylko woda fontanny, bijącej na środku sadzawki, i szeleściły listki akacji. Józef spostrzegł, że drogi nie są zbyt świetnie utrzymane, choć je dziś wygracowano, i przyszło mu na myśl, że jednak w tej rezydencji mieszka więcej smutku, aniżeli pańskości.
Weszli pod ogromne kolumny i do przysionka, gdzie na prawo i na lewo stały wieszadła na odzież panów, ławy dla służby i parę wysokich zwierciadeł na pociechę dam. Czworo wielkich drzwi prowadziło do pokojów na dole, a szerokie schody marmurowe na pierwsze piętro.
— Jak tu pusto! — szepnął Józef, dziwiąc się odgłosowi własnych kroków na kamiennej posadzce.
— A kiedyś, dawniej, jak tu musiało być ludno i huczno! — odpowiedział Łoski. — Dla mnie ten dom jest symbolem dziejów naszej arystokracji: była potężną i otaczaną, dziś jest bezsilna i opuszczona.
W tej chwili otworzyły się jedne z drzwi bronzowego koloru i stanął w nich człowiek wysoki, z siwą głową i faworytami, w kamizelce, na której zwieszał się gruby złoty łańcuch. Na żylastych rękach miał zawinięte rękawy czystej koszuli, a na nogach przydeptane pantofle.
— Moje uszanowanie panu Radcewiczowi! — odezwał się Łoski. — Cóżto, pan sam pracuje?
— A, to pan profesor? — zawołał, uśmiechając się, starzec. — Sam, zawsze sam pracuję!... Młodzi wolą łachać po parku, albo wysypiać się w kątach. A wreszcie czy to każdemu można powierzyć naprzykład srebra?
— Mój przyjaciel, Józef Trawiński — rzekł Łoski, wskazując na Józefa.
— To pewnie ten młody kawaler, którego pan oczekiwał?... Piękny byłby ułan! Zapewne radby zwiedzić pałac?... Proszę, bardzo proszę... Zaczniemy od fundamentu.
— Co, do piwnic zaprowadzi nas pan? — zapytał Łoski.
Starzec machnął ręką.
— Niema tu piwnic — rzekł. — To tylko piwniczki. Prawdziwe piwnice są tam... w Turzycach. Ale w Turzycach już ja nie będę, dopóki włada w nich uzurpator. Fundamentem zaś nazywam pokój jadalny, bo to podstawa życia. Jeść potrzebuje każdy człowiek, nawet książęta i biskupi... Proszę...
Otworzył drzwi i szerokim gestem wskazał młodzieńcom, ażeby weszli.
— Naprzód — mówił — zwracam uwagę kawalera, że tu wszystkie drzwi, w całym pałacu, drzwi — mahoniowe... Były... A wszystkie klamki i zawiasy ze złoconego mosiądzu... Czy to kawaler zasługujący na zaufanie? — zapytał półgłosem Łoskiego.
— Może mu pan wierzyć, jak mnie.
— Piękna rekomendacja! — rzekł starzec. — W takim razie będę szczery... zupełnie szczery... Niestety!...
— Skądże ten desperacki wykrzyknik? — zapytał Łoski.
— Bo tu u nas dużo się zmieniło od czasów mojej młodości — ciągnął Radcewicz. — A ponieważ, jak mi mówiono, dzieje się tak w całym kraju, więc nie mam powodu do radości. Ale co tam!... Oto jest poczekalnia: sprzęty proste, skrzynka na kwiaty, których jeszcze gałgan ogrodniczek nie przyniósł. Godnym uwagi jest zegar gdański i lustro, w którem (tu zniżył głos) przeglądał się Kościuszko... Ale zegar jest teraz inny i lustro inne. Tamten zegar wskazywał dnie tygodnia i odmiany księżyca, a lustro ma podobno stać w pokoju pana, chociaż...
Józef spojrzał na Łoskiego, ale ten miał oczy spuszczone.
Przeszli do następnego pokoju o trzech oknach. Na środku znajdował się potężny stół, oparty na sześciu nogach rzeźbionych, otoczony krzesłami, obitemi skórą. Pod jedną ścianą stał komin kaflowy, obok niego mały kredens, pod drugą — wznosił się wielki kredens, pod trzecią — duża, ciężka szafa. Wszystkie sprzęty były z ciemnego drzewa, na ścianach tu i owdzie wisiały majolikowe talerze i półmiski, na małych półeczkach stały wazony chińskie.
Radcewicz wyjął z kieszeni pęk kluczyków i otworzył szafę, zamkniętą na dwa zamki. W dolnej części wypełniały ją srebrne łyżki, widelce i noże, w górnej srebrne wazy, półmiski i salaterki.
— Co? — zapytał, zwróciwszy się do Trawińskiego.
— Tu chyba musi być z kilkaset funtów srebra — rzekł Józef.
Starzec pokiwał głową.
— Tu — rzekł zniżonym głosem — jest tylko trzy tuziny srebrnych nakryć, a reszta... Reszta platery!... I o tem wie każdy lokaj, każdy parobek, każdy Żyd w miasteczku. Ten kominek był z kararyjskiego marmuru... Na miejscu tych kredensów stały arcydzieła sztuki stolarskiej, rzeźbione przez mistrzów snycerzy...
— Cóż się z tem stało? — zapytał Józef. — Rabowali?
— Nikt niczego nie rabował — odparł stary. — Wszystko dobrowolnie poszło między ludzi i przyozdabia dziś, albo ja wiem, czyje mieszkania? Idźmy dalej.
Wyszli znowu do sieni i minąwszy schody, dostali się do prawego skrzydła pałacu.
— Gabinet pana Zygmunta Turzyńskiego — mówił starzec. — Tu już wszystko nowożytne: szafa bibljoteczna, półka z książkami podręczna, biurko. Widzi pan? Tylko ten fotel pamięta czasy Ludwika XIV-go.
A to — prawił, otworzywszy drzwi następnego pokoju — to sypialnia naszego pana. Na kanapce dwie osoby mogłyby się wyspać, a na łóżku potańcować. Szafa z lustrzanemi drzwiami... stolik nocny... Jedyną rzeczą, mającą wartość, jest ten klęcznik, na którym odmawiał pacierze jeszcze kasztelan Turzyński, pradziad naszego. Niegdyś w gabinecie wisiały gobeliny, a ściany sypialni były obite jedwabiem.
— I gdzie się to podziało? — zapytał Józef.
— Poszło trochę na konie, trochę na karty i ładne kobiety, a potem — znowu na ładne kobiety i karty. Karty, panie, to najżarłoczniejsze zwierzę pod słońcem, zaś ładne kobiety mają nadzwyczajną wartość. Tylko historja sreber jest inna. Naczynia srebrne sprzedał nasz pan, ażeby wydobyć z kłopotu swego kuzyna, który jakieś tam wekselki po... tego... ten... Uratował z kryminału człowieka, którego wyparł się własny ojciec.
— No, to jednak był niezwykły czyn — odezwał się Łoski.
— Pan Zygmunt miewa takie wybuchy — odparł Radcewicz, kiwając głową.
— A cóż się stało z tym kuzynem? — zapytał Józef. — Opamiętał się?
— Kuzyn, po wydobyciu go z niewoli babilońskiej — mówił, śmiejąc się, stary — na podziękowanie zamieszkał u nas, w Klejnocie i — przez wdzięczność — zaczął umizgać się do pani Zygmuntowej... Wyrzuciliśmy go za drzwi.
Tak rozmawiając, obeszli najważniejsze pokoje pałacu. Na pierwszem piętrze widzieli pokój panny Turzyńskiej, z białemi sprzętami i wcale dobrą kopją Madonny Rafaela nad klęcznikiem. Trawińskiemu zdawało się, że jest w świątyni, i nie mógł wydziwić się obojętności, z jaką Łoski patrzył na małe biureczko i skromne łóżko panienki, którą powinien był uwielbiać.
„A może on nie bałamuci panny Zofji?“ — pomyślał Józef. W tej samej chwili Łoski znowu wydał mu się najuczciwszym i najmędrszym człowiekiem na świecie.
Wkońcu obejrzeli wielką salę balową, gdzie był chórek dla orkiestry, a pod nim, na estradzie, fortepian koncertowy, na którym już od bardzo dawna nikt nie grywał koncertów. Radcewicz o każdej cząstce pałacu miał coś do opowiedzenia, zawsze dodając, że kiedyś było tu inaczej: inne drzwi, inne okna, inne obicia i sprzęty, które sprzedano, aby zastąpić je wyrobami może nie najgorszemi, ale nie mającemi żadnej pamiątkowej wartości.
Kiedy, opuszczając pierwsze piętro, znaleźli się znowu przy schodach, Radcewicz pożegnał ich:
— Widzieliście panowie mieszkanie magnata. Jużci ładne ono, ale nie odznacza się niczem. Coś w tym rodzaju mógłby mieć pierwszy lepszy dorobkiewicz, a może nawet i coś droższego.
Zupełnie inaczej znaleźlibyście w Turzycach: tam jest gniazdo rodu Turzyńskich. Tam widzielibyście zbrojownię hetmana Turzyńskiego, bibljotekę biskupa i kasztelana, obu mężów znakomitej wiedzy na swój czas, kaplicę, w której modliła się niejedna ze świątobliwych kobiet Turzyńskich, wreszcie groby rodzinne, gdzie spoczywają całe szeregi wielkich i zasłużonych mężów.
Może kiedy uda wam się tam być, ale już nie pod mojem przewodnictwem. Ja, gdybym tam nogą stąpił, zdaje się, zdechłbym na miejscu...
— Przepraszam pana — odezwał się Józef — ale dlaczego tak?
— Więc ty, kawalerze, nic nie wiesz, więc ci nic nie mówiono?... Przecież tam dziś grasuje przywłaszczyciel, jakiś pan Nieznany. A co gorsze, że niby posiada dokumenty, mianujące go właścicielem, i że autorem tej herezji jest rodzony brat pana Zygmunta, jeden z Turzyńskich... Władysław!...
Nie chce mi się wierzyć, jednak muszę i lękam się, że ten straszny przybłęda może utrzymać się przy zagrabionych, czy wyłudzonych majątkach.
Podał im ręce z zawiniętemi rękawami koszuli i prosił, ażeby kiedy, jeżeli będą mieli czas i ochotę, wstąpili do jego oficyny.
— Znajdzie się tam jaka lampeczka, a może i pierniczek — dodał.
Kiedy młodzieńcy zbiegli ze schodów i wyszli na dziedziniec, znowu pusty, na którym znowu słychać było tylko szmer fontanny, Józef głęboko odetchnął i zawołał:
— Bójcie się Boga, panie Feliksie, przecież ja podobnego faceta jeszcze w życiu nie napotkałem.
— A widzisz?... To jest stary sługa u starego rodu.
— Czemże on był? Coto za rodzaj specjalisty?
— Z pochodzenia — mówił Łoski — jest to syn jakiegoś szlachetki, który wychował się przy dworze Jana Turzyńskiego, dziada obecnego dziedzica. Jeździł z nim zagranicę, gospodarował, zajmował się końmi, bibljoteką, a że był ciekawy do książki, więc, jak mogłeś zauważyć, nawet wykształcił się i umie więcej, aniżeli przeciętny oficjalista. Dziś jest trochę rezydentem i marszałkiem dworu. Zdaje mi się też, że u pana Zygmunta musi mieć na procencie kilka tysięcy rubli, może więcej.



IX.

Obaj młodzi ludzie wrócili do mieszkania. Z pokojem Łoskiego, którego okna wychodziły na park, stykał się mniejszy pokoik z oknem, zwróconem na dziedziniec. Józef przeszedł tam, ażeby nie przeszkadzać Łoskiemu; otworzył okno i, usiadłszy na starem krześle, zaczął przypatrywać się dziedzińcowi, który wciąż był pusty.
Nagle przywidziało się Trawińskiemu, że słyszy rozmowę na dwa głosy: jednym był perlisty szmer fontanny, drugim cichy szelest lipy; srebrna kita fontanny niby przekornie chwiała się to na prawo, to na lewo, a ciemno-zielone bukiety lipy odpowiadały jej takim samym ruchem. Niekiedy zdawało się, że milknie fontanna, a wzmacnia się szum lipy; to znowu cichła lipa, a fontanna przemawiała dźwiękiem tysiąca niewidzialnych dzwonków.
„O czem one mówią? — pomyślał Józef. — A, o tem, że zestarzał się ród Turzyńskich i pałac w Klejnocie, i te lipy, i świerki przedwieczne. Pod białym tynkiem pałacu już zarysowują się śmiertelne szczeliny; wkrótce ze wspaniałych drzwi porobią się wyłomy, z okien jamy, dach zapadnie się, a na murach, pogryzionych deszczem, zazieleni się trawa, tarnina i głogi.“
W tej chwili zaturkotała bryczka i wyskoczył z niej Permski, trzymając duży węzeł w rękach.
— Odzienie dla Szczepanka! — rzekł do siebie Józef. — I przywidziało mu się, że gdzieś, daleko za parkiem, płynie rzeka podziemna, gęsta, ciężka i czarna, którą Permski usiłuje skierować pod starzejący się pałac. I jeszcze przyszło mu na myśl, że dwa, niegdyś bliźniacze, niegdyś kochające się gmachy: w Klejnocie i Turzycach, dzisiaj gotują się do stoczenia zajadłej walki.
Zalew podziemny, walka i ruina, a wśród tego — cicha, łagodna, idealnie dobra Zosia! Przecież ona nikomu nie zrobiła nic złego, zacóż więc gmach nieszczęść zwalić się ma na jej niewinną głowę?
— Muszę ją uratować, a przynajmniej ofiarować pomoc — szepnął Józef. — Ale w jaki sposób?... Przedewszystkiem nie łącząc się z jej nieprzyjaciołmi.
Od bramy rozległ się tętent konia, a po chwili wpadł galopem na dziedziniec Antek w swojej siwej ułance, wrzeszcząc:
— Jaśnie państwo przyjadą o pierwszej!... Już są u księdza dziekana!...
Pod kolumnami pałacu ukazał się Radcewicz, jeszcze w kamizelce, porozmawiał z Antkiem i wysłał go na folwark. Z rozmaitych drzwi wybiegło kilku służących w kubrakach i marynarkach i skierowali się do głównego wejścia. W jakiś kwadrans przybiegł z folwarku Antek, w towarzystwie dwu młodych ludzi, wyglądających na parobków, i wszyscy trzej znowu zniknęli pod kolumnadą. Potem dwie tęgie dziewuchy przyniosły z prawej oficyny do pałacu dwa ogromne tłomoki jakichś rzeczy, a później z pod kolumnady zaczęli wychodzić ludzie w granatowych frakach, białych spodniach i takichże pończochach, albo od stóp do głów odziani w granatową liberję ze srebrnemi guzikami.
Stuknęły drzwi pokoiku i ukazał się w nich Łoski, napół przytomny, którego oczywiście oderwano od czytania.
— Co to za hałasy? — zapytał Józefa, potrząsając głową, jakby chciał odpędzić resztkę marzeń.
— Jaśnie państwo przyjeżdżają o pierwszej! — uśmiechnął się Józef. — Czy mamy obowiązek witać ich?
Łoski nie odpowiedział, lecz spojrzał na Józefa w taki sposób, że chłopak zarumienił się i mruknął:
— No... jużci... wypada!... Na czyim wózku jedziesz, tego piosenkę śpiewaj.
— Nie poznaję cię, Józiu — surowo odezwał się Łoski. — Już zapominasz o obowiązku najprostszej grzeczności?
Józef zmieszał się jeszcze mocniej, ponieważ w tej chwili przypomniał sobie, że przecież będzie witał Zosię.
— Przepraszam pana! — zawołał. — Istotnie, trzeba być chamem, ażeby wahać się z powitaniem ludzi, u których jest się z wizytą.
— I którzy bardzo cię wyróżniają! — dodał udobruchany Łoski.
Około wpół do pierwszej z lewej strony kolumnady ukazała się pani Komorowska, a obok niej stanęło kilka dziewcząt, wyglądających na pokojówki. W chwilę później, po prawej stronie kolumnady, uszykowała się w bardzo rozmaitej liberji męska służba, której przekładał coś pan Radcewicz, ubrany w ciemno-granatową czamarkę, niebardzo odpowiadającą jego faworytom. Potem z bramy parkowej wyszli: Andrzej Turzyński i Zygmunt Pomorski, obaj z wędkami, i skierowali się ku pałacowi.
O pierwszej Józef spostrzegł na dziedzińcu trzy panny: Różę Turzyńską w sukience blado-niebieskiej, jak wówczas w lesie, Krystynę Sobolewską w szarym kostjumie i Paulinę Klęską w sukience kremowej, ładnie skrojonej. Panienki były w słomianych kapeluszach, Krystyna z głową odkrytą, pod parasolką. Wszystkie trzy kiwnęły głową naprzód pani Komorowskiej, potem Radcewiczowi i wziąwszy się pod ręce, zaczęły w jednym szeregu spacerować dokoła sadzawki. W kilka minut później zobaczył kleryka, Antoniego Podolaka, który, ze spuszczoną głową, zamyślony, chciał również przejść się po dziedzińcu; spostrzegłszy jednak panienki, ukłonił im się zdaleka i podszedł do Radcewicza. Józefowi zdawało się, że kleryk pobladł i zesmutniał.
„Jakie to wszystko dziwne!“ — pomyślał Józef, niedobrze wiedząc, czemu się dziwi.
— No, to i my chyba wyjdźmy — odezwał się Łoski, zaglądając do pokoiku.
— A przy której grupie staniemy? — zapytał Józef, uśmiechając się i wskazując na gromadki ludzi, zebrane przy pałacu.
— Ja zawsze między tymi, którzy pragną służyć... Wszystkim służyć — odpowiedział Łoski.
Józef znowu zarumienił się i uderzając pięścią w poręcz krzesełka, zawołał:
— Z panem to nawet pożartować nie można!
— Owszem, ze mnie można nawet żartować.
— Co?... I nie obraziłby się pan?...
Łoski wzruszył ramionami i rzekł po chwili:
— Wiesz, mój drogi, ja niekiedy myślę, że, skutkiem mieszczańskiego pochodzenia, jestem zupełnie pozbawiony ambicji. Bo czasem zdaje mi się, że nie umiałbym ani nienawidzieć, ani nawet obrazić się.
— A gdyby panu kto, naprzykład, narzeczoną zbałamucił?...
— Zrozumiałbym, że tamten budzi więcej sympatji, aniżeli ja.
— No, a gdyby... gdyby kto uderzył pana? — pytał Józef, blednąc.
— Mnie? — rzekł, jakby ze snu zbudzony Łoski. — A za cóż?
Stał na środku pokoju z rozłożonemi rękoma, zadumany, nie rozumiejący, za co chciałby go kto uderzyć.
„Święty!“ — pomyślał Józef i dodał głośno:
— Idźmy już, idźmy!...
Wyszli na dziedziniec.
— Ale... ale! — odezwał się Łoski, przypomniawszy sobie. — A jak będziesz rozmawiał z Turzyńskim, tytułuj go panem sędzią. On to lubi. Zresztą u nas trzeba każdemu nadawać jakiś tytuł.
Wyminął ich na dziedzińcu Permski.
— Gdzie to, panie Dymitrze? — zawołał Łoski. — Nie przywitacie starego?
— Czort z nimi!... Idę do stajni. Przejadę się konno.
I poszedł dalej, cicho gwiżdżąc.
— Ten nie robi sobie ceremonij! — rzekł Łoski. — Ale znają go tu i nie mają pretensji.
Gdy mijali grupę służby męskiej, Łoski podał rękę Radcewiczowi.
— Chwała Bogu odzyskał pan humor, co?
— Jakże nie odzyskać, kiedy przyjeżdża Dorohuska? — odparł Radcewicz. — Powinna baba dobrze nas podeprzeć, na kilka lat! — dodał szeptem.
Łoski z Józefem poszedł dalej, a zbliżywszy się do grupy kobiet, po przyjacielsku kiwnął głową Katarzynie i elegancko przywitał się z panią Komorowską.
— W jakiemże pani dzisiaj usposobieniu? — zapytał.
— W jak najgorszem! — odpowiedziała półgłosem. — Ta Dorohuska nie przyniesie nam szczęścia.
— Jadą!... jadą!... Już są w alejach! — rozległ się okrzyk, jakby z dachu.
Pani Komorowska poprawiła czarną suknię, kobiety skupiły się, większa część męskiej służby znikła w przysionku, Radcewicz stanął pomiędzy kolumnami. Panienki z panną Krystyną szybko zbliżyły się ku pałacowi, kleryk, wciąż zamyślony, spuścił oczy i cofnął się ku lewej oficynie.
— Naczalstwo jedzie! Ruki po szwam!... Jak się macie kolego? — wybełkotał nad uchem Józefowi Pomorski. — Niech ich djabli! Przerwali nam rybołówstwo w najciekawszem miejscu.
— Żaby tobie łapać, nie ryby! — odezwał się za nim Andrzej Turzyński.
— Psiakość, nic nie upolowaliśmy! — złościł się Pomorski. — A już ruszał się spławik i gdyby nie ten głupi przyjazd...
W tej chwili wtoczyła się na dziedziniec czterokonna kareta i dwukonny powozik. Stary Wojciech, z białemi jak mleko wąsami, kilka razy strzelił z bata, objechał sadzawkę i stanął przed samą kolumnadą. Zrobił się zamęt. Dwaj lokaje i panienki rzuciły się do karety, z powoziku wyskoczył Staś Turzyński i Byvataky. Łoski gdzieś się podział, Józef pragnął zapaść się pod ziemię. Nagle usłyszał słodki głos Zosi:
— Dzieńdobry panu!
Oprzytomniał i zdjąwszy kapelusz, złożył niski ukłon niewiadomo komu, ot tak... przed siebie! Gdy podniósł głowę, zobaczył damę wysoką, z rysami cesarzowej rzymskiej i surową fizjognomją. Dama przez mgnienie oka popatrzyła na Józefa i wyraz jej twarzy złagodniał, a nawet lekki uśmiech przemknął po zaciśniętych ustach. Wnet poszła dalej, oparta na ramieniu Zosi.
— A oto jest Józef Trawiński — odezwał się głos Łoskiego.
Teraz Józef zobaczył przed sobą mężczyznę średniego wzrostu, szpakowatego blondyna z mądremi oczyma i zużytą twarzą. Mężczyzna trzymał w ręku trzcinę ze złotą gałką.
— Józiu, pan Turzyński — szepnął mu do ucha Łoski.
Józef znowu ukłonił się i usłyszał w odpowiedzi:
— Bardzo jesteśmy wdzięczni... bardzo!... Przyjdźcie panowie zaraz do mego gabinetu, tam się poznamy bliżej.
Pan Turzyński zdawał się być zirytowany; głos mu nieco drżał i ramiona podskakiwały. Ale uwaga Józefa była w tej chwili czem innem zajęta: patrzył na Zosię, która wprowadzała ciotkę na schody. Za niemi szedł Staś, dźwigając dużą aksamitną torbę, z miną niezwykle uroczystą, którą od czasu do czasu przeplatał błazeńskiemi grymasami pod adresem pani Dorohuskiej. Obok niego dreptał Byvataky, niosąc ozdobny koszyk, a w nim małpkę nie większą od szczura. Młody człowiek wciąż zabiegał drogę dumnej pani, jakby chcąc okazać, że jest gotów do wszelkich poświęceń. Wówczas, w lesie, Józef uczuł sympatję do Byvatakyego, który dziś wydał mu się niesmacznym. Może dlatego, że kręcił się zbyt blisko Zosi.
Kiedy obie panie weszły na pierwszą kondygnację schodów, Zosia odwróciła głowę i uśmiechnęła się do Łoskiego, a Józef o kilka kroków od siebie usłyszał głos syczący:
— Jak ty wyglądasz, łajdaku?
To szeptał pan Turzyński i machnął trzciną, jakby chciał uderzyć jednego ze służących, który, z nieumytą twarzą i potarganemi włosami, w granatowej liberji, wyglądał na karykaturę lokaja.
Zobaczywszy to, Józef doznał niemiłego uczucia, które wnet zgasło pod wpływem przywitań:
— Dzieńdobry!... Dzieńdobry!... Jak się pan ma?...
To panny witały go: Krystyna z radością, Róża nieśmiało, panna Klęska z triumfem. Energicznie ścisnęła go za rękę i głęboko spojrzała w oczy. Aż mu się gorąco zrobiło.
„Oto musi być kokietka!“ — pomyślał.
W tej chwili trącił go w łokieć Pomorski i uśmiechając się, szepnął:
— Idę do naczalstwa z raportem!
I zniknął we drzwiach na prawo.
— Witam pana i przypominam się. Jestem Podolak.
Z temi słowy zbliżył się do Józefa kleryk i mocno uścisnął mu rękę. Jednocześnie kleryk podniósł oczy wgórę i — drgnęły mu usta. Ze szczytu schodów uśmiechała się do niego panna Klęska i figlarnie pogroziła palcem. W tej chwili przybiegł do niej Byvataky, coś powiedział i z niechęcią spojrzał na Podolaka.
— To chyba idźmy do pana Turzyńskiego — odezwał się Łoski.
— Co się tu dzieje! — szepnął Józef.
Łoski wziął Józefa pod rękę i zbliżył się z nim do starego służącego, mówiąc:
— Mój Kajetanie, zameldujcie nas panu sędziemu.
— Jaśnie pan kazał prosić do małego saloniku — odpowiedział szpakowaty lokaj, kłaniając się.
Weszli. Józef, zakłopotany, bezmyślnie patrzył na sprzęty i obrazy, Łoski mówił półgłosem:
— Pamiętaj, że sędzia jest dla ciebie dobrze nastrojony. A ze sposobu, w jaki spojrzała na ciebie pani Dorohuska, wnoszę, że musiano o tobie rozmawiać.
Z drugiego pokoju wyszedł pan Turzyński, ubrany w jedwabną marynarkę i lakierowane pantofelki. Widocznie wstał od toalety. Serdecznie uścisnął za rękę Łoskiego i zwróciwszy się do Józefa, rzekł:
— Witam gościa podwójnie miłego, bo naprzód pan Wodnicki daje mi dowody szczerej życzliwości, a powtóre świętej pamięci doktór Trawiński przez długi czas opiekował się zdrowiem mego nieszczęśliwego brata. Siadajcież, panowie.
Obaj młodzieńcy ukłonili się i usiedli: Józef na krawędzi krzesła, obitego zielonym aksamitem. Turzyński umieścił się obok stołu i patrząc na Józefa, mówił:
— Tak!... znać kroplę krwi Turzyńskich... Możesz sobie wyobrazić, jakich doznałem uczuć, dowiedziawszy się, że mój nieszczęśliwy brat był waszym dłużnikiem i to oddawna! Jakże matka?... dobrze się miewa?...
— Bardzo dobrze... dziękuję za łaskawą pamięć — odparł Józef zduszonym głosem.
— Majątku ojciec nie musiał zostawić? Był to lekarz w całem znaczeniu bezinteresowny.
— Trochę zostawił.
— Tak. Bardzo niewiele... Lecz matka umiała sobie dać radę. Nie dziw, przecie Turzyńska! — mówił gospodarz.
— Kobieta nadzwyczajnej zacności i rozumu — wtrącił Łoski.
— Zalety jej scharakteryzowałem jednym wyrazem: Turzyńska! — rzekł pan. — Wiele nocy oka nie zmrużyłem z tego powodu. Tyle lat! taki dług! Wdowa dumna, pełna szlachetnych aspiracyj i syn z instynktami Turzyńskich. Dziecko trzeba starannie wychować, środki małe, a tam gdzieś leży jakiś kapitalik, o którym wszyscy zapomnieli.
Nie mogę sobie tego przebaczyć — mówił coraz mocniej wzburzony Turzyński — choć, daję słowo, nie moja w tem wina. Wszystko od wielu lat byłoby spłacone, gdyby nie ten łajdak, intrygant!... jakiś Nieznany! — zawołał, uderzając pięścią w stół.
Pobladł, usta mu posiniały, tylko w oczach zapalił się zły blask.
Usłyszawszy w saloniku łoskot, wbiegł szpakowaty lokaj, zapytując:
— Jaśnie pan wołał?
— Idź, durniu — odparł niecierpliwie pan Turzyński. A widząc na twarzy Łoskiego wyraz zdziwienia, dodał:
— Myślisz, panie Feliksie, że oni tak przez troskliwość wpadają niewzywani? Bynajmniej. To tylko dowód, że podsłuchują... Jakie masz zamiary na przyszłość? — zwrócił się do Józefa.
— Chcę wstąpić na medycynę.
— I zostać znakomitym lekarzem? Wiem, wiem, wspominała mi o tych projektach moja córka.
Józefowi pociemniało w oczach. Szczęściem Turzyński nie dostrzegł jego zmieszania i mówił dalej:
— Lekarz, technik, wspaniałe zawody!... Weźmy, naprzykład, Pomorskiego. Kiedy mój syn i synowiec Andrzej zbijają bąki, kiedy Byvataky chciałby nosić szale za wszystkiemi panienkami, Pomorski — posłuchajcie tylko — naprawił mi żniwiarkę, siewnik, młocarnię, uregulował wszystkie zegary i wskrzesił fontannę w sadzawce. Oto majster! on już dziś dałby sobie radę. A tymczasem mój Staś, gdybym mu nie zostawił majątku, musiałby umrzeć z głodu.
— Jeszcze ze Stasia może wyrosnąć dzielny pracownik — wtrącił Łoski.
Turzyński potrząsnął ręką na wysokości ucha.
— Już niech on nie będzie pracownikiem, byle nie zmarnował tego, co otrzyma w spadku. Ale to niepoprawny lekkoduch. Co on dziś naprzykład dokazuje. Wyjechał naprzeciw ciotki, niby jej asystuje, lecz, pomimo to, nie może powstrzymać się od jakichś pajacowskich min za jej plecami. Robił tak na stacji. Ostrzegłem: „Daj spokój, bo to kobieta bardzo drażliwa!“ Patrzę, u dziekana robi to samo. Więc znowu mówię: „Nie rób tego, bo jak pani Dorohuska obejrzy się i spostrzeże, natychmiast wyjedzie i stanie się duża szkoda.“ Obiecał, że już nie będzie robić min. No, i co powiecie: pani wchodzi tu, na schody, a on w łobuzerski sposób przykłada sobie palce do nosa! Tak mnie zdenerwował, że nie mogę się uspokoić.
— Wyrośnie z tego. On ma dobre serce, tylko jeszcze wielki trzpiot — uspokajał go Łoski.
Turzyński powstał z fotelu.
— Daj Boże, ażeby sprawdziły się słowa pańskie — mówił, podając rękę Łoskiemu i Józefowi. — Przypominam, że obiad o czwartej, i proszę cię — zwrócił się do Józefa — ażebyś się rozgościł, jak w domu... przyjacielskim. Musisz ponudzić się u nas kilka dni. Trzeba zresztą jakoś załatwić kwestję długu mego brata.
Kiedy obaj młodzieńcy pożegnali się z Turzyńskim i wyszli, Józef miał wypieki na twarzy i ręce mu drżały.
— Oj! oj! — szepnął, oglądając się, kiedy już byli na dziedzińcu. — Poco ja tu przyjechałem?
— Sędzia jest dziś wyjątkowo podniecony — odpowiedział Łoski.
— Ależ jak ten człowiek traktuje służbę? Piesby nie wytrzymał!
— A oni daliby się porąbać za niego.
— Służba? — zapytał Józef. — W każdym razie nie Walenty furman.
— Do którego Turzyński ma największą słabość. I nawet wspomniał komuś, że, jak odzyska Turzyce, Walentemu da kolonijkę.
— Dla mnie to straszny człowiek. Gwałtownik... W sieniach o mało że jednego ze służby nie zwalił kijem. A Szczepanka przecież pobił i za co? Za czytanie książek! A co się z nim działo, kiedy wspomniał o Nieznanym? Chwilami żałuję, że tu przyjechałem, i gdyby nie pan...
— I gdyby nie moja osoba — przerwał, śmiejąc się, Łoski — to może uciekłbyś stąd w nocy... a wrócił rano? Tymczasem nie śpiesz się z wydaniem potępiającego wyroku na naszego gospodarza. Ma on wady, ma i zalety.
— Że stara się być uprzejmym dla swoich gości, że jest gościnny? — wtrącił Józef.
— Widzisz — półgłosem mówił Łoski, obejrzawszy się — ten pan jest niewątpliwie gwałtowny, wymyśla, a czasem i uderza służbę, a mimo to ludzie pracują u niego dłużej, niż w innych majątkach. Ten pan robi gorzej: gra w karty, wyrzuca pieniądze i zaciąga długi, na spłacenie których może wystarczy, a może i nie wystarczy jego majątek. To są minusy. Ale posiada on i inne strony charakteru. Bo cobyś, naprzykład, powiedział, że ten człowiek skoczył do rzeki tu, za parkiem, w miejscu dosyć głębokiem, ażeby uratować dwu tonących urwisów, którzy puścili się na wodę w dziurawej łódce?... A jak ci się podoba, że kilkanaście lat temu, gdy we wsi wybuchła cholera, on utworzył oddział sanitarny i sam niejednokrotnie wycierał szczotkami cholerycznych? A nareszcie czy można nie cenić człowieka, który, gdy spłonęło sąsiednie miasteczko, ofiarował pogorzelcom paręset korcy zboża i kartofli, tudzież drzewa budulcowego dla dziesięciu najuboższych rodzin? Przypomnij też sobie, co nam opowiadał Radcewicz o powodach wyzbycia się sreber familijnych, a wkońcu dowiedz się, że ludzie nie znają wszystkich jego czynów dobrych, ponieważ ten złośnik, utracjusz i karciarz, o ile nie ukrywa się ze swemi wybrykami, o tyle cnoty spełnia w cichości i nietylko sam o nich nie mówi, ale obraża się, gdy inni o tem wspominają.
— Jeżeli tak, to pan sędzia byłby przezacnym człowiekiem — wtrącił Józef.
— No, widzisz — ciągnął Łoski. — A tymczasem jest to mieszanina szlachetności, hojności, odwagi ze złością, utracjuszostwem i karciarstwem.
Tak rozmawiając, szli parkiem, jedną z bocznych ulic, na końcu której stała altanka, wybudowana z pni brzozowych. Wtem, na zakręcie, Józef zatrzymał Łoskiego.
— Tam ktoś jest — rzekł, cofając się za krzak leszczyny.
Łoski poprawił binokli, lecz niczego nie dojrzał.
— Może ci się zdaje?
— Wcale nie — odparł Józef. — Teraz widzę dokładnie: siedzi Podolak z panną Klęską.
— A to ciekawe! Bo między nimi od kilku dni bardzo ochłódły stosunki. Podolak prawie unika jej.
— Psst! panie — szepnął Józef. — Za altanką jest Byvataky. On jakby się krył.
— A co! — rzekł Łoski. — Trzeba ich w jakiś sposób ostrzec.
I, wysunąwszy się na środek uliczki, zaczął wołać na cały głos:
— Stasiu!... Stasiu!... A chodź ino tutaj... Będziemy czekali na ciebie w brzozowej altance!
Teraz Józef dostrzegł, że Byvataky umyka gąszczem, a Podolak i panna Klęska krążą po altance, jakby mieli zamiar ukryć się. Po chwili jednak wyszli razem na ulicę.
— To i my idźmy, ale w drugą stronę — powiedział Łoski.
Odwrócili się i poszli w stronę kaplicy.
— Powinni nam być wdzięczni — rzekł Józef, śmiejąc się.
— Trzeba zawsze postępować tak, ażeby ludzie mieli powód do wdzięczności — odpowiedział uroczyście Łoski.
— Oho! znowu w panu odezwał się profesor, tym razem moralności. Ale co pan myśli o Byvatakym, który podsłuchuje?
— Nie mam pewności, że podsłuchiwał; mógł znaleźć się tam wypadkiem — odparł Łoski.
Józef porwał go za szyję.
— Panie — mówił, śmiejąc się, wzruszony — jeżeli pana nie wezmą żywcem do nieba, to znaczy, że niema nieba i niema sprawiedliwości!
— Gdyby brali do nieba za każde głupstwo, ziemia wyglądałaby, jak w czasie przelotu szarańczy — odpowiedział Łoski.
Około czwartej po południu młodzież zaczęła zbierać się w sali jadalnej. Gdy wszedł Józef z Łoskim, już byli tam Staś i Andrzej Turzyńscy, tudzież Pomorski i naradzali się pod oknem. Przy kredensie stał Radcewicz we fraku i wydawał dyspozycje czterem lokajom; dookoła stołu biegała pani Komorowska w czarnej sukni jedwabnej, poprawiając nakrycia, bukieciki i kartki z nazwiskami. Józef i Łoski bardzo grzecznie powitali panią Komorowską i Radcewicza, co jego wbiło w dumę, a u niej wywołało rumieniec i krótkie westchnienie.
— Panie Łoski — rzekła gospodarująca dama — pan będzie siedział tu, po prawej ręce Dorohuskiej, a pański przyjaciel tam, po prawej ręce sędziego.
— Boże! cóż za honory — odpowiedział Łoski, podnosząc ręce. — Przyznam się, że wolałbym szary koniec.
— Tu niema szarego końca, są tylko końce stołu. Przy jednym siądzie Krystyna z Zosią, przy drugim Podolak ze Stasiem.
— Panie Trawiński! — zawołał Staś, chwytając za rękę Józefa — połącz się z naszą paczką, a cały Klejnot przewrócimy do góry nogami.
— A ponieważ Józiowi chodzi o to, ażeby Klejnot został we właściwem miejscu, dla ciebie — wtrącił Łoski — więc połączy się ze mną. A tobie radzę uspokoić się, gdyż pani Dorohuska ma bystre oko.
— Już pewnie ojciec musiał przed panem narobić plotek — odparł Staś.
— Nie. Tylko przypominam ci, że prawdziwy arystokrata musi panować nad swojemi odruchami.
Staś zmarszczył brwi i niecierpliwie rzucił głową; ale spoważniał i, zamiast wrócić do swoich przyjaciół pod okno, zaczął rozmawiać z Józefem, czy podobał mu się Klejnot.
— Nie wszystko widziałem — odpowiedział Józef. — Ale dotychczas największe, niezatarte wrażenie zrobiła na mnie kaplica.
Staś jeszcze bardziej spoważniał.
— O, ta kaplica! — rzekł zamyślony. — Nieraz pytam się, czyśmy jej warci.
— Już pytanie dowodzi, żeś pan jej wart — odpowiedział Józef.
Staś spojrzał na niego zdziwiony.
— Pierwszy raz słyszę podobną odpowiedź — szepnął, jakby do siebie, a po chwili dodał, rumieniąc się;
— To możebyśmy sobie mówili po imieniu, jeżeli pan chcesz?
Pocałowali się, a współcześnie lokaje otworzyli drzwi podwójne, w których ukazał się pan Turzyński, prowadząc pod rękę panią Dorohuską. Oboje byli czarno ubrani, jak i ich młodzi goście. Od strony poczekalni wszedł Permski, przyzwoicie odziany, ale ponury.
Teraz Józef ujrzał Zosię z towarzyszkami i panną Krystyną, za niemi jakby wślizgnął się Byvataky, a na samym końcu ukazał się, zawsze piękny i poważny, Podolak. Nastąpiły prezentacje, ukłony, pani Dorohuska więcej aniżeli życzliwem okiem spojrzała na kleryka, a w kilka minut każdy znalazł się na swojem miejscu, przy stole. Nim podano zupę, powstał z krzesła Podolak i dźwięcznym jak organy głosem wypowiedział modlitwę, której obecni wysłuchali, stojąc:
— „Przeżegnaj i pobłogosław, Panie, nas i te dary, które z Twojej szczodrobliwości pożywać mamy, abyśmy Cię za wszystko chwalili, przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, Amen.“
Modlitwa ta, którą pierwszy raz w życiu słyszał, wzruszyła Józefa, zaś pani Dorohuska miała minę osoby, która rozmawia z Bogiem uprzejmie, ale bez uniżoności.
Obiad odbył się prędko i cicho. Pani Dorohuska była chłodna, siedzący obok niej Permski nastroił się ponuro. Pan Turzyński był zajęty jedzeniem. Józef, naśladując innych, szybko przełknął zupę pomidorową z pasztecikiem, jakąś rybę, polędwicę, jeszcze coś i jeszcze coś. Dopiero przy czarnej kawie pani Dorohuska, zwróciwszy się do Permskiego, rzekła dosyć oschłym tonem:
— Miałam dziś przyjemną chwilę, za którą dziękuję panu.
— Mnie? — odparł, jakby ze snu zbudzony, Permski.
— Bardzo mi się podobało, że pan, człowiek wolnomyślny, jednak podniósł się przy naszej modlitwie, a więc prawie przyjął w niej udział.
— Chętnie solidaryzuję się z ludźmi, którzy modlą się do Boga Stwórcy.
— Czy jest inny Bóg?
— Jest bóg-pieniądz, a on też ma licznych wyznawców.
Pani Dorohuska zgóry spojrzała na niego.
— Pan zna takich, dla których pieniądz jest bogiem?
— Bankierzy, fabrykanci, rozmaitego rodzaju przedsiębiercy i wogóle tak zwani dorobkiewicze, w których miłość pieniędzy pochłonęła wszelkie inne uczucia.
— Dziękuję, że nie zaliczył pan do nich właścicieli ziemskich.
— Ci nie gromadzą pieniędzy, tylko wydają — mruknął Permski.
— Więc i arystokracji nie znosi pan?
— Chroń Boże! Ja tylko nie rozumiem jej pożytku.
Panna Krystyna i trzy panienki powstały z krzeseł, ukłoniły się i cicho wyszły. Józefowi jakby ciężar padł na serce.
— Jakiż pożytek jest z kwiatów? diamentów? — szepnął Byvataky. — Tylko idealny!
— Ale życie nie jest idealne — odparł Permski.
— Właśnie chciałem na to zwrócić uwagę — mówił nieco ośmielony Byvataky — że życie nie jest idealne. A może to i szkoda. Jakieś ideały trzeba mieć, a tymczasem ludzkość jest ich pozbawiona.
— A religijne ideały? — zapytał Podolak. — Kochać bliźnich, nie przywiązywać się do dóbr ziemskich...
Pani Dorohuska uśmiechnęła się do kleryka i lekko skinęła głową.
— Gdyby tak wszystko sprowadzać do natychmiastowej korzyści — bełkotał Pomorski — musielibyśmy i uczonych usunąć.
— Uczeni tworzą naukę, z której czasem powstają wynalazki. Początkowe badania, naprzykład, nad elektrycznością wyglądały na zabawkę uczonych, a dziś przynoszą rezultaty praktyczne — rzekł Permski. — Zresztą ja się na tem nie znam.
— Za wiele skromności! — odezwał się Turzyński. — Pan Permski — zwrócił się do Dorohuskiej — pomimo stosunkowo młodego wieku, należy do największych erudytów, jakich spotykałem. Można powiedzieć, że ten człowiek wszystko czytał. Więc gdy się zczasem uspokoi, gdy przekona się, że i arystokracja ma trochę zasługi...
— Naprzykład choćby z popierania sztuk pięknych, nauk! — wtrącił Byvataky.
— Gdzież to? Jak to? — zapytał Permski.
— A choćby w wiekach średnich — odpowiedział nieśmiało Byvataky.
— To, że w wiekach średnich ktoś popierał naukę, nie nasyci nędzarza naszych czasów — rzekł Permski.
— Pan profesor nie ratuje nas? — zwrócił się do Łoskiego Turzyński, który po obiedzie odzyskał pogodniejszy humor.
— Proszę pana sędziego, ja w tej sprawie tylko jedno mógłbym wyrazić życzenie: ażeby kapitał nie kłócił się ani z wiedzą, ani pracą, gdyż dopiero harmonijne współdziałanie tych czynników może przynieść ludzkości najwyższy stopień pożytku — odpowiedział Łoski.
— Ale do takiej harmonji tylko walka może doprowadzić — wtrącił Permski.
— I harmonja jest potrzebna i walka jest potrzebna — dorzucił Byvataky.
— Pozwolę sobie wrócić do kwestji głównej — zabrał głos Turzyński. — Pan Permski powiedział, że nie rozumie pożytku, jaki przynosi arystokracja. Ośmielę się zrobić uwagę, iż dla mnie pożytek ten jest bardzo wyraźny i bardzo wieloraki.
— Któż nieuprzedzony mógłby wątpić o tem! — szepnęła pani Dorohuska, lekko wzruszając ramionami.
— Przedewszystkiem — mówił Turzyński, zwróciwszy się do siostry — każda klasa społeczna ma jakąś określoną rolę. Uczeni tworzą naukę, technicy kierują robotami, artyści malują, rzeźbią, piszą poezje i komponują utwory muzyczne. Zaś ojcowie i dziadowie tej klasy, z której drwimy jako arystokracji, stworzyli to, co nazywamy rządem, zapewnili narodom bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne, wymiar sprawiedliwości, a więc oddali cywilizacji największe usługi. Bo przecież nauka, sztuka, a nawet obmyślanie teoryj rewolucyjnych możliwe jest tylko wśród bezpieczeństwa i spokoju.
— Ach, jaka to prawda! — zawołał Byvataky.
— Rzeczywiście o tem nie pomyślałem! — mruknął Pomorski.
— Na kolana, chamy! — szepnął Staś Turzyński.
— Tym zasługom arystokracji nie przeczy nikt — odpowiedział Permski. — Rzeczywiście ona buduje gmachy, nazywane państwami, wygodne przedewszystkiem dla niej samej, ale ciasne, wilgotne i zimne dla ludu.
— Kiedyś zobaczymy, co zbuduje rewolucja — mówił dalej pan Turzyński. — Przypominam jednak, że to, co uczyniła tak zwana wielka rewolucja francuska i następujące po niej, nie utrzymało się nawet przez kilka lat i nie uszczęśliwiło nikogo.
— Ale rewolucja obroniła ojczyznę przed najazdem — szepnął Łoski.
— Prawda! — rzekł Turzyński, rozkładając ręce, z wyrazem smutku na twarzy. — Choć sił tych nie pobudziła rewolucja, ale patrjotyzm zaszczepiony przez arystokrację.
Lecz idźmy dalej. Zgodziliśmy się, że państwa buduje nie byle kto, nie pierwsi lepsi, ale — najlepsi w narodzie, czyli arystokracja. Otóż arystokracja nietylko buduje, ale, że tak powiem, i przyozdabia gmach społeczny. Bo przecież nie kto inny, tylko arystokracja stworzyła tak zwaną sztukę życia. Wszystkie formy grzeczności, pojęcie i praktykowanie zasad honoru, bezinteresowność, cześć dla kobiet, opieka nad słabszymi i wiele tym podobnych rzeczy, zostały wynalezione i upowszechnione przez arystokrację.
— Brawo! — zawołała pani Dorohuska, lekko uderzając w dłoń końcami palców.
— A weźmy, proszę panów, rzeczy bardziej materjalne, z dziedziny sztuki życia. Któż to, jeżeli nie arystokracja, stworzył smaczną kuchnię, kto najwięcej praktykuje czystość fizyczną, która jest zasadniczym warunkiem zdrowia?... Bardzo przepraszam, ale chustki do nosa i szczoteczki do zębów, tak dziś niezbędne dla każdego, nie urodziły się w czworniakach, ani w suterenach, ale we dworach i pałacach!
Dalej, gdybyśmy przeszli do stosunków rolnych, od kogoż to chłopi, już dziś, w naszych oczach, nauczyli się orać ziemię żelaznemi płużkami i siać łubin, jeżeli nie od szlachty i arystokracji? A nareszcie, gdy jaki rząd szuka porozumienia z narodem podbitym, gdy chce nadać reformy, do kogoż zwraca się o współdziałanie, jeżeli nie do arystokracji?
Węgrzy swoje stanowisko wobec Austrji w znacznej części zawdzięczają wielkim panom, a od Czechów nieraz słyszałem narzekania, że im brak szlachty i arystokracji.
— Wspaniale! — zawołał Byvataky.
— Czy wolno odpowiedzieć? — spytał Permski pani Dorohuskiej.
— Owszem. Z przyjemnością usłyszymy pańskie kontr-dowodzenia, chociaż...
— Trudno zbić tak potężne argumenty! — dokończył Byvataky.
— Ty musisz zostać adwokatem! — rzekł do niego Staś Turzyński.
— Nie chcę przeczyć faktom, czy rozumowaniom pana sędziego — mówił Permski. — Pozwolę sobie tylko zapytać, co głodnego, obdartego, wyzyskiwanego robotnika obchodzi państwo, które nietylko nie karmi go, ale jeszcze żąda pieniędzy na nieprodukcyjne wydatki? Naco proletarjuszowi grzeczność, honor, cześć dla kobiet, a choćby malarstwo i architektura, jeżeli on jest nędzarzem, jego żona i jego dzieci równie będą nędzarzami, z którymi nawet nie rozmawia się grzecznie? Naco jemu wynalazek szczotki do zębów i chustki od nosa, jeżeli on tych artykułów nie może kupić?
Jednem słowem, choćby czyny i wynalazki arystokracji były najwspanialsze, to one są obojętne dla miljonów ludu prostego, którego najśmielszem marzeniem jest zaspokoić głód, ogrzać się, trochę odpocząć i przykryć nieumyte ciało choćby łachmanami.
— Tak jest! Tragiczna sytuacja! — szepnął Byvataky.
— A przepraszam! — odpowiedziała pani Dorohuska, z trudem powstrzymując się od wybuchu. — Jakto, więc garstka arystokracji, zajęta najwyższemi, najtrudniejszemu obowiązkami, ma jeszcze spełniać rolę nianiek przy ludziach, którzy dlatego i o tyle są biedni, że nie chce im się pracować?
— Pozwól, prezesowo — rzekł Turzyński. — Bardzo jestem zadowolony, że kwestja znalazła się w tym punkcie. Bo zapytuję pana Permskiego: czy to arystokracja jest winna, że ziemia rodzi więcej kartofli, a nawet zielsk, aniżeli zboża? Że owce nie dają tyle wełny a fabryki tylu tkanin, ile potrzeba do odziania całego rodu ludzkiego? Kierownicy rewolucji socjalnej popełniają pewien błąd zasadniczy: wyobrażają sobie, że przeciętny człowiek powinien być zamożny, a nawet bogaty. A tymczasem z jednej strony natura nie daje tylu produktów, ile trzeba dla opędzenia potrzeb wszystkich ludzi; następnie ci ludzie pracują niechętnie, tylko w ostateczności, dla zaspokojenia natychmiastowego głodu, a więc nie mogą nagromadzić tylu bogactw, ile ich potrzeba do wygodnego życia. A nareszcie pewna część ludzi prostych nie chce wygód. Niektórzy naprzykład moi parobcy, gdy im dałem w izbach podłogę, wydarli ją i zastąpili klepiskiem; inni znowu nie lubią się myć. No, więc proszę takich ludzi doprowadzić do jakiegoś wyższego dobrobytu.
Dodajmy pijaństwo i upodobanie do jarmarków, a zrozumiemy, dlaczego między ludem zdarzają się nędzarze.
— Poważne argumenty! — szepnął Byvataky.
— Mimo to — ciągnął Turzyński — w dobrobycie ludu widać niezaprzeczony postęp. Już za mojej pamięci zniknęły kurne chaty, niema głodów, lud nie chodzi w łachmanach, pijaństwo zmniejszyło się. I jeżeli porównamy nędzę straszną kacyka Patagończyków lub Papuasów ze skromnym dobrobytem europejskiego chłopa czy robotnika, musimy przyznać, że położenie materjalne ludów ucywilizowanych bardzo się poprawiło.
Mówię: dobrobyt, z dodatkiem: skromny, ponieważ bogactwo we wszystkich krajach jest udziałem tylko bardzo niewielkiej liczby osób i to odznaczających się jakiemiś wyższemi uzdolnieniami. Bogatym jest znakomity lekarz, inżynier, sprytny spekulant, genjalny pisarz, nie mówię u nas, lecz we Francji lub Anglji.
— Tak! tak! panowie... Bogactwo może być udziałem tylko garstki — dorzuciła pani Dorohuska.
— To też, gdyby skonfiskowano majątki dzisiejszych posiadaczy — ciągnął Turzyński — ogólny dobrobyt ludu nie zwiększyłby się. Tylko na miejscu dawnych bogaczy zjawiliby się nowi, mniej wytworni, mniej bezinteresowni, mniej litościwi. Masy zostałyby przy miernym dobrobycie, liczba nędzarzy nie zmniejszyłaby się, ale temperatura cywilizacyjna spadłaby o kilka stopni.
Ja, panie Permski, nie twierdzę, że jesteśmy doskonałymi. Ja tylko wierzę, iż ci, którzy chcą nas zepchnąć i zająć nasze stanowiska, mogą być znacznie gorsi, aniżeli my.
— W każdym razie my tych zmian nie doczekamy — rzekła pani Dorohuska, podnosząc się od stołu. Skłoniła się obecnym i wyszła tak szybko, że Podolak nie miał czasu odmówić modlitwy. Za nią podążył Turzyński.
Gdy Łoski z Józefem opuścili salę jadalną, ażeby przejść się po parku, spotkali u głównego wejścia dwu Żydów, starego i młodego. Stary był w jedwabnym chałacie, młody w długim surducie z cienkiego kortu. W tej chwili młody spoglądał na zegarek w dwu złotych kopertach, a stary gładził siwą brodę piękną, białą ręką, na której jaśniał pierścień z dużym brylantem. Obaj mieli miny ludzi, którzy taksują pałac.
Odszedłszy kilka kroków na dziedziniec, Józef cicho spytał Łoskiego:
— Cóżto, przyjechali pożyczyć pieniędzy panu sędziemu?
— A może upomnieć się o jakąś należność — odparł Łoski. — Żniwa dobre... Przybyła bogata siostra...



X.

Na trzeci dzień pobytu w Klejnocie Józef obudził się około ósmej, wyjrzał oknem i zobaczył przed pałacem nowy powóz, zaprzęgnięty w najlepsze konie cugowe.
„Może wyjeżdża panna Zofja?“ — pomyślał i ogarnęło go pragnienie, ażeby jak najprędzej wrócić do wujostwa, do lekcyj z chłopcami, do czytania książek lekarskich i do samotnych przechadzek.
„Poco ja tu mam siedzieć?... Co mnie obchodzi Klejnot, jego właściciele i mieszkańcy?“
I gdy tak rozmyślał wzburzony, z sieni pałacu wybiegło naprzód dwu lokajów w czarnych frakach, potem pan Radcewicz w czamarze, pani Komorowska w czarnej jedwabnej sukni i nareszcie pani Dorohuska.
— Naturalnie wywozi ze sobą pannę Zofję, licho wie gdzie i poco! — mruknął.
Wtem, ku wielkiemu jego zdziwieniu, zamiast panny Zofji, ukazał się kleryk Podolak, z dwoma grubemi książkami w ręku.
Pani Dorohuska wylokowana, odmłodzona, poważnie uśmiechnięta, wsiadła do powozu, a obok niej umieścił się zadumany, piękny, ze spuszczonemi oczyma kleryk.
„Więc Zosia usiądzie na przodzie?“ — myślał, niewiadomo z jakiego powodu oburzony na kleryka. Lecz powóz ruszył i Zosia nie wsiadła. Józef głęboko odetchnął.
Szybko umył się, ubrał, parę razy przejrzał w lustrze i zabrał się do wyjścia.
— Co to?... Dokąd? — zawołał przebudzony Łoski, siadając na łóżku.
— Idę przejść się.
— A dobrze, idź, idź. Będziesz miał lepszy apetyt na śniadanie. Tylko nie zabłądź.
Józef wyszedł, ale, zamiast do parku, na dziedziniec i niby obojętnie zaczął oglądać okna, w duchu zapytując, czy nie zobaczy Zosi. Koniecznie zdawało mu się, że on ma coś ważnego powiedzieć, czy też usłyszeć od Zosi. Tymczasem nie zobaczył jej, ale spotkał panią Komorowską, która poprosiła go, ażeby podprowadził ją do alei.
— Przed kwadransem pani Dorohuska pojechała do kościoła na ranną mszę i gwałtem zabrała kleryka. „Ma być księdzem — mówiła — więc niech modli się jak najczęściej i rano wstaje.“
— Czy nam wszystkim będzie rozkazywała pani Dorohuska? — zapytał nieco podrażniony Józef.
— Gościom nie, a szczególniej panu, który jesteś niezależny. Ale Podolak ma stypendjum Turzyńskich, więc poniekąd zależy od rodziny.
Józef szedł milcząc i myślał, że może akurat w tej chwili Zosia spaceruje po parku.
— O, pani Dorohuska to nietylko prezesowa, to cały prezes!... Już wczoraj wieczór miała naradę z Himmelblauami, a dziś kazała przyjechać do siebie plenipotentowi i rządcom. Mam przeczucie — ciągnęła Komorowska — że spłaci przynajmniej część długów naszego dziedzica, a może i wszystkie. Ale głos wewnętrzny mówi mi, że ona szczęścia nie przyniesie ani staremu, ani młodym, choćby oddała im cały majątek. Przecież to ona głównie namawia Zygmunta do procesu z Nieznanym. Pan wie, kto jest Nieznany?
Józef pożegnał Komorowską u furtki ogrodu i wrócił w stronę pałacu, zastanawiając się nad pytaniem: czego mu brak, dlaczego jest mu przykro?... I kiedy szedł ze spuszczoną głową jak człowiek, który dźwiga ciężar, nagle usłyszał słodki głosik:
— Dzieńdobry panu! Ach, jak to ładnie, że pan rano wstał...
Usłyszawszy powitanie, Józef uczuł tak wielką radość, że się prawie zląkł. Lecz gdy podbiegł do Zosi, ogarnął go spokój, jakby mu wszystko w duszy zasnęło. Delikatnie uścisnął podaną rękę i tak dziwnie spojrzał, że panienka zarumieniła się i zaczęła szybko mówić:
— Wie pan, że dziś nie będę miała ani lekcji z panną Krystyną, ani szycia, ani zajęć kuchennych. Ale może myśli pan, że będę się bawiła z młodzieżą?... Wcale nie! Wy będziecie jeździć konno, strzelać, ryby łapać w towarzystwie Rózi i Paulinki, a ja może i cały dzień przepędzę z ciocią.
— Dlaczego? — zawołał prawie przerażony Józef.
— Będę jej czytała, będę przypatrywała się jej tualetom: jednej, którą włoży do obiadu, drugiej na wieczór... A może nawet będziemy z nią i z tatusiem przeglądali rachunki... Ach, panie, jakie to nudne!...
— Może jabym?...
— Cóż znowu! Kto obcych wtajemnicza w sekrety rodzinne i jeszcze pieniężne — uśmiechnęła się Zosia. — Zresztą nie wiem, jeżeli kiedy ciocia nabierze do pana takiego zaufania jak tatuś...
— Doprawdy? — pochwycił Józef, rumieniąc się.
— Pan chciałby robić z nami rachunki?
— Chciałbym zasłużyć na ufność całej rodziny państwa, a przedewszystkiem samej pani.
— O, moje zaufanie już pan ma... Kiedy pierwszy raz, tam w lesie, zobaczyłam pana, zaraz powiedziałam Krystynie: oto człowiek, przed którym możnaby się nawet spowiadać. I zaraz dam panu dowód: powiem to, czego nie wyznałabym przed samym panem Łoskim, a przecież to człowiek chyba najuczciwszy na świecie.
— Ma pani słuszność — rzekł Józef, zdumiony i zachwycony tem, co słyszał.
— Otóż widzi pan — mówiła Zosia — ale to sekret jak na spowiedzi...
— Traktuje mnie pani jak księdza? — zapytał cierpko.
— Nie. Uważam pana za ucznia i przyjaciela pana Łoskiego. Ach, gdyby Staś wdał się w was obu!... A on przecie bardzo kocha pana Łoskiego, a wczoraj powiedział mi, że nawet i pana pokochał. Choć u niego miłość krótko trwa. Dziś pan Byvataky, jutro Paulinka, pojutrze Podolak. Ale otóż jaki sekret chciałam panu powiedzieć. Tylko, panie: wieczna tajemnica!
— Będę szczęśliwy! — ledwie wyszeptał,
— Idę do czworniaków, panna Krystyna kazała mi zanieść orszadę choremu dziecku. Niech się pan nie boi, to nie zaraźliwa choroba... mnie nie wolno odwiedzać zaraźliwych.
— Ależ ja mam być lekarzem! — oburzył się Józef.
— Prawda, więc pan nie powinien bać się żadnej choroby. A teraz mój sekret... tylko panie, przed nikim! Chociaż... mógłby pan powiedzieć panu Łoskiemu. On także bardzo dobry do sekretu, ale ja go się wstydzę, bo mnie wyśmiewa.
— On?... panią?... On panią ubóstwia!... On życie oddałby za panią! — przerwał Józef.
Zosia spojrzała trochę zdziwiona i spuściła oczy. Szli parę chwil w milczeniu, potem Zosia znowu zabrała głos:
— Otóż to panu chciałam powiedzieć, pod największym sekretem, że cioci nie podobała się Paulinka, a bardzo, ale to bardzo złe wrażenie zrobił na niej pan Permski.
Józef spoważniał.
— Teraz — rzekł — muszę się pani przyznać, że i ja... do pewnego stopnia... podzielam opinje Permskiego.
— Co? — zawołała Zosia z przestrachem — pan chciałby wyrżnąć szlachtę i... i nas?
— Co też!... Wolałbym sto razy życie stracić, aniżeli najmniejszą krzywdę zrobić państwu.
— Więc poco pan mówi takie niedorzeczności?
— W tem podzielam zdanie Permskiego, że trzeba poprawić dolę klas pracujących i biednych, choćby na drodze stopniowego... zakupywania dla nich gruntów.
— Ach, proszę pana, w tej kwestji to i ja się zgadzam z panami. Ale to nie jest rzecz łatwa!
Stanęli przed czworniakiem. Z jednej izby wyszła kobieta. Zosia zwróciła się do niej z zapytaniem:
— No, jakże Wojtuś?... Panna Sobolewska przysyła wam flaszeczkę napoju. Czy wrzód pękł?
— Jeszcze, proszę panienki, nie pękł, choć Kasprusiowa przyłożyła mu żabę rozdartą.
— Jakto? Gdzie? — oburzyła się Zosia. — Panna Sobolewska nauczyła was robić kataplazm, kazała go przykładać, a wy... jakież to wstrętne!... zamiast kataplazmu, przykładacie żaby?... Pokażcie zaraz dziecko!... To jest pan doktór — mówiła rozgniewana Zosia, wskazując na Józefa.
Józef obejrzał dziecko, które miało wrzód na nodze, zawstydzony wybąkał radę, ażeby matka przykładała mu kataplazm, i szybko wybiegł.
— Skompromitowała mnie pani! — rzekł do Zosi. — Ja dopiero za kilka lat będę się mógł na coś przydać. Dziś potrzeba tutaj istotnego lekarza.
— Powiedziałam tak, bo może pana prędzej posłuchają i nie będą robić dziecku szkaradzieństw — mówiła Zosia. — Oto ma pan nasz lud: nie wierzy pannie Sobolewskiej, ale słucha jakiejś strasznej baby, która dziecko może w gorszą chorobę wpędzić.
Z innej chaty wybiegła do nich młoda parobczycha i radośnie powitała Zosię.
— Cóż Stefanek?
— A dobrze się ma, proszę jaśnie panienki.
— Pokażę panu mego chrześniaczka — rzekła Zosia. — Bardzo ładne dzieciątko!
Na drążku, opartym na dwu innych drążkach, wisiała siatka, niby hamak, a w niej małe, różowe dzieciątko, które w tej chwili przypatrywało się szklanemu korkowi i złamanej trąbce z blachy. Gdy Zosia pochyliła się nad niem, zwróciło ku niej śliczne, modre oczy i zaczęło się śmiać.
— Poznał jaśnie panienkę! — zawołała uradowana matka.
Zosia zostawiła im parę kawałków cukru i skierowała się w stronę pałacu.
— Dziecko to dziwne robi wrażenie na mnie — mówiła. — Nietylko dlatego, że jest moim chrześniakiem, ale i ze względu na przepowiednię.
— Nawet przepowiednię? — wtrącił Józef, uśmiechając się.
— To było tak — ciągnęła Zosia. — Przed paroma tygodniami przyszliśmy tu z panem Łoskim, który, popatrzywszy małemu w oczy i obejrzawszy główkę, powiedział jakby natchniony: — To dziecko może mieć wielką przyszłość! Może kiedyś wyrośnie z niego Mickiewicz, może jaki szczęśliwy wojownik... — Słowa jego tak mnie przejęły, że prawie jestem pewna niezwykłego losu dla tej dzieciny.
— Pozwoli pani, ażebym ja dołączył inną wróżbę. Jeżeli dziecko to zostanie nadzwyczajnością, to ja będę dobrym lekarzem, a nadewszystko szczęśliwym człowiekiem, ale... według mego pomyślenia. Życzy mi pani tego? — zapytał, głęboko patrząc jej w oczy.
— Życzę wszystkiego, czego pan dla siebie pragnie. A teraz dowidzenia, bo już idzie po mnie panna służąca. Jacy oni nudni!...
Podała Józefowi rękę i szybko pobiegła w stronę pałacu. Chłopak został sam, odurzony.
Po odejściu Zosi, Trawiński doznał dziwnych uczuć. Przedewszystkiem zbudziła się w nim obawa, ażeby go kto nie zobaczył i nie zapytał, skąd idzie, z kim spacerował przed chwilą... Więc uciekł do parku i zaczął błądzić po najbardziej zapuszczonych ulicach. Gdy zaś spostrzegł, że już teraz nikt nie może zaskoczyć go pytaniem niedyskretnem, uczuł wielki spokój. Dosłownie: wielki spokój, który zaczynał się w jego sercu, ogarniał cały park, cały horyzont, i sięgał aż do obłoków białych i różowawych.
„A jednak ja jej czegoś nie powiedziałem! — pomyślał. — Co to ja miałem powiedzieć?... Czybym tracił pamięć?...
Teraz uczuł niby drobne ukłucie, gdzieś pod gardłem. Mały ten ból szybko zwiększał się, ścisnął mu płuca, a potem wypełnił je jakimś niezmiernym ciężarem. Chwilami zdawało się, że nie może oddychać...
„Cóżto za głupstwo? — pomyślał. — Czyżbym miał być zakochany? Ja... zakochany... w panience bynajmniej nie pięknej? Ależ to, czego doświadczam, wygląda chyba na astmę, nie na miłość!“
Pomimo tej uwagi wewnętrzny ciężar nie ustępował. Owszem, szybko zaczął się rozrastać, ogarnął całą jego istotę, cały park i znowu sięgnął aż do obłoków, które w tej chwili miały ton przyćmionego srebra.
— Muszę się z nią rozmówić! — rzekł do siebie, nie wiedząc, o czem właściwie ma rozmawiać.
Wtem usłyszał wołanie:
— Józiu!... Trawiński!... Hop! hop!... A odezwij się!...
Wołał go Staś. Józef poszedł za głosem i niebawem znalazł się w towarzystwie Stasia, Andrzeja Turzyńskiego i Pomorskiego, którzy szukali go, ażeby razem strzelać do celu. Strzelnica była w parku, zbudowana pod starym murem. Chłopcy zawiesili cel i zaczęli strzelać z pistoletów: Staś nieporządnie, Andrzej jako tako, Pomorski prześlicznie. Kiedy przyszła kolej na Józefa, strzelił pięć razy zkolei, lecz ani razu nie trafił: kule latały niewiadomo dokąd. Józefowi ze wstydu krew uderzyła do głowy; jego towarzysze milczeli zakłopotani, nawet Staś Turzyński spoważniał.
— Z tego się pokazuje — wybełkotał Pomorski — że kolega musisz się nauczyć strzelać!
W pół godziny Stasiowi znudziło się strzelanie, więc zabrał Andrzeja i pobiegł z nim nad rzekę, do łódek. Pomorski zaś począł wykładać Józefowi tajemnicę sztuki strzelania.
— Naprzód — mówił — dobrze obejmij kolega rękojeść pistoletu... Teraz załóż głęboko palec za cyngiel... Teraz celuj, posuwając pistolet zwolna, od dołu wgórę. A kiedy musza wejdzie w obwód tarczy, nie szarp cyngla, niech cię Pan Bóg broni! ale naciskaj go delikatnie. Wogóle wykonywaj pistoletem i palcem taki ruch, jakbyś pisał... O!...
Rzeczywiście tym razem Józef trafił w tarczę, lecz ponieważ ogarnęła go wielka radość, więc za następnym strzałem znowu chybił. Później jednak, gdy ochłonął i zaczął stosować się do rad Pomorskiego, na dziesięć strzałów ani jedna kula nie wyszła za obręb tarczy, a nawet trzy uderzyły blisko centrum.
— Ot widzisz! — bełkotał Pomorski. — W kwadrans nauczyłeś się strzelać, ale po drugim kwadransie zapomnisz, jeżeli nie będziesz się ciągle wprawiał.
Od tej pory jedną z najmilszych rozrywek Józefa było strzelanie z pistoletu.
W czasie obiadu Józef, mimo roztargnienia, spostrzegł, że pani Komorowska ma zaczerwienione oczy, a Radcewicz jest pochmurny. Sędzia Turzyński był zadumany i prawie nie odrywał oczu od talerza. Zato pani Dorohuska ożywiła się. Wesoło rozmawiała z Łoskim, ostentacyjnie odwracała się od Permskiego i od czasu do czasu spoglądała melancholijnie na Podolaka, który mało jadł i wyglądał na zakłopotanego.
W oczach panny Klęskiej połyskiwał gniew, Sobolewska była smutna i milczała.
Wogóle obiad był przykry; na szczęście prędko się skończył. Kiedy wstawano od stołu, pani Dorohuska odezwała się majestatycznie:
— Panie Podolak, Zosiu... teraz pójdziemy po kwiaty do kaplicy.
— Jak ciociunia każe. Może który z panów zechce z nami? — odezwała się Zosia, spojrzawszy ukradkiem na Józefa.
— Toś trafiła! — zawołał jej braciszek — bo my akurat z Pomorskim i Andrzejem jedziemy konno i zabieramy Trawińskiego.
— Ja bardzo źle jeżdżę — odezwał się Józef.
— Za karę powinien pan pójść z nami... Prawda, ciociuniu?
— Proszę! — odpowiedziała pani Dorohuska, życzliwie patrząc na Józefa.
— A weźcie go sobie, weźcie! — zawołał Staś. — Choć jeżeli dzisiaj nauczył się od Pomorskiego strzelać, to może jutro ode mnie nauczy się jeździć konno.
Byvataky, niezdecydowany dokąd iść, kręcił się około pani Dorohuskiej, a spoglądał na pannę Klęską. Ale ponieważ Dorohuska najmniejszym znakiem nie okazała, że pragnie jego towarzystwa, więc poszedł za Paulinką, oglądając się, czy wielka dama nie zawoła go w ostatniej chwili.
Ale pani Dorohuska nie zawołała Byvatakyego, więc Józef sam znalazł się obok Zosi.
— Idźcie, moi państwo, naprzód i znajdźcie ogrodnika; my podążymy za wami — rzekła wielka dama, czule spoglądając na zmieszanego kleryka.
Kiedy Zosia z Trawińskim znaleźli się na dziedzińcu, idąc w stronę alei wjazdowej i ogrodów, dziewczynka rzekła:
— Ach, jak to dobrze, że jesteśmy sami... Tyle mam panu do powiedzenia!
— Naprawdę? — zapytał zdziwiony Józef. — Bo i ja...
— A więc niech pan mówi... tylko prędko...
— Szczególna rzecz — mówił Józef, trąc czoło. — Od chwili, kiedy panią spotkałem z rana, zdawało mi się, że mam cały świat interesów do pani, a obecnie nie wiem co mówić i wprost lękam się, czy nie tracę pamięci. Nie potrafię wyrazić, jaki to przykry stan!
— Cóż znowu! Skądżeby pan miał stracić pamięć?... Taki zdolny!
— Przypominam sobie! — rzekł tonem triumfu Józef. — Wie pani, jaka myśl ciągle mnie prześladuje?... Oto, że ja gdzieś widziałem panią. Czy w Warszawie na ulicy, czy w teatrze? Nie wiem, no nie wiem, a jednak jestem pewny, że panią dawno i doskonale znam.
— To szczególne! — odpowiedziała Zosia. — Mógłby mi pan nie wierzyć, ale proszę spytać panny Sobolewskiej, czy kiedyś nie powiedziałam jej, że ja pana skądsić znam.
— Może widzieliśmy się w Warszawie w teatrze?
Zosia potrząsnęła głową.
— Nie — rzekła — to jest zupełnie co innego. Kiedyś, będąc dzieckiem, zwiedziłam pałac w Turzycach. Otóż, zdaje mi się, że tam, między portretami Turzyńskich, znajduje się jeden, młodego chłopca, bardzo podobny do pana.
— Skądżeby?
— Jakto skąd? Przecież pan ma w sobie krew Turzyńskich... Choć to dalekie pokrewieństwo — dodała.
Józef, niewiadomo dlaczego, spojrzał na nią (po raz drugi w życiu!) tak, że Zosia zmieszała się i, ażeby ukryć zakłopotanie, zaczęła szybko:
— Dużo rzeczy mam panu do powiedzenia, bardzo przykrych. O, już idzie ciocia z księdzem Podolakiem. Właściwie to on jeszcze nie ksiądz, ale ja tak przywykłam go nazywać. Otóż... Ach, jakie to bolesne! ale muszę podzielić się z panem, bo komuż powiem?
— Gdyby kiedy spadł na panią wielki smutek — wtrącił Józef — proszę z nikim nie dzielić go, tylko ze mną. Ja wezmę od pani cały...
— Co za szczęście, że tak zrobić nie można. Zresztą ja nie dzieliłabym się z panem mojemi smutkami. Radością owszem... Więc niech pan słucha, chociaż i to nie jest wesołe.
— O gdybym mógł w czemkolwiek ulżyć!...
— Więc niech pan słucha — mówiła przyciszonym i smutnym głosem. — Pan już wie, że tatuś jest najlepszy, najszlachetniejszy człowiek. Nawet kiedy prosiłam go za Szczepankiem — pamięta pan tego pastuszka, który czytuje powieści? — tatuś powiedział, że o nim pomyśli. Otóż tatuś jest człowiek idealny, ale naprzód nie dba o pieniądze, pozwala się wyzyskiwać, a następnie nie lubi prowadzić rachunków. Rezultat jest ten, że sam pewnego dnia powiedział do mnie: — Cobyś ty, biedaczko, zrobiła, gdyby nas wyrzucono z Klejnotu? — Tak mnie to dotknęło, że rozpłakałam się i powiedziałam: — Tatusieńku, życie oddam, byle tobie było dobrze. — Tatuś się roześmiał, ucałował mnie i powiedział, że jeszcze ma nadzieję wybrnąć. Jakoż przyjechała ciocia i pożycza nam pieniędzy na proces z panem Nieznanym, który musimy wygrać, bo dopiero wówczas tatuś doprowadzi swój majątek do równowagi.
Przerwała i zamyśliła się.
— Co to ja miałam powiedzieć?... Aha!... Ciocia pożycza pieniędzy na proces i reguluje wszystkie długi tatusia. Długi — słyszy pan? To ja mówię panu, ja... o długach mego tatusia. Nie powiedziałabym o tem nawet Andrzejowi, nawet Rózi, bo czuję, że spaliłabym się ze wstydu.
— Proszę pani — przerwał Józef. — Tylko błagam, ażeby pani nie chciała mnie źle rozumieć. Mam w perspektywie kilkanaście tysięcy rubli, więc gdyby... kiedy...
Zosia spojrzała na niego poważnie, ale bez gniewu.
— Dziękuję panu. Rozumiem dobre chęci pańskie... Ale długi Turzyńskich nie spłacają się kilkunastoma tysiącami rubli! Wreszcie to najlepiej załatwi ciocia. Więc niech pan słucha dalej. Pani Komorowska umieściła u tatusia, zdaje się, że dwanaście tysięcy rubli, na jakiś tam procent; ale od pewnego czasu chce wycofać swoje pieniądze. Otóż ciocia (Ach, jakie to przykre!) mówi, że zwróci jej kapitał, ale naprzód — bez zaległych procentów (nie wiem, czy jakie zalegają?), a powtóre... z potrąceniem dwu tysięcy rubli, także nie wiem za co... No i pani Komorowska, z płaczem, zgodziła się na ten układ. A choć jestem pewna, że tatuś później, pocichu, zwróci pieniądze, lecz dziś nie wiem, cobym dała, ażeby ciocia nie robiła podobnej propozycji.
— Kiedy odbiorę te trochę pieniędzy, które podobno należały się memu ojcu... — zaczął Józef, lecz nagle przerwał. Pani Dorohuska zbliżała się do nich uroczystym krokiem, w towarzystwie Podolaka, kończąc zaczęty frazes:
— Nie, proszę pana, miłość nie może być uczuciem grzesznem, choćby się nawet za taką przedstawiała pospólstwu.
Przy tych słowach ciotki Zosia spojrzała przelotnie na Trawińskiego, jakby obrażona. Poszli we czworo do ogrodnika, pani Dorohuska obejrzała i kazała do kaplicy przynieść wybrane kwiaty, ale Zosia, w stosunku do Józefa, pozostała wciąż chłodną.
— Co ja jej zrobiłem? — myślał zdesperowany chłopak. — Czy rozgniewała ją wzmianka o tych nieszczęsnych pieniądzach?... Bo przecież nie może mieć do mnie pretensji za to, co jej ciotka mówi o miłości. Zresztą staruszka mówi prawdę: miłość nie jest grzechem.
Przed wieczorem Józef spotkał na dziedzińcu Zosię w towarzystwie panny Sobolewskiej i Łoskiego.
— Aha! dobrze, że pana widzę — zawołała Zosia, wysuwając się parę kroków naprzód, do Józefa. Nauczycielka nie przeszkadzała jej, zajęta żywą rozmową z Łoskim.
— Czego pan tak uciekł dziś z alei? — mówiła dalej. — A my poszliśmy do kapliczki, ubraliśmy ją kwiatami. Jutro z rana będzie tam bardzo piękne nabożeństwo.
Józef chciał odpowiedzieć, że nader mało obchodzą go piękne nabożeństwa. Powstrzymał się jednak i odparł:
— Spostrzegłem, że pani jest jakby obrażona na mnie.
— Ja? na pana? — zdziwiła się dziewczynka. — Ale bo ta ciocia ze swemi poglądami!... I jeszcze przy kim je wygłasza? Przy kleryku!
— A cóżem ja temu winien?
— Już niech się pan nie tłomaczy! Odszedł pan, kiedy właśnie miałam powiedzieć coś ważnego... Niechże pan słucha. Ja muszę przed kimś wygadać się z moich wrażeń, no, muszę! Więc zawiążemy spisek. Kiedy w moim pokoju postawię na oknie bukiet, albo choćby wazonik (jeżeli zapomną mi przynieść kwiatów), to znak, że wyjdę i że mam coś do powiedzenia. Będzie pan w takim razie czekał?
— Wszystko zrobię, co pani każe.
— Wiem — mówiła Zosia — że z mojej strony jest to bardzo niewłaściwe, ale cóż zrobię? W domu naszym ciocia urządza formalną rewolucję; a ponieważ ja boję się tych zmian, mam złe przeczucia, więc muszę, ale to koniecznie muszę pogadać o nich z kimś dyskretnym. A pan jest bardzo dyskretny.
— Nacóż to, Zosiu, potrzebna ci dyskrecja pana Trawińskiego? — zapytała nagle panna Sobolewska.
— Chcę z kimś rozmawiać o wrażeniach, jakich obecnie doznaję. A że z pośród młodych ludzi, jacy tu są, nie wyłączając mego brata, pan Trawiński zachowuje się najpoważniej, więc — jego wybrałam na powiernika.
Panna Sobolewska chciała zrobić jakąś uwagę; ale powstrzymał ją Łoski, mówiąc:
— Z Antkiem, powtarzam pani, dam sobie radę, znajdę mu robotę i będzie się uczył w Warszawie. Ale ze Szczepankiem... nie wiem jak będzie! Bo jeżeli chłopiec ten zostanie nadal pastuchem, zmarnuje się z pewnością i będzie innych bałamucił. Permski ze swemi broszurkami stanowczo jest nieostrożny.
— Więc niechże pan słucha ostatnich wiadomości — mówiła Zosia półgłosem. — Ciocia nie jest taka skąpa, jakby się zdawało. Pomorski w tych dniach wyjedzie do majątku cioci, do Tłuszcza; ma tam pooglądać i ponaprawiać z kowalem różne machiny rolnicze, jak to zrobił u nas. I wie pan, ile za to dostanie od cioci? Sto rubli!... Sto rubli!... słyszy pan?
— A sprowadzenie mechanika z Warszawy ileby kosztowało? — wtrącił Józef.
— Nie wiem. Teraz dalej. Paulinka Klęska ma wrócić do domu. Dlaczego, nie mogę zgadnąć. Bardzo jej będę żałowała, ale zdaje się, że jeszcze bardziej pan Byvataky, a najbardziej wie pan kto? W imię Ojca i Syna... żebym nie zgrzeszyła tem, co mówię... Myślę, że najbardziej żałować jej będzie... ksiądz Podolak. Wie pan, Rózia powiedziała mi pod największym sekretem, że on się w niej kocha. Nie w Rózi, tylko w Paulince, rozumie pan?... Gdyby to spostrzegła ciocia, która jest bardzo pobożna i nawet surowa, no, to wyobrażam sobie!
— Czy panienki w wieku panny Pauliny mogą się kochać? — oschle zapytał Józef.
— A to dobre! Dlaczegożby nie?... Byle tylko nie przyznawały się i nie zaręczały. No, także nie powinny urządzać schadzek ze swoimi feblikami i nie pisywać do nich listów.
Józef słuchał zdumiony. Nagle błysnęła mu myśl: „Ta dziewczyna nie kocha się w nikim... w nikim, ale to w nikim!“ — i uczuł ściśnienie serca. Ale potem dodał w duchu: „Będziemy przyjaciółmi, a ja życie za nią oddam, jeżeli tego zechce.“
Ponieważ panna Sobolewska zabrała Zosię do pokoju, więc młodzi pożegnali się. Dziewczynka podała Józefowi rękę i rzekła tajemniczo:
— Niech pan pamięta: bukiet w oknie... albo wazonik...
Łoski, zostawszy sam z Józefem, zapytał:
— Cóżto za konszachty prowadzisz z Zosią?
— Opowiada mi o rozmaitych dziwactwach swojej ciotki. Zwyczajnie pensjonarskie sekrety!
— Nie wpakujże się w jaką awanturę — rzekł Łoski. Pożegnał się z nim i poszedł na gawędkę do Radcewicza, który chętnie przypominał dzieje rodu Turzyńskich. Znał je zaś nietylko z ust dawniejszych oficjalistów i dworzan, ale także ze starych dokumentów, które dzisiaj tylko on odczytywał. Ani pan sędzia, ani tembardziej Staś, nie mieli czasu na zajmowanie się tak odległemi rzeczami.
Józef udał się do swego pokoju i, z nudów, zaczął przeglądać jakiś rocznik „Gazety Warszawskiej,“ którą Łoski przyniósł sobie z bibljoteki. Około dziewiątej wieczór, gdy skończył pić herbatę, otworzyły się drzwi i stanął w nich wysoki, barczysty, z płowemi wąsami Wodnicki.
— Jak się masz, chłopcze? — zawołał przybysz. — Cóż, bawisz się dobrze? Ja myślę!... A do domu, do Kamienia, nie śpiesz, bo chłopcy jeszcze chcą odpocząć, choćby przez tydzień... Jest kto w tamtym pokoju? — dodał ciszej.
— Niema nikogo. Niechże wuj siądzie z łaski swojej — mówił Józef, całując się z gościem.
Wodnicki wyjrzał przez okno, popatrzył na drzwi wchodowe i rzucając czapkę na łóżko, syknął:
— Psiakrew, baba!... Ta Dorohuska.
Lecz nagle zasłonił ręką usta i znowu obejrzał się dokoła niespokojnie.
— Tu niema nikogo, nikt nie podsłuchuje — rzekł Józef, nieco zdziwiony zachowaniem się Wodnickiego.
Gość usiadł ciężko na krześle, oparł na kolanach ręce śniade od słońca i zaczął mówić zniżonym głosem:
— To mi dali łupnia!... Niechże ich!...
— Co się stało?
— Będzie ze sześć lat — ciągnął tym samym głosem Wodnicki — dziedzic pożyczył od nas sześć tysięcy rubli. Jest to posag twojej ciotki, bo przecie na rządcostwie, nie kradnąc, nie mógłbym zebrać tyle pieniędzy. Przez trzy lata płacił nam dziedzic siedem procent, czterysta dwadzieścia rubli rocznie. Przez ostatnich trzy lat nic nie płacił, ażeby, jak mówił, zebrała się większa suma. Zato ja musiałem od ludzi pożyczać na naukę dzieci.
Westchnął, odpoczął i mówił dalej:
— Dziś wzywa mnie ta... ta... cyganka i mówi: — Zwrócimy panu kapitał w ciągu miesiąca; ale za trzy ostatnie lata porachujemy nie siedem, tylko dwa procent. Osłupiałem, więc pytam: Jakimże to sposobem, pani prezesowo?... Przecie to dla nas ciężka krzywda! A ona na to: — Żaden rządca nie da sobie zrobić krzywdy, więc — jak pan chce. — Słyszałeś?... Prawie zarzuca mi złodziejstwo, a sama zagrabia dziewięćset rubli gotówką!
— Pocóż się wuj godzi?
— Cóż mam robić? Gdzie znajdę miejsce, jeżeli mi tutaj wymówią, choćby od nowego roku? Zresztą łudzę się, że dziedzic nie skrzywdzi mnie. On, jestem pewny, zwróciłby te dziewięćset rubli, ale czy będzie miał?
— Rzeczywiście awantura! — rzekł zirytowanym głosem Józef.
— Rozbój na równej drodze!... Ale bywaj zdrów; muszę jechać do domu i podzielić się z żoną tym pasztetem. Nie odprowadzaj mnie do bryczki. Wymknę się stąd, ażeby mnie nikt nie spostrzegł. A sam nie śpiesz z powrotem, rozerwij się.
Józef mimowolnie spojrzał w okno.
— Świeci się w pokojach tej pani — rzekł.
— A tak, dziedzic jest u niej.
— Cóż oni tam robią?
— Czekają na Radcewicza, ażeby grać z nim w karty, a tymczasem — grają sami we dwójkę! — odpowiedział, machnąwszy ręką, Wodnicki.
„Cóż za osobliwe życie tych ludzi!“ — pomyślał Józef, nie umiejąc dokładniej sformułować sobie, na czem polega osobliwość życia, wypełnionego pustką, próżniactwem i formułkami.
„Kto wie, czy Permski nie ma słuszności, mówiąc, że nie rozumie pożytku z arystokracji?“ — dodał w sobie i znowu zabrał się do przeglądania rocznika. Kwestje, dotyczące sposobu życia Turzyńskich, jeszcze go nie obchodziły, a przynajmniej niebardzo.



XI.

Niebo zasłonięte chmurami ciemno-popielatej barwy; na ziemię pada deszcz rzadki i senny. Błoto w parku, błoto na dziedzińcu. Woda sadzawki z błękitnawej zrobiła się płową z niedobrym połyskiem; drzewa parku wyglądają niby ludzie w płaszczach ciemno-zielonych, przemoczeni i zmarznięci, których siwa mgła przygniata do ziemi.
Józefowi w murowanej oficynie pałacu było zimno, nudno i pusto. Na dziedzińcu zamarł wszelki ruch; tylko o ósmej rano zaturkotała kareta, odwożąca panią Dorohuską i Podolaka do kościoła, a w parę godzin później odezwała się po raz drugi, tym samym tonem, przywożąc ich napowrót.
W chwilę później chłopak wyszedł, chcąc niby rozejrzeć się. Lecz gdy spostrzegł, że w oknie Zosi niema bukietu i tylko deszcz spływa po szybach, jak łzy nieuleczalnego smutku, prędko wrócił do pokoju i zaczął czytać, po raz niewiadomo który, „Klub Pickwicka,“ który jednak dziś nie wydał mu się ani dowcipnym, ani nawet zajmującym.
Więc zamiast kartek książki widział pokój w Kamieniu, duży stół zarzucony podręcznikami szkolnemi i kajetami, tudzież swoich uczniów, Kazia i Stasia, którzy nawet paru minut nie byli w stanie usiedzieć bez kłótni, potrącań się i poszukiwań jakiejś zaginionej książki. Lecz w chwilę później — stół, podręczniki i chłopców zasłoniła mgła, mająca oczy Zosi i szarą barwę jej sukienki. I usłyszał, we własnem sercu, jakby westchnienie tęsknoty, może za spokojnym dworkiem wuja i zajęciami korepetytorskiemi!
Józef dziś z nikim nie rozmawiał. Łoski był zatopiony w czytaniu jakichś pamiętników z roku 31-go, Pomorski przyspasabiał się do wyjazdu, Staś, Andrzej i Byvataky wcale się nie pokazywali. Strach, jak nudno! Pragnął jednej chwili uciec stąd, tylko jeszcze nie był pewny, w którą stronę: do Kamienia, czy do Warszawy?
Wtem, wśród ciszy posępnej i wilgotnej, usłyszał szybkie kroki, naprzód na kamiennej posadzce sieni, potem na żelaznych schodach, wreszcie na korytarzu. Ktoś zapukał do drzwi. Był to służący z korespondencją do Łoskiego. Nauczyciel wziął do ręki list, odłożył książkę, potem znowu chciał zabrać się do studjów, lecz spostrzegłszy, że trzyma w palcach pismo, otworzył je i powiedział: — Dobrze... dobrze! — Ale służącego już nie było.
Teraz Łoski przystąpił do czytania korespondencji.
— Pani Dorohuska — mówił do siebie — ma zupełnie męski charakter... Prosi, ażebym przyszedł... Zaraz, to teraz, co?...
Zerwał się z fotelu i nagwałt zaczął oglądać swoje ubranie przed niewielkiem lusterkiem.
— Kamizelka zapięta... Krawat?... taki sobie... Mój Józiu, spojrzyj też, czy wszystko na mnie w porządku?
— Elegancko!... niech pan powie — odparł Józef.
Łoski chciał wyjść, jak się mówi: „bez niczego.“ Lecz spojrzawszy w okno, oprzytomniał. Więc narzucił letnie palto, włożył kapelusz, wydobył z kąta kalosze, a z poza szafy parasol i wyszedł, powiedziawszy Józefowi: — Dowidzenia!
Na dziedzińcu zapomniał otworzyć parasola; lecz gdy krople deszczu padły mu na twarz, zrobił to i rzekł do siebie, już zupełnie przytomny:
— Ciekawym, czego ona chce ode mnie?... Przez cały czas, jak tu jest, nawet stu wyrazów nie zamieniliśmy ze sobą!
Tak rozmyślając, nie bez cienia niepokoju, wszedł do głównego korpusu; w sieni zostawił mniej więcej przemoknięte szczegóły wierzchniej garderoby i przez marmurowe schody dostał się do lewego skrzydła, po drodze kiwając głową lokajom, którzy do ziemi schylali się przed nim.
„Oho! — pomyślał — znać, że jaśnie pani przemusztrowała służbę.“
Po chwili znalazł się w saloniku, w którym czekała na niego pani Dorohuska i sędzia Turzyński. Łoski powitał ich eleganckim, prawie dworskim ukłonem, wzamian otrzymał życzliwy uśmiech od wielkiej damy, uścisk ręki od pana sędziego i — nie mniej wykwintnie — usiadł na wskazanym fotelu.
— Jestem gotów do usług pani prezesowej — rzekł, wykonywając piękny ruch całą osobą.
Turzyński oparł na fotelu rękę, a na niej głowę i zasłonił oczy dłonią. Spostrzegłszy to, pani Dorohuska lekko zmarszczyła brwi, spędziła uśmiech z twarzy i przybrała się w maskę chłodnej obojętności. Łoski spostrzegł te fizjognomistyczne manewry i znowu pomyślał:
„Czego ona u licha chce ode mnie?“
Dama po chwili odezwała się uroczyście:
— Brat mój, który ma przyjemność znać pana nieco dawniej, i ja, która znam go dopiero od kilku dni, mamy przekonanie, że pan jest nietylko doskonałym wychowawcą, ale i... życzliwym dla naszej rodziny...
Turzyński, nie odsłaniając oczu, kiwnął głową w sposób potakujący; Łoski znowu złożył piękny ukłon.
— Hrabia Brzeski — ciągnęła dama — u którego bawił pan jakiś czas...
— W Brześcianach! — wtrącił rozpromieniony Łoski.
— Otóż hrabia nie może znaleźć dla pana słów pochwały. Ale nawet gdybym nie znała jego opinji o panu, wystarczyłby mi jeden pański aforyzm...
— Mój aforyzm?
— Tak. Pewnego dnia powiedział pan naszemu Stasiowi: — Prawdziwy arystokrata musi nad sobą panować.
— Aha! — uśmiechnął się Łoski, podnosząc ręce na wysokość głowy.
— Kto takie zdania rzuca mimochodem — mówiła Dorohuska — ten zasługuje, ażeby rodzina Turzyńskich wzywała go na narady, że tak powiem wychowawcze i poufne...
— Ehe... he... he!... — chrząknął Turzyński, opierając głowę na drugiej ręce.
— Słucham panią — odezwał się Łoski — Niemały to dla mnie zaszczyt.
— Ale to, o czem będziemy mówili... nie wyjdzie poza nas troje, panie Łoski? — zapytała nieco silniejszym głosem dama.
— Nawet nie potrzebuję przyrzekać! — odpowiedział, podnosząc dwa palce prawej ręki.
— Doskonale. W takim razie zaczynam bez wstępów. Pan, który prawie ciągle obraca się między arystokracją, z pewnością musiał zwrócić uwagę na ten dziwny fakt, że w domu mego brata znalazło się w tym sezonie bardzo... bardzo... bardzo niezwykłe towarzystwo.
— E... he... he!... — odchrząknął Turzyński, opierając głowę na obu rękach i zasłaniając oczy obu dłońmi.
— Przepraszam cię, Zygmuncie — mówiła z ożywieniem dama — ale chyba nie zaprzeczysz, że panna Klęska, jak na młodą panienkę, jest zanadto... śmiała... Że Pomorski, może być znakomity technik, ale nie umie ani kłaniać się, ani siedzieć, ani jeść...
— E... he... he!... — prawie zarżał Turzyński.
— Pozwól, mój drogi! Pan Łoski, jestem pewna, nie powtórzy. Zresztą on sam z pewnością dostrzegł, że towarzystwo takiego pana Permskiego jest niebezpieczne nietylko dla twoich dzieci, ale nawet dla twojej służby... No, a niech pan przyzna, panie Łoski, że panna Sobolewska wychowuje Zosię w taki sposób, jakby chciała mieć z niej dobrą gospodynię, dobrą pielęgniarkę, dobrą pannę służącą, ale nie panienkę z towarzystwa.
— E... he... he!... — odezwał się Turzyński. — Hrabina Sanocka nie ma słów pochwały dla Sobolewskiej.
— Ach, mój drogi! Przecież wiem, że pani Sanocka otwiera w tym rodzaju szkołę dla panienek z dobrych rodzin. Wolno jej być ekscentryczką, ale ja dla Zosi pragnę czegoś innego.
— Phy!... E... he... he!...
— Chcesz co powiedzieć?
— Nic, nic! Proszek w gardle... — odparł Turzyński, zaczesując obu rękoma rzadkie włosy.
— Może ci podać wody?
— Dziękuję, dziękuję... Tylko zbliżmy się do właściwej sprawy.
— Albo pan Byvataky — ciągnęła dama. — Ponieważ mieszka obok mnie, więc uważał za konieczne złożyć mi jednego dnia bilet, a drugiego swoją wizytę. I, co powiesz, kiedy weszłam do salonu, spostrzegłam, że ten młodzieniec przegląda papiery, leżące na stole!
— Ośmielę się zrobić uwagę... — odezwał się Łoski. — Ja sam, mówię to ze wstydem, mam zły zwyczaj dotykać książek czy papierów, leżących obok mnie... Ale, daję słowo, robię to bez intencji, automatycznie.
— Automatyzm rozumiem — przerwała pani Dorohuska — ulegają mu najwięksi myśliciele. Lecz pan Byvataky nie robił tego automatycznie.
— E... he... he!... — odkaszlnął Turzyński.
— Zresztą wszystko mi jedno, byle nie mieszkał w mojem sąsiedztwie i nie składał mi wizyt! — wybuchnęła pani.
— Przejdźmy do sprawy głównej — wtrącił nieśmiało Turzyński.
— Właśnie zrobię to. Lada dzień — mówiła dama — przyjeżdża do nas hrabia Kajetanowicz, nasz kuzyn, człowiek bardzo majętny.
— Bardzo, bardzo! — wtrącił Łoski, podnosząc rękę.
— Majętny, tak. Lecz obok tego zdecydowany konserwatysta, niezwykle bystry obserwator, a złośliwy! a ironiczny!... Spostrzegam na twarzy pańskiej jakby wyraz niedowierzania? Nieprzyjaciele zarzucają mu, że... nie należy do umysłów olśniewających...
— Mówią, że idjota... — szepnął Turzyński.
— Pozwól, mój drogi... tego nie mówi się o tak bliskim kuzynie! — przerwała zirytowana Dorohuska. — Otóż hrabia lada dzień, lada godzinę przyjeżdża i gdyby zastał cały komplet osób, o których mówiliśmy...
— Mówiła pani prezesowa! — wtrącił z najsłodszym uśmiechem Łoski.
— Mógłby się do nas zniechęcić, stanowczo zniechęcić, co, wyznaję, pokrzyżowałoby moje plany.
Zamyśliła się i po chwili, bystro patrząc w oczy Łoskiemu, zapytała:
— Czy nie sądzi pan, że jednak mamy prawo uwolnić tych państwa od dalszych zajęć w Klejnocie?... Rozumie się, zapłaciwszy im należność!...
Łoski spojrzał na nią pytająco.
— Pomorski wyjeżdża do mnie, panna Klęska też do swojej rodziny, tu gdzieś, w sąsiedztwo. Chodzi tylko o pannę Sobolewską, a nadewszystko o tego okropnego Permskiego... Jakby pan to uważał? — mówiła prezesowa.
— Ja?... Ja tylko we własnem imieniu mogę odpowiedzieć, że każdej chwili gotów jestem...
— Ależ panie! — zawołała Dorohuska — pan nietylko nie może opuszczać nas, ale musi zostać. Taki człowiek jak pan jest ozdobą każdego domu.
— Mój przyjaciel Trawiński także...
— Ten, zdaje się, przystojny młodzieniec, który z panem mieszka? Ależ on jest tak dobrze wychowany!... Widziałam, jak rozmawiał z Zosią, i przyszła mi na myśl młoda szlachta z czasów Ludwika XIV-go. Niechże pan zrozumie, że tu nie o was chodzi, ale o te osoby, które pod pozorem kształcenia ludu, bałamucą nam służbę. Buntują!... Kajetanowicz we dwadzieścia cztery godzin wyjechałby stąd.
— Duch czasu! E... he... he!... — odezwał się Turzyński.
— A pan jakiego jest zdania? — nalegała Dorohuska.
— Nie mam honoru znać hrabiego Kajetanowicza, ale bardzo szanuję, bardzo wysoko cenię pannę Sobolewską... Uważam również, że pan Permski jest wybornym nauczycielem dla Stasia.
— To samo mówiłem. Słowo w słowo! — odezwał się stanowczo Turzyński. — Przecie niepodobna z dnia na dzień wyrzucać nauczycieli. I widzę, że pan Łoski jest tego samego zdania. A nawet choćby miał inne przekonanie, zapewne nie podjąłby się pośredniczyć w tak przykrej kwestji.
— Ja? — wtrącił Łoski, kładąc rękę na sercu. — Nigdy w świecie!
— Niech więc zostaną, zobaczymy skutki! — zawołała pani Dorohuska. — Zróbcież przynajmniej to, ażeby pan Byvataky nie sąsiadował ze mną i nie składał mi wizyt i ażeby kleryk, ten Podolak, nie mieszkał obok panny Sobolewskiej i Klęskiej. Cóżby pomyślał ksiądz biskup!
— Dobrze — odparł Turzyński. — Byvatakyego przeniesiemy na dół, a kleryka postawimy przy tobie. Będziesz mogła sprawdzać, czy odmawia pacierze.
Sędzia powstał z fotelu, Łoski poszedł za jego przykładem i pożegnał panią Dorohuską całym szeregiem przepięknych ukłonów. Zdawało się, że, pływając, zabiera się do odlotu; w gruncie rzeczy Łoski zapomocą tych wykwintnych ruchów wypowiedział zadowolenie, że już skończyła się konferencja.
Wysunąwszy się z apartamentów, wtulił głowę między ramiona i zaczął mówić do siebie:
— Fiu! a to pani prezesowa dzielnie bierze się do wymiecenia demokracji z pałacu. Mimo komplimentów, już i ja zacznę myśleć o wyjeździe, a i Trawińskiemu podszepnę. Chociaż chłopak musi w jakiś sposób ukończyć sprawę zapisu. Zresztą pani prezesowa chwali go...
Na schodach spotkał kurjera, czyli chłopca, który przywoził korespondencje.
— Niema czego do mnie? — zapytał Łoski.
— Do wielmożnego pana niema, tylko pan rządca z Kamienia kazał oddać list temu drugiemu panu, co mieszka z wielmożnym panem.
— Widzę, że niesiesz depeszę. Idź... idź...
— Telegram do jaśnie pana — odpowiedział chłopiec.
Przed sienią znowu stali dwaj Żydzi, Himmelblauowie: stary w jedwabnym żupanie, młody w chałacie z cienkiego sukna.
— Przepraszam pana profesora — odezwał się młodszy — czy pan Turzyński jest na górze? Bo tu nie widać żadnego lokaja, a my z pilnym interesem.
— O, macie panowie dzwonek elektryczny — rzekł Łoski, dotykając guzika.
— Poco pan to robi? — odezwał się szybko stary Żyd. — Poco dzwonić? My możemy trochę poczekać...
W jego głosie czuć było zakłopotanie.
— Zaco my mamy czekać? — przerwał młodszy. — Przecie my tu przychodzimy z pieniędzmi, nie po pieniądze.
— Ty, Dawid, jesteś zawsze gwałtowny, a na tym świecie trzeba mieć cierpliwość. Prawda, panie profesorze? — mówił stary.
— Ale trzeba mieć i swoją godność — odparł syn. — Ojciec potrzebuje nauczyć się chodzenia przez frontowe schody.
— Jak uny będą nasze, to my po nich będziemy potrafili. Czy nie mam racji, panie profesorze?
— Tak. Ale trzeba pierwej mieć te schody — wtrącił Łoski.
— Może nie... może tak...
— Jeżeli pani Dorohuska pozwoli — rzekł Łoski, uchylając kapelusza na pożegnanie.
— Pan Bóg jest mocniejszy nawet od pani Dorohuskiej — odparł stary.
— Naco tu Pan Bóg?... Tu my jesteśmy! — wtrącił młody.
— Co się dzieje!... co się dzieje! — mówił do siebie Łoski.
Na dziedzińcu, niedaleko sadzawki, zobaczył skuloną pod parasolem panią Komorowską. Była przemoknięta, rozgorączkowana i miała jakby zapadłe oczy.
— Dzieńdobry panu! — mówiła szybko, podając rękę, która drżała. — Nie widział pan Himmelblauów?
— W tej chwili spotkałem ich w sieni. Już musieli pójść na górę.
— Dzięki Bogu! Nareszcie odbiorę moje pieniądze! Nie zapłacili mi procentów i okroili dwa tysiące rubli. Słyszał pan? Poprostu pani prezesowa skonfiskowała mi dwa tysiące, a pan sędzia milczy! Tak samo zrabowała Wodnickiego, choć na dużo mniejszą sumę. On zgodził się odebrać pieniądze później, z rąk Turzyńskiego; ja wolę dzisiaj, a jutro umieszczę u lepszego wierzyciela,
— U Himmelblaua? — spytał Łoski.
— U Piotra Nie-zna-nego — szepnęła pani Komorowska.
— Czy podobna?
— Jedyny człowiek uczciwy... Tamci — banda!
I pobiegła na górę zirytowana.
Gdyby nie deszcz, który zresztą począł się zmniejszać, Łoski poszedłby do parku, aby tam pod wiekowemi drzewami przetrawić i uporządkować mnóstwo wrażeń, jakich dziś doznał. Ponieważ jednak spływająca z nieba wilgoć nie usposabiała do rozmyślań, więc przezacny nauczyciel wrócił do siebie. Na progu pokoju Trawiński powitał go okrzykiem:
— Mamusia pisała! kłania się panu. Mówi, że ma pyszny humor i wybiera się na kilka dni do swojej kuzynki, gdzieś pod Radomiem... Ale najważniejsza wiadomość, niech pan zgadnie jaka?
Łoski zamyślił się; nagle podrzucił głowę i odparł:
— Pewno o zapisie Władysława Turzyńskiego?
— Gorzej! Był, niech pan sobie wyobrazi, u mamusi adwokat, wie pan czyj? Nieznanego! Pomijam szczegóły rozmowy, komplimenty. Ostatnie zaś słowo jest takie: pan Nieznany gotów oddać nam w każdej chwili piętnaście tysięcy rubli z procentami, czyli osiemnaście tysięcy rubli gotówką.
— O tem już kiedyś była mowa.
— Niech-no pan słucha dalej — ciągnął Józef. — Otóż mamusia cały ten kapitał przeznacza do mojej wyłącznie dyspozycji. Mówi, że jej wystarczy to, co otrzymała po tatce. A ponieważ ja w którymś liście zrobiłem wzmiankę, ażeby (jak pan mówił) nie wiązać się z panem Nieznanym i nie zrywać z Turzyńskimi, więc mamusia pisze, że zrobi tak, jak ja postanowię. Jeżeli zechcę wziąć pieniądze od Nieznanego — weźmiemy; jeżeli zechcę procesować go na współkę z Turzyńskimi, będziemy go procesowali.
Łoski oburącz schwycił się za głowę i potargał włosy.
— Głupia historja — rzekł — kojarzyć się z chronicznym bankrutem. Zaczynam myśleć, że Turzyński nigdy nie wyjdzie z długów, nigdy ich nie przestanie zaciągać, chociażby tu przyjechały jeszcze ze dwie siostry cioteczne a bogate.
— Ale on ma dzieci — wtrącił Józef, mimowoli rumieniąc się. — Ma dzieci, których nie wypada opuszczać... Chciałem powiedzieć: przeciw interesom których mnie nie wypada stawać.
— A cóż tobie znowu? — przerwał Łoski. — Choćby sędzia jeszcze parę razy zbankrutował, Staś ani Zosia nie zginą. Mój kochany, poza nimi stoją potężne rody, wobec których ty z twoimi kilkoma tysiącami jesteś kroplą wobec jeziora.
— Ale czy wypada mi łączyć się z ich najgorszym wrogiem, mnie, który zasiadam razem z nimi do stołu i ciągle odbieram od nich dowody życzliwości? Ja mam uczucie, że tu chodzi nietyle o pieniądze, ile o mój honor. Coby oni powiedzieli, gdybym pod ich dachem, czy na ich terytorjum, układał sobie plany porozumienia z człowiekiem, którego oni nienawidzą, gardzą nim...
— Honor!... nienawiść!... pogarda!... Aj! oj! oj!... W co ty się plączesz? — zawołał Łoski, znowu chwytając się za głowę.
— W nic się nie wplątałem! — odparł podniecony Józef. — Czy już pan nie pamięta, że sam ostrzegał mnie, ażeby być ostrożnym z Nieznanym?...
— Prawda, ale wówczas myślałem, że ten pan Nieznany może być awanturnikiem, nawet hultajem. Obecnie jednak słyszę z różnych stron, że to człowiek uczciwy, że był najserdeczniejszym, jeżeli nie jedynym przyjacielem i opiekunem Władysława Turzyńskiego i że zapis jest najlegalniejszy. Zmarły chciał nietylko tego, ażeby Nieznany odziedziczył po nim cały majątek, ale jeszcze, ażeby Zygmunt Turzyński nie dostał nic po nim... To głęboko zawikłana historja i znowu na dnie leżą długi. Zygmunt niemało napożyczał od brata, nie dbał o niego, szykanował... Ale o tem nie mówi się.
— Więc cóż pan chce, ażebym robił? — pytał wzburzony Józef.
— Czekaj, nie śpiesz się... W tych czasach musi się wyjaśnić dużo rzeczy.
— Przecież gdyby Turzyńscy nie mieli prawa do spadku, nie występowaliby z procesem?
Łoski machnął ręką.
— Podnieca do procesu Dorohuska, która nie może wyobrazić sobie, ażeby Turzyce nie należały do Turzyńskich. Zresztą liczy baba na swoje, podobno ogromne, stosunki. A że jeszcze znalazł się adwokat w rodzaju Byvatakyego...
— Cóżto za facet?
— At! Podobno genjusz, gdy chodzi o matactwo. I kto wie, czy taki nie wygra, przy pomocy owych stosunków Dorohuskiej. Ale czy tobie wypada włazić w podobną kaszę, to znowu inny rozdział przepisów honorowych.
— Cholera! — syknął Józef, rzucając się na krzesło.
— A widzisz! Dlatego radzę ci nie śpieszyć się, ale przypatrywać biegowi wypadków spokojnie. Czy ty, małe ziarneczko, połączysz się z Turzyńskimi, czy nie połączysz, oni proces przeprowadzą i, jeżeli jest do wygrania, wygrają na pewniaka.



XII.

Ukończywszy rozmowę z Józefem, Łoski chciał zabrać się do czytania. Ledwie jednak usiadł na fotelu i wyciągnął rękę po książkę, usłyszał dudnienie schodów i po chwili ujrzał Stasia, wpadającego do pokoju, niby koń wyścigowy. Młody Turzyński ubrany był w mundurek gimnazjalny. W oczach płonęły mu iskry, malinowe usta śmiały się; na czoło niezbyt wysokie opadł kosmyk blond włosów. Na powitanie głośno stuknął obcasem o obcas, uścisnął rękę Łoskiemu, a następnie Trawińskiemu, do którego zawołał, prędko dysząc:
— Jedź ze mną, Józiu! Ubawimy się jak na komedji.
— Gdzie on ma jechać? — odezwał się Łoski.
— Na kolej, po hrabiego Kajetanowicza, który przysłał depeszę. Mówię panu, osioł dziewięćdziesiątej szóstej próby! Pękniemy obaj ze śmiechu, bo ja umiem z nim gadać.
Józef stał na środku pokoju zakłopotany. Na obliczu Łoskiego ukazał się wyraz powagi.
— Mój Stasiu — rzekł — jak możesz w taki sposób odzywać się o panu Kajetanowiczu? Przecież to twój kuzyn.
— Osioł może być kuzynem arabskiego konia — odpowiedział Staś.
— Mój drogi — ciągnął surowo Łoski — odzwyczaj się od lekceważenia ludzi. Bo gdy się wprawisz, sam nie będziesz wiedział, kiedy wymknie ci się impertynencja i to wobec osoby interesowanej. A jeżeli urządzisz pana Kajetanowicza, co wyniknie? Twoja ciotka, pani prezesowa, bardzo wiele wagi przykłada do jego bytności tutaj...
Staś otrząsnął się.
— Bierz licho! — mruknął. — Gdybym musiał szanować każdego, kto nam pożycza pieniędzy, kłaniałbym się wszystkim Żydom, którzy przejeżdżają przez Klejnot. Machasz ze mną, Trawiński?...
— Ależ on nie zna hrabiego! nie może jechać! — odparł niecierpliwie Łoski.
— Naturalnie, że nie mogę — odezwał się Józef. — W każdym razie dziękuję ci za pamięć o mnie.
— To wezmę Andrzeja. Bądźcie panowie zdrowi! — zawołał Staś i równie prędko opuścił pokój, jak pierwej szedł do niego.
— Boże, cóżto za szaławiła! — westchnął Łoski i pogrążył się w czytaniu.
Deszcz ustał. Przed pałac zajechała kareta, powóz i furgon na rzeczy; po chwili z sieni głównej wybiegł Staś z Andrzejem Turzyńskim, lokaj zatrzasnął drzwiczki i niebawem wszystko zniknęło z dziedzińca.
Józef uczuł pustkę w pokoju i w sercu. Wyszedł na dół, okrążył sadzawkę i nieznacznie spoglądał w okna Zosi, upatrując bukietu. Ale i okna były puste. Chłopak posmutniał jeszcze bardziej i powlókł się do parku, pomimo błota w alejach i na bocznych dróżkach.
„Poco ja sobie głowę zawracam? — myślał zrozpaczony. — Co mnie do Turzyńskich, a szczególniej do panny Zofji?... Skończą się wakacje, wyjadę, a gdybyśmy i spotkali się kiedy, nie będzie nawet pamiętała, że rozmawialiśmy z sobą tak szczerze.“
Chodząc bez celu, ażeby tylko czas zabić, spostrzegł w kącie ustronnym, gdzie może nikt nie zaglądał, starą brzozę, ukrytą między świerkami. I nagle poczuł niepokonaną chęć napisania czy wyrysowania czegoś na białej korze drzewa. Wydobył scyzoryk i w pierwszej chwili chciał wyciąć wizerunek serca. Pomysł ten jednak wydał mu się dziecinnym, więc, zamiast rysować serce, postanowił napisać wyraz: Zosia. Wnet jednak zauważył, że może kto wypadkiem zabłądzić tutaj i przeczytać, co zapewne skompromitowałoby panienkę; ale ponieważ musiał koniecznie coś zrobić, więc ostrożnie, drobnem pismem greckiem, napisał: Sofia.
Lecz gdy zobaczył ten wyraz, przeraził się, ażeby nie odkryto jego uczuć. Więc tym samym scyzorykiem i prawie w tej samej chwili wyciął kawałek kory, ozdobionej drogiem imieniem, pogryzł go i — połknął!... Był tak zirytowany, jakgdyby popełnił zbrodnię.
Gdy po parogodzinnem wałęsaniu się opuszczał park i przechodził obok lewej oficyny, usłyszał pukanie w lufcik parterowego okna, w którem siedział Łoski i Radcewicz.
Trawiński wszedł niezbyt chętnie i zobaczył na stoliku, przykrytym serwetką, bardzo omszałą, pękatą butelkę, tudzież dwa malutkie kieliszki. Radcewicz przywitał go serdecznie i zajął się poszukiwaniem trzeciego kieliszka.
— Siadaj, kawalerze — mówił stary — skosztujesz miodu, którego zaledwie kilka butelek zostało po naszym praojcu, Noem. A nieboszczyk znał się na trunkach! Więc kończę, panie Łoski — prawił dalej. — Że ona lubi młodych chłopców, nie mam jej tego za złe; sam przecież wolałbym młode dziewczęta, aniżeli stare baby. Że podskubała Wodnickiego i Komorowską, to już znacznie gorzej, ale nie zrobiła tego i nie zrobiłaby tego — dla siebie. Tylko jej się zdaje, że dla uratowania Turzyńskich niema złej metody, niema grzechu.
Masz, kochany kawalerze, i skosztuj trunku, jakiego drugi raz możesz nie spotkać w życiu — zwrócił się Radcewicz do Józefa, stawiając przed nim malutki kieliszek i nalewając z pękatej butelki ciemno-wiśniowego płynu. — Żyj długo i szczęśliwie! — dodał, trącając się z nim.
— Za pańskie zdrowie! — odpowiedział Józef.
— Wracam tedy do pani D. — ciągnął Radcewicz, spoglądając na Łoskiego. — Wszystko jest w porządku: i ten piękny kleryk, o którym nawet służka zaczyna szeptać, i dwa tysiące Komorowskiej, z powodu których mogą być jeszcze duże nieprzyjemności. Ale co mi się wydaje nienormalne u prezesowej, to te ciągłe powtarzanie słówka: arystokracja! Z kim u djabła zadaje się ta kobieta? Przecie znam ją nie od dzisiaj i nigdy tego nie słyszałem. Arystokracja i arystokracja!... zupełnie jakby się wychowała gdzieś w garderobie i przypadkiem została panią kamerdynerową w domu arystokratycznym. Tfu!... A cóż, kawalerze, miód?... Tylko pij go po kropelce!...
— Prawda, że miód jakiś dziwny! — odparł Józef, uśmiechając się. — Po pierwszym łyku opuścił go smutek, który przez parę godzin chodził za nim po parku, a po drugiej kropli chłopak nawet poczuł wesołość. „Co mi tam Zosia!“ — pomyślał.
— O! — zawołał Radcewicz. — Już służba staje przed sienią. Pewnie nadjeżdżają. Więc i my pójdźmy witać hrabiego Kajetanowicza.
— Pocóż my mamy go witać? — odezwał się Józef uśmiechnięty.
Radcewicz zmarszczył brwi i ostro spojrzał na Trawińskiego.
— Ja, widzisz kawalerze, muszę go witać, gdyż jestem sługą, a ty zrobisz, jak zechcesz. Na twojem jednak miejscu stanąłbym między innymi, ażeby zobaczyć coś naprawdę ciekawego.
— Taki dziwak? — wtrącił Łoski.
— Dziwak to za mało!... Wreszcie zobaczy go pan profesor i sam oceni. Według mego widzenia rzeczy, to on albo jest skończony warjat, albo gra komedję, nie wiem w jakim celu. Czy w ten sposób chce zbadać ludzi, którzy go otaczają, czy lęka się zdrady, czy naśladuje nieboszczyka Władysława Turzyńskiego, który też wyprawiał awantury, choć nie w tym stopniu... No, naturalnie, że jadą — mówił Radcewicz, patrząc w okno. — Chodźmy, panowie, kto chętny.
Łoski, z miną bardzo zadowoloną, wziął kapelusz; naśladował go Józef, czując, że jest ogromnie kontent. Zdawało mu się, że w tej chwili mógłby Zosi śmiało spojrzeć w oczy i szepnąć: — Już wyleczyłem się z moich przywidzeń. Wezmę od Nieznanego osiemnaście tysięcy rubli i basta! — W chwilę jednak później projekt ten wydał mu się niesmaczny, a nawet bezwstydny.
Gdy we trzech wyszli na dziedziniec, deszcz wcale nie padał i drogi zaczęły podsychać; niebo jeszcze było okryte szaremi chmurami, ale, pod wpływem wiatru, tu i owdzie zaczął przeglądać błękit. Przed głównemi drzwiami pałacu zgromadziła się cała służba w liberji, lub w czarnych frakach.
— Cóż? — ostro zapytał Radcewicz.
— Pan hrabia już w alejach, a jaśnie państwo schodzą na dół — odpowiedział stary kamerdyner.
Jakoż od strony alei dolatywało trzaskanie batów, a na schodach słychać było szelest kroków i rozmowę kilku osób. Po chwili ukazała się Zosia z panną Klęską i Róża Turzyńska z panną Sobolewską. Za niemi, uroczystym krokiem, szła pani Dorohuska pod rękę z panem sędzią, a na końcu — Podolak, mizerny i zakłopotany. Józef pomyślał, niewiadomo z jakiej racji, że piękny kleryk, gdyby mógł, zakopałby się pod ziemię.
„Rozumiem go! — rzekł w sobie Trawiński. — Nie czuje ochoty do robienia owacyj, a biedak musi... Jakie to szczęście, że nie jestem stypendystą Turzyńskich!“
Pani Dorohuska zgóry spojrzała na kłaniającą się służbę, lekkim ruchem głowy odpowiedziała Radcewiczowi, nieco uśmiechnęła się do Łoskiego i jakby zamglone oczy przez dłuższą chwilę oparła na Trawińskim. Jednocześnie kareta, powóz i furgon pędem wjechały na dziedziniec i kareta zatrzymała się przed wjazdem. Dwu lokajów podbiegło, aby otworzyć drzwiczki, w których ukazała się dziwna figura. Był to człowiek lat około trzydziestu, z twarzą bladą, o rysach delikatnych, z małemi wąsikami i bródką hiszpańską. Ubrany w długie palto, na głowie miał czarny, miękki kapelusz, a na piersiach — koszyczek, za pomocą granatowej wstążki zawieszony na szyi. Gdy Józef przypatrzył się lepiej, spostrzegł, nie wierząc własnym oczom, że z koszyczka wygląda duży kłębek białej bawełny i cztery druty wnizane — oczywiście w pończochę...
Trawiński o mało nie roześmiał się głośno. Uśmiech jednak zastygnął mu na ustach, gdyż w tej chwili zdarzyła się rzecz niezwykła. Szare obłoki z lewej strony pałacu rozdarły się i potok słonecznego światła spłynął na ładną twarz, na skurczoną osobę hrabiego Kajetanowicza i na jego koszyczek z zaczętą pończochą.
— No, patrzcież! — zawołała pani Dorohuska, wskazując ręką na niebo i na gościa. — Czyliż to nie jest znak?...
— Nawet natura wita szanownego kuzyna w Klejnocie! — rzekł sędzia.
Tymczasem hrabia drobnym krokiem podbiegł do stojącej przed pałacem gromadki. Z namaszczeniem ucałował prześliczną rękę pani prezesowej, nadstawił oba policzki panu Turzyńskiemu i zawołał nieco piskliwym głosem:
— Jakżem szczęśliwy, że znowu widzę szanowną i kochaną kuzynkę!... Prawdziwie jestem zachwycony, że szanownego kuzyna zastaję w dobrem zdrowiu! A to kuzyneczka? — spytał zbliżając się do panny Klęskiej. — Niedawno żegnałem ją jako ładną panienkę, a dziś witam jako prześliczną pannę...
Mówiąc tak, w niedwuznaczny sposób zabierał się do ucałowania panny Pauliny.
Na twarz prezesowej uderzyły ognie. Szybko porwała za rękę hrabiego i zwracając go do zakłopotanej Zosi, rzekła:
— Oto Zosia Turzyńska... Kuzyn już jej nie pamięta?
— Ale gdzież tam! — odparł z najlepszą miną Kajetanowicz. I podając rękę Zosi, rzekł:
— Miło mi przypomnieć się kuzynce, którą tak niedawno pożegnałem jako młodą dziewczynkę, a dziś witam, jako śliczną panienkę.
— E... he... he!... — zarżał sędzia Turzyński. — No, to już chyba idźmy na górę.
Tymczasem Staś, wysiadłszy z powozu, wyprawiał bajeczne gęsta w kierunku Trawińskiego, który udawał, że nic nie widzi.
Z karety wysunął się przystojny brunet z szafirowemi oczyma i czarną brodą. Kajetanowicz widocznie przypomniał go sobie, gdyż odwrócił się, wyciągnął rękę i rzekł:
— Szanowna kuzynka pozwoli przedstawić...
— Ależ mam przyjemność znać doktora Płótnickiego!
— Szanowny kuzyn — ciągnął niezmieszany hrabia — pozwoli przedstawić sobie mego przyjaciela, doktora Płótnickiego.
— Już kiedyś miałem zaszczyt być przedstawiony panu sędziemu — odezwał się niskim basem doktór. Poczem obaj panowie podali sobie ręce.
— Proszę panów na górę, do ich pokojów — rzekł Turzyński. — Za pół godziny mamy obiad.
Kiedy goście zniknęli w ogromnej sieni pałacu, Józef wziął pod rękę Łoskiego i prowadząc go w stronę oficyny, szepnął:
— Panie, widział pan? Przecież on w tym koszyku ma pończochę z drutami. Więc on robi pończochę?...
— Mój drogi, co tobie to szkodzi? — odparł Łoski. — Czy wolałbyś, ażeby zamiast robić pończochę, robił plotki?
Józef nieco obraził się, ale nie było czasu na spory. Gdy weszli do mieszkania, trzeba było przebrać się na uroczysty obiad, a więc w czarne garnitury. Do pracy tej Łoski przystąpił z wielką powagą: kilkakrotnie oczyścił smoking, z kamizelki zdmuchnął każdy pyłek, ale najwięcej czasu poświęcił zawiązywaniu krawata. Wyginał się przy tem, uśmiechał, przymrużał oczy; lecz gdy Józef spojrzał na niego uważniej, nie mógł pohamować wybuchu wesołości; jego bowiem eksnauczyciel i przyjaciel, roztargniony, jak zwykle, krygował się przed ścianą, na której wcale nie było zwierciadła. Gdy go zaś chłopak ostrzegł, Łoski zawołał zdumiony:
— No i patrzaj!... Byłem pewny, że się przeglądam w lustrze...
Prędko poszli do pałacu, do sali jadalnej, gdzie Radcewicz dyrygował służbą, lecz gdzie pani Komorowskiej już nie było. Łoski wiedział, że wyjechała, lecz mimo to machinalnie zapytał kamerdynera:
— Cóżto, pani Komorowska nie zdrowa?
Nim zapytany zdążył odpowiedzieć, wielkie drzwi otworzyły się i ukazał się w nich hrabia Kajetanowicz, prowadzący panią Dorohuską, za nim doktór Płótnicki z panną Sobolewską, sędzia Turzyński z Zosią, Permski, Podolak i inni. Przy stole każdy gość zajął swoje miejsce, tylko między prezesową i Łoskim usiadł Kajetanowicz, a doktór Płótnicki zastąpił nieobecnego Pomorskiego.
Podolak, siedzący przy węższym końcu stołu, obok Stasia, odmówił modlitwę, którą obecni wysłuchali stojący. Hrabia był roztargniony, a gdy podano rosół, zapytał półgłosem swego lokaja, który stał za krzesłem:
— A nie wiesz, na czem rosół?
— Wołowina, cielęcina i drób, jaśnie panie — odpowiedział równie cicho służący.
Hrabia jakby wahał się; oczy jego błądziły po obecnych, wreszcie zatrzymały się na Płótnickim.
— Czy doktór sądzi, że mogę jeść ten rosół? — zapytał. — Bo w nim jest wołowina.
— Może hrabia, może! Na moją odpowiedzialność. Byłem w kuchni i wiem, że cały obiad jest arcyhigjeniczny — odrzekł z powagą lekarz.
— Ja go dysponowałam, kuzynie! — wtrąciła z lubym uśmiechem prezesowa.
Kajetanowicz zjadł kilka łyżek, lecz nagle przestał. Spostrzegłszy zaś, że obecni przypatrują mu się z pod oka, rzekł:
— To bardzo pięknie, że u kuzynki spożywanie darów bożych zaczyna się od modlitwy. W czasach, kiedy masonerja tak mocno podnosi głowę...
— Turzyńscy zawsze z Bogiem! — przerwała Dorohuska.
Hrabia zatarł ręce.
— Prześliczny aforyzm! — zawołał. — Kuzynka pozwoli, że go zanotujemy... Prawda, doktorze?... Powiemy w taki sposób: Kajetanowicze i Dorohuscy zawsze z Bogiem...
— I Turzyńscy — dodała prezesowa.
— I Turzyńscy! — potwierdził hrabia. — O tak... i Turzyńscy... Pan doktór zapamięta?
— Z pewnością! — odrzekł lekarz, ocierając serwetą brodę.
Rumiana i blada naprzemian pani Dorohuska siedziała na krześle, jakgdyby, zamiast aksamitem, było obite skórą jeża. Wreszcie, chcąc za wszelką cenę pobudzić innych do rozmowy, zwróciła się do Permskiego:
— Pan profesor codzień odbywa swoje zajmujące spacery?
— Kanieczno! — odpowiedział, wsadzając w zęby wykałaczkę. — Ja, bodaj że najlepiej ze wszystkich państwa, poznałem tutejsze okolice.
— Pan profesor zajmuje się etnografją... chciałam powiedzieć: archeologją?
— Przeważnie fołkłoristiką — odparł Permski.
— Folklorystyką! — półgłosem wtrącił Łoski.
— Folklorystyka?... folklorystyka? — powtarzał Kajetanowicz, trzymając nóż i widelec nad kawałkiem rozgotowanego kurczęcia. — Folklorystyka?... my to gdzieś mamy zapisane... Prawda, doktorze?
— Hrabia ma nawet bardzo ładną bibljoteczkę folklorystyczną — odpowiedział spokojnie Płótnicki, już oswojony z odezwaniami się swego pacjenta.
— Pryh! — parsknął Staś i zerwał się od stołu. — Aha!... a-ha!...
Wybiegł, a za nim Łoski i doktór. Wkrótce jednak wrócili obaj: doktór obojętny, Łoski jakgdyby tańczył menueta.
— Cóż mu się stało? — zapytała fioletowa na twarzy pani Dorohuska.
— Udławił się małą kosteczką, ale usunęliśmy ją — odpowiedział doktór, biorąc się na nowo do sztuki mięsa.
— I poszedł do siebie odpocząć — dodał Łoski.
Strapiony Turzyński na jednego i drugiego spojrzał z wdzięcznością. Permski dłubał w zębach i patrząc w sufit, westchnął, co jeszcze bardziej przygnębiło panią Dorohuską. Ażeby znowu nie odezwał się z czems niefortunnem, prezesowa atakowała go w dalszym ciągu:
— I dziś był pan profesor na spacerze, pomimo niepogody? Ale zapewne gdzieś niedaleko?
— Nie całkiem blisko, bo w Turzycach — odrzekł Permski.
Piorun, uderzający w środek stołu, nie zrobiłby większego wrażenia: Radcewicz stanął jak posąg przy kredensie, sędzia spuścił głowę, pani Dorohuskiej ręce opadły. A tymczasem Permski mówił dalej:
— Majątek piękny, wielkie bogactwa, a ten pan Nieznany ostro gospodaruje. Zbudował gorzelnię i cegielnię, a teraz myśli o cukrowni i z okolicznymi obywatelami umawia się o uprawę buraków.
— Pan Nieznany?... pan Nieznany?... Czy to nie plenipotent kuzyna? — zapytał nagle Kajetanowicz, zwracając się do Turzyńskiego.
— Właśnie dziś przypomnimy kuzynowi, kim jest pan Nieznany — przerwała Dorohuska.
— I dla służby wspaniałe mieszkania pobudował — ciągnął dalej Permski. — Każde dwie rodziny mieszczą się w osobnym domku, a przy każdym domku są dwa ogródki.
— Musimy to zobaczyć!... prawda, kuzynko? — przerwał Kajetanowicz. — Doktór wciąż trapi mnie, ażebym dla mojej służby powznosił domki. Trzeba się przekonać, jak to wygląda w rzeczywistości. Musimy tam koniecznie pojechać. Prawda, kuzynko? A nawet pojedziemy wszyscy, jak tu jesteśmy. Będziemy mieli ładny spacer. Prawda, kuzynie?
— Musimy jednak zaczekać na pogodę — wtrąciła Dorohuska.
— Prawda! prawda! — mówił hrabia. — Przecież tam spoczywa w grobach wojewoda Joachim Kajetanowicz i biskup Marcin Kajetanowicz... Doskonale znam historję trzech naszych rodów: Kajetanowiczów, Dorohuskich i Turzyńskich. O! musimy tam pojechać i to jak najprędzej.
W oczach pani Dorohuskiej błysnęła jakaś myśl; twarz jej straciła fioletowy odcień. Dama nagle wyprostowała się i rzekła stanowczym głosem:
— Owszem, pojedziemy tam! Pomysł hrabiego jest znakomity. My powinniśmy tam pojechać. Turzyńscy muszą tam pojechać i choćby tylko powierzchownie obejrzeć, co się dzieje z ich majątkiem. Bóg zesłał kuzyna — mówiła, zwracając się do Kajetanowicza. — Nie napróżno rozsunęły się chmury i słońce oświetliło cię, kiedyś tu stanął przed pałacem... To był znak, tylko nie wszyscy poznaliśmy się na nim!
Mówiła podniecona, nieledwie triumfująca. Mimo to rozmowa nie ożywiła się już do końca obiadu, który zeszedł nieprzyjemnie.
Gdy podano czarną kawę, hrabia rzekł:
— Ja kawy nie pijam i wogóle trunków; pozwolą więc państwo, że wezmę się do mojej własnej rozrywki... Karolu, przynieś koszyczek! — zwrócił się do swego lokaja.
Służący wybiegł, po paru minutach wrócił i podał koszyk, który hrabia otworzył, wydobył kłębek, druty i z wielką wprawą zaczął robić pończochę.



XIII.

Po obiedzie doktór Płótnicki zaproponował Łoskiemu i Józefowi spacer do parku; kleryk Podolak i Permski oświadczyli, że w ciągu kilku minut dogonią ich. Drogi już wyschły, niebo wypogodziło się, a drzewa, na których jeszcze wisiały krople deszczu, w blaskach zniżającego się słońca wyglądały jakby zasypane brylantami.
— Kto to jest panna Sobolewska? — zapytał doktór Łoskiego, wydobywając z kieszeni elegancką, skórzaną papierośnicę, aby towarzyszów swoich poczęstować cygarami. Gdy zaś Józef i Łoski podziękowali, doktór nie wydał się zmartwionym.
— Któż to jest panna Sobolewska? — powtórzył.
Łoski zatchnął się. Pobladł, poczerwieniał, lecz po chwili, opanowawszy się, odparł:
— Jak doktór widzi, jest to nauczycielka, bardzo zdolna. Przedewszystkiem jednak jest to osoba tak dobra, rozumna, energiczna, zacna, taka poprostu czcigodna, że dotychczas spotkałem jedną tylko do niej podobną... właśnie matkę Józefa Trawińskiego.
Doktór uśmiechnął się, zlekka zarumienił i powoli wydobywając cygaro, rzekł:
— Tyle przymiotów! Dlaczegóż nie oświadcza się jej profesor?
Łoski pokiwał głową.
— Myśli pan, że nie zrobiłbym tego?... Alboż ja nie rozumiem, że człowiek, którego panna Sobolewska raczyłaby przyjąć za męża, byłby najszczęśliwszy?
— Więc? — wtrącił niecierpliwie lekarz.
— Więc... że nie mogę tego zrobić i nigdy nie zrobię — mówił bardzo blady Łoski. — Jestem dla niej za brzydki, za ubogi, a przytem nie tęgiego zdrowia. Ale gdybym naprzykład miał majątek Kajetanowicza, przysięgam na honor, dałbym jej parękroć z prośbą, aby zużytkowała te pieniądze w sposób, jaki uzna za właściwy. I jestem pewny, że pieniądze te przyniosłyby największy pożytek dla kraju. Taka to jest osoba.
Józef nigdy nie widział Łoskiego tak wzruszonym, a nawet rozdrażnionym. Zrozumiał też, co zresztą nie było trudne, że Łoski jest bardzo przywiązany do panny Sobolewskiej.
„A mimo to chwali ją, jakby chciał podniecić doktora do zakochania się w pannie Krystynie! Cóżto za dziwny człowiek“ — myślał Józef.
Płótnicki obracał w palcach cygaro, wydobył z kieszeni maszynkę, obciął je i rzekł powoli:
— Dał mi pan dużo do myślenia. Kobieta z takiemi, jak pan wyliczył, zaletami nie potrzebuje mieć posagu. Sama jest skarbem.
— Wyższym nad wszelką wartość... bezcennym — dodał Łoski.
— Pany!... pany! — wołał za nimi Permski, biegnąc w towarzystwie Podolaka.
— Co to za facet? — spytał Łoskiego doktór, spoglądając ku Permskiemu w znaczący sposób.
— Zaraz go pan sam pozna. On się odrazu rekomenduje szczerze.
— I to zaleta!
Permski zadyszany przypadł do nich i począł mówić bez wstępu:
— Wyobrażajcie się, panowie, nie wyobrażajcie, jak ugodno, ale już ta wasza polska arystokracja spada niżej wszelkiego poziomu... Pyszałki, próżniaki, kartiożniki, Bóg z nimi! Ale już takimi idjotami być nie wolno!
Doktór spokojnie kręcił cygaro, Łoski odparł:
— To niby, waszem zdaniem, kolego Dymitrze, cała arystokracja polska składa się z idjotów?
— Kanieczno tak!... Widzieliśmy wszyscy dziś przy obiedzie...
— I to mówi kandydat na doktora filozofji! — ciągnął Łoski. — Przepraszam, ale ja nie dopuściłbym was do egzaminu z logiki.
— Ciekawość dlaczego? — odpowiedział, nie obrażając się Permski.
— Cobyście też powiedzieli, gdybym wam sformułował taki sąd: Ponieważ wół i koza, zwierzęta przeżuwające, mają rogi, więc — wszystkie przeżuwające mają rogi. A tymczasem są liczne wyjątki, gdyż wielbłąd, owca, lama także są przeżuwającemi, ale rogów nie mają.
— Tak i cóż?
— Analogja bardzo jasna — mówił Łoski. — Do zakresu pojęcia: arystokracja polska, wchodzi co najmniej kilkaset indywiduów; więc gdyby między nimi trafiło się nawet kilku idjotów, jeszcze nie można tej cechy rozciągać na wszystkich. Kolega popełniłeś gruby błąd.
— A skąd wy wiecie, że ony nie wszystkie są idjotami? — zapytał Permski. — Czyny ich pokazują, że to indywidua zdegenerowane.
Doktór z wielką uwagą przylepiał językiem odklejający się liść cygara.
— Wiem — mówił Łoski — ponieważ czytam o nich, słyszę, kilkunastu widziałem... W Galicji i Poznańskiem arystokraci bywają posłami do parlamentu, w Galicji bywają starostami, namiestnikami, ministrami, profesorami i — jakoś nieźle wywiązują się ze swych obowiązków. Wśród tych, których znałem osobiście, jako guwerner, nie spotkałem ani jednego idjoty. Przeciwnie, wszystko to ludzie zdrowi, silni, nawet piękni.
— A co ony robią? — wtrącił Permski.
Łoski zawahał się.
— Rzeczywiście robią niewiele, bardzo niewiele, bo też i pola nie mają do pracy — mówił Łoski. — Pamiętajcie, kolego, że w każdem społeczeństwie arystokracja to klasa rządząca; jeżeli więc nie dopuszczają jej do rządów...
— Prawda! Ale mogliby coś czynić dla swego narodu w zakresie działań ekonomicznych, choćby coś dla rolnictwa...
— I na to mam odpowiedź. Przed dwoma laty jeden z naszych hrabiów, będąc w Petersburgu u swego eks-kolegi ministra, rzekł mu odniechcenia: — Moglibyście też zatwierdzić nam jakieś towarzystwo rolnicze. — A na to obrażony minister odpowiedział: — Jak ty, hrabio, możesz nawet marzyć, ażebyście kiedy dostali towarzystwo rolnicze?...
A więc nie wolno nam zajmować się szkołami, naturalnie swojemi, nie wolno zakładać ochron, czytelni, nawet nie wolno lepiej gospodarować. Więc pytam się: co w takich warunkach pozostaje do robienia arystokracji?
— To nie argument! — odezwał się Permski. — A Żydom co wolno? Także nic. Mimo to, Żydzi mają mnóstwo, ale to mnóstwo spółek ekonomicznych, filantropijnych, religijnych, oświatowych, mają swoje sądy, nawet odbywają narady. A gdy potrzeba spełnić jakiś czyn zbiorowy, współdziałają wszyscy: pieniędzmi, radą, stosunkami, wywiadywaniem się. Dlaczegoż wy tak nie robicie? Bo wam nie wolno? Nie! Bo wam się nie chce, a szczególniej waszym ludziom bogatym, którzy starają się naśladować arystokrację, leniwą i nie dbającą o własny naród.
Polityka i polityka — ciągnął Permski. — A kto jeszcze wie, czy dla was nie lepiej, że nie zajmujecie się dzisiejszą polityką?
— Chyba gorzej, chcieliście powiedzieć — wtrącił Łoski.
— Gorzej?... Nu, a pan Łoski myśli, że co to jest polityka?
— Wróble o tem śpiewają! Polityka jest to rządzenie społeczeństwem, pilnowanie go, kierowanie niem w taki sposób, ażeby było szczęśliwe i mogło się rozwijać.
— Cha! cha! cha! — roześmiał się Permski. — Brzuch mnie boli, kiedy słyszę mądrego człowieka, który opowiada takie bajdy.
Czuć było w śmiechu złość i szyderstwo. Doktór ze zdziwieniem spojrzał na Permskiego, Podolak trącił w ramię Józefa. Łoski był zakłopotany, wreszcie odezwał się łagodnym tonem:
— Nie rozumiem was, kolego. Nie przypuszczacie chyba, ażebym mówił o kwestji, której nie znam absolutnie. Coś czytało się o tem i owem. Powtarzam: polityka, jako nauka, zajmuje się życiem społeczeństw, zaś jako sztuka kieruje życiem społecznem w celu osiągnięcia największego dobra zarówno przez społeczeństwo, jak i przez jego członków. Wreszcie stara się utrzymać równowagę między życiem indywidualnem i zbiorowem.
Permski schwycił go za rękę i ciągle śmiejąc się, przerwał:
— Pamiłuj pan Łoskij! Ja przecie wiem, że pan uczony i może więcej czytał, aniżeli ja. Z pewnością więcej... No, pomnij pan Łoskij, że polityka prowadzi się w języku francuskim, w którym pisze się inaczej, aniżeli czyta.
Pan masz prawdę, że w książkach o polityce mówi się o szczęściu narodów i jednostek; ale teraz ja powiem, jak to należy czytać.
Pan wie o tem, że w czasach przedhistorycznych, dajmy, w epoce krzemienia łupanego, były ludzkie jatki, żywiono się, jak dziś wołowiną albo wieprzowiną, tak wówczas mięsem jeńców wojennych. Później, po upływie tysięcy lat, kiedy przekonano się, że praca ludzka daje większe korzyści, aniżeli mięso ludzkie, zwycięzcy przestali zjadać zwyciężonych, lecz zamieniali ich na niewolników, wyzyskiwali ich, jak my dziś woły, owce, konie. W każdym zaś wypadku, czy zjadano zwyciężonego, czy obracano w niewolnika, w każdym razie zabierano mu wszystko, co należało do niego i miało wartość. Zabierano przy okazji i od jego sąsiadów, ale ktoby na takie głupstwa zważał!
— Nie rozumiem — wtrącił Łoski.
— Zaraz pan zrozumie — ciągnął Permski. — Więc powtarzam: w pierwotnych stosunkach ludzkich zwycięski sąsiad zjadał zwyciężonych sąsiadów, robił ich niewolnikami, a w każdym razie ograbiał ich do ostatniej skorupki, do ostatniego kawałka skóry, nie mówiąc o zbożu i bydle. Wszystko to zaś nazywało się: „zrobić dobry interes po sąsiedzku.“
A teraz pan łatwo zrozumie, co to jest polityka nie książkowa, ale praktyczna. Jest to szereg operacyj umysłowych i pięściowych, szereg oszustw i rozbojów, mających na celu zwyciężyć już nie pojedynczego sąsiada, ale cały sąsiedzki naród. Gdy się go zaś zwycięży, wówczas naprzód — ograbia się go na wszelki sposób, potem — robi się z niego niewolnika, a nareszcie — zjada go się, niby wieprzowinę, albo wołowinę. I ta jest tylko różnica między zwyciężonym narodem a zwyciężonym kiedy to człowiekiem, że człowieka zjadało się dopiero po jego śmierci, bo nawet religja zabraniała jeść żywe stworzenie, ale naród zjada się za życia, po kawałku, krając go z różnych stron i przypiekając na rozmaite sposoby. I to się nazywa dobrą polityką zagraniczną. Niedawny jej przykład widzielim w czasie wojny prusko-francuskiej i po wojnie. Oderżnęło się żywej Francji kawał żywego jej mięsa, a teraz ubija się to mięso, zapieka i gryzie potrochu. Pan Łoski krzywi się, a?...
— Plastycznie wykłada pan swój pogląd na politykę — odparł Łoski.
Podolak na znak potwierdzenia skinął głową. Józef słuchał.
— Więc teraz panu Łoskiemu plastycznie powiem, co to jest polityka wewnętrzna. W polityce wewnętrznej, sachrani Boh! nie zjada się ludzi i nie robi niewolnikami, nawet nie wolno ich ograbiać ze wszystkiego. Natomiast po pierwsze — oszukuje się ich na wadze, jakości i cenie towaru, po drugie — za pracę ludzką płaci się tak mało, ażeby pracownik był zawsze zależny od patrona; po trzecie — zapomocą oszustw handlowych i niskich zarobków pewna klasa obywateli karmi się krwią i potem innej klasy obywateli. Słowem, silniejszy obywatel siada sobie na piersiach czy na karku słabszego obywatela i wysysa go jak pijawka szkapę. Teraz pan Łoski wie, co to jest polityka? i co znaczy frazes, że ona kieruje życiem społecznem w celu osiągnięcia największego dobra, zarówno przez społeczeństwo, jak i przez jego członków, a?...
Słuchając tego, Józef poczuł głęboki dreszcz. Łoski jakby zmizerniał w ciągu kilku minut, wreszcie odezwał się:
— Czy nie przesadza pan?
Doktór, wciąż paląc swoje wielkie cygaro, potrząsnął głową.
— Zdaje się, że nie przesadza, przynajmniej w ogólnych zarysach — rzekł półgłosem.
— Czy i teraz pan Łoski żałuje, że waszą arystokrację odsunęli od polityki? — zapytał Permski. — Byłaby jeszcze gorsza, niż jest!
— Może nasza arystokracja robiłaby lepszą politykę — wtrącił Łoski.
— Lepszą? — pochwycił Permski. — Gdyby ona miała lepsze instynkta, to przecież, widząc niedolę mniej zasobnych ziomków, niedolę całego społeczeństwa, starałaby się im ulżyć. Przecie wasza arystokracja ma w swoich rękach miljony... setki miljonów rubli! Tak, tak, pan Łoskij: setki miljonów rubli!... Mając zaś taki oręż, możnaby przecie coś zrobić, choćby pomóc narodowi, ażeby zdobył wyższy stopień dobrobytu, zapomocą lepszego rolnictwa, przemysłu, handlu. A jakże ona dziś postępuje?... Swoje zboże sprzedaje Żydam, swoje lasy — Żydam, swoją wołnę — Żydam, swoje mleko, ryby i owoce — Żydam. A niedość, że Żydy na tem wszystkiem mocno zarabiają, tyją powiem!... jeszcze wasza arystokracja pożycza im swoje pieniądze, właśnie na te interesa handlowe...
— A wasza arystokracja? — wtrącił Łoski.
— Pod wieloma względami podobna ona do waszej — mówił Permski — ale już ze Żydami nie łączy się przeciw swoim! Prawda, nasza arystokracja zdrowo łupiła chłopów, sprzedawała ich, jeżeli dorobili się czego, kazała sobie dużo, dużo płacić; ale jednak wyhodowała rosyjski stan mieszczański. A wasza etawo nie zdiełała!
— Więc cóż robić? — zawołał nagle Trawiński, któremu ręce zaczęły drżeć.
— A co robi się, jeżeli kto choruje na raka? — zapytał Permski.
— Nie rozumiem?
— Wyrezat’! — spokojnie odparł Permski. A po chwili dodał:
Jeżeli dobrowolnie nie wyrzekną się swoich majątków, z których tak niegodziwy robią użytek.
— Nie jest to ani łatwe, ani celowe — wtrącił doktór.
— Pan to mówi? — zdziwił się Permski.
— Ja! — odparł doktór.
— Nu, a w Paryżu był pan takim przyjacielem Michajłowa?
— Pan zna Michajłowa? — zapytał Płótnicki, zatrzymując się w alei.
— Ja nikogo nie znam! — odpowiedział oschle Permski. — Nu — dodał — ale ja muszę pożegnać się z wami.
Uchylił kapelusza i zawrócił w stronę pałacu.
— Oryginalnego nauczyciela ma pan Turzyński w swoim domu! — rzekł doktór, kiwając głową.
— Zdaje mi się jednak, że, w gruncie rzeczy, nie jest on taki krwiożerczy — odparł Łoski. — Ciekawym, kto to jest ów Michajłow, bo już o nim słyszałem wielkie pochwały od Permskiego.
— Michajłow — odpowiedział Płótnicki — tylko zachowajcie to panowie przy sobie, za moich czasów, w Paryżu, był gwałtownym rewolucjonistą i, pomimo ubóstwa, człowiekiem nieskazitelnym, bardzo, bardzo uczciwym. Niewielu mógłbym wyliczyć ludzi równie jak on prawych i subtelnych.
— Jakoś nie śpieszy się doktór z wypowiedzeniem drugiej części — rzekł Łoski.
— Ma pan słuszność, że jest i druga część. Mianowicie mówią o nim... podejrzewają, zapewne niesłusznie, że jakoby... ma on związki z policją. Poprostu nie chce mi się w to wierzyć... Phi! jak tu ładnie... Nawet nie wiedziałem, że macie rzekę za parkiem. I czółna?
— Ten Michajłow coś wygląda na Wallenroda? — rzekł zamyślony Łoski.
— Może. W każdym razie ja już przestałem ich rozumieć — odparł doktór.
— Ale jaka siła w tych ludziach! — wtrącił Józef, rumieniąc się.
— Niedawno — rzekł Łoski — powiedział mi pan Dymitr, że Polacy to tylko poeci i aktorzy, wyliczając przy tem nazwiska: Mickiewicz, Słowacki, Krasiński, Żółkowski i Modrzejewska. O innych naszych wartościach jakby nie wiedział.
— Bo też owych innych już nam zaczyna brakować — szepnął doktór. Potem, zamyślony, przypatrywał się okolicy.
— To jak się ta rzeczułka nazywa, jak? — zapytał.
— Kręta — odpowiedział kleryk. — Jest dosyć głęboka i ma dużo ryb.
— Woda bieżąca — mówił doktór jakby do siebie — za nią łączka, bardzo ładna, za łączką las, oczywiście liściasty...
— Lipy i topole — wtrącił Łoski.
— Dalej wzgórza. Czy mają jakie nazwisko?
— Łyse — rzekł Podolak. — Ale one nie są łyse, owszem, bardzo ładnie zarośnięte, a w jesieni czerwienią się od berberysu.
— A na wzgórzu, cóżto? Jakaś ruina? — pytał doktór.
— Pyszna ruina! — wtrącił Łoski. — Niegdyś zamek Firlejów.
— Jedno z drugiem niby nic, a jakie to piękne! — mówił doktór.
— Szczególna rzecz z temi krajobrazami i wogóle z naturą — odpowiedział Łoski.
— Z jakiej racji choćby ten oto zakątek budzi w człowieku dziwne uczucia: spokoju, przywiązania, tęsknoty. Bo naprzykład nastrój wobec ruin umiem sobie wytłomaczyć, niby znam jego powody. Gdy patrzę na ruinę, naprzykład zamku, widzę tłumy rycerstwa, służby, pięknych kobiet; słyszę zgiełk, śmiechy, muzykę, słowem — widzę niby cień życia, które już zamarło i — z tej racji ogarnia mnie żal. Ale dlaczego obraz łąki albo lasu tak potężnie oddziaływa na człowieka? Czy może ja już kiedyś żyłem na świecie i oglądałem te krajobrazy; a że dziś wśród nich niema moich ówczesnych towarzyszów, więc ogarnia mnie nie dająca się wypowiedzieć tęsknota.
— Niechrześcijański pogląd! — wtrącił kleryk. — Przecie można znaleźć na podstawie religijnej daleko prostsze wyjaśnienie naszych uczuć wobec natury. W naturze czujemy dzieło ręki Boga, czujemy bliskość naszego Ojca, więc podziwiamy i radujemy się, a jednocześnie tęsknimy, nie mogąc dopatrzeć Go własnemi oczyma i przypaść do Jego stóp.
— Może i to — rzekł Łoski.
— A najpewniej coś innego — odezwał się doktór. — Ponieważ całe szeregi naszych przodków, setki, tysiące ich, spędzało życie wśród natury, więc w naszym mózgu na mocy dziedziczności pozostały bezświadome wspomnienia owych czasów i doświadczeń, niby klawisze, niby naciągnięte struny. Piękny, czy zresztą jakikolwiek krajobraz dotyka tych strun, porusza je i otóż odzywają się dawno zgasłe przywiązania, radości, czasem niebezpieczeństwa, słowem — cała mieszanina uczuć niejasnych a miłych. I one to stanowią czar widoków natury.
— W podobny sposób mógłbym sobie wytłomaczyć analogiczne uczucia wobec ruin — wtrącił Łoski.
— Przodkowie pańscy mieszkali w zamkach? — wtrącił doktór z odcieniem lekkiej ironji.
— Przypuszczam — odparł Łoski — że moi przodkowie bywali w zamkach, czasem jako żołnierze, czasem jako stróże, psiarczyki i koniowody. No i posieli w mojej duszy wspomnienia, z których rodzi się żal i tęsknota.
— Profesor ostro odpowiada! — rzekł doktór, przypatrując się Łoskiemu.
— Cóż tu ostrego? Moi przodkowie nie byli nietylko wojewodami, albo kasztelanami, ale nawet szlachtą, w jakiż więc inny sposób mógłbym odziedziczyć wspomnienia, które nazwijmy... archeologicznemi. Ja kocham te stare zamki, podziwiam ruiny...
— Tylko nie ruiny ludzkie! — szepnął Józef.
— Gdzież ty je widzisz? — zapytał Łoski.
— A hrabia Kajetanowicz?... a jego pończochy? — odparł, mocno rumieniąc się, Józef.
Ponieważ doktorowi od kilku chwil zgasło cygaro, więc zapalił je na nowo przy pomocy jakiejś bardzo eleganckiej i dowcipnej zapalniczki.
— Ludzie — rzekł — zupełnie fałszywie sądzą Kajetanowicza, do czego zresztą, nie myślę przeczyć, on sam dostarcza najobfitszych materjałów.
— Okaz zwyrodnienia! — szepnął Józef.
— Przepraszam... ale co pan nazywa zwyrodnieniem? — nagle zapytał doktór. A nie mogąc doczekać się odpowiedzi, mówił dalej:
— Rodzice pana Kajetanowicza, a nawet dziadkowie, byli zdrowi i normalni. On sam, jako dziecko, odznaczał się wesołością, zdolnościami i nadmiarem sił. Lecz około dwunastego roku życia dostał szkarlatyny, tak silnej, że blisko przez rok czasu musiał być wożony i nie mówił. Naturalnie wytransportowano go do Włoch, gdzie po kilku latach przyszedł do siebie, aczkolwiek pierwotnych sił nie odzyskał i został neurastenikiem.
— Biedaczysko! — wtrącił Łoski.
— Widzi pan. Dzięki jednak tej neurastenji i pieniądzom, hrabia może pozwolić sobie na zbytek, zwany domowym lekarzem, którym ja jestem. Gdyby jednak miał rozumną żonę, albo kogoś życzliwego z rodziny, jestem pewien, że obeszłoby się bez lekarza.
— Jednak władze umysłowe hrabiego... — cicho odezwał się Podolak.
— Otóż to! — przerwał mu doktór. — Oświadczam więc panom, że władze umysłowe Kajetanowicza znajdują się w zupełnym porządku. Jestem przy nim od dwu lat, wiem, że może i chcianoby go zrobić niepoczytalnym, ze względu na ogromny majątek, lecz nigdy nie spostrzegłem, ażeby choć na chwilę utracił zdolność myślenia. Co więcej, pan Kajetanowicz zna dobrze języki: niemiecki i angielski, a francuski tak drobiazgowo, że mógłby go wykładać. Prócz tego wcale nieźle gra na fortepianie, ale to wcale nieźle! i poza tem wszystkiem jeszcze — maluje. Między innemi, do kościoła w swojej parafji wymalował trzy obrazy bardzo przyzwoite.
Doktór chwilę namyślił się i mówił dalej:
— Nieszczęściem Kajetanowicza jest jego duży majątek, którym ci i owi radziby się podzielić. Gdyby go jednak nie miał, wówczas musiałby się wziąć do roboty i zapewne utrzymałby się jako nauczyciel francuskiego, jako malarz religijny, powiedzmy: trzeciorzędny, ale zawsze jakiś, i — w ostateczności — mógłby zarabiać jako fortepianista choćby... po knajpach.
— Zawszeć jednak coś tam jest — rzekł Łoski.
— Są niewątpliwie dziwactwa — mówił doktór — pochodzące trochę z rozpieszczonego wychowania, trochę z lekceważenia ludzi, może z jakiegoś planu... Czy ja wiem?
— A pończocha? — wtrącił Józef, znowu rumieniąc się po uszy.
— Co tobie przeszkadza ta pończocha! — zgromił go Łoski.
Doktór uśmiechnął się.
— Ta pończocha, zdaje się, że jest rezultatem zakładu. Hrabia założył się, bodaj czy nie z jakąś damą, że przez cały rok, publicznie, będzie robił pończochę. Ale o wysokości stawki nie potrafię panów objaśnić.
— Że jednak nie żartują sobie z niego, to mnie dziwi — odezwał się Łoski.
— Niechby kto spróbował! — rzekł doktór. — Kajetanowicz nieźle strzela, fechtuje się i potrafi zrobić awanturę.
Muszę dodać, że jest to człowiek dość ofiarny. Jużci nie odda żebrakowi połowy swojego płaszcza, ale skąpy nie jest, gdy chodzi o dobre cele.
— A możeby on dał z kilka rubli na naszego Antka? — rzekł, słodziutko uśmiechając się, Łoski.
— Cóżto za Antek? — spytał doktór.
— Bardzo zdolny chłopiec stajenny, który postanowił zostać nauczycielem ludowym, a nawet... lekarzem! — odpowiedział Łoski.
— Oho? — zdziwił się doktór. — Skądże te projekty?... Co on umie?
— Nie wiem — odparł Łoski — czy uwierzy mi pan, że Antek jest przygotowany do egzaminu w zakresie czterech klas. Dlatego postanowiłem wziąć go do Warszawy, gdzie, przy pomocy boskiej, może znajdę jakich łaskawych opiekunów, może nawet wyrobię mu jakieś małe stypendjum.
— Wszystko to dobre, ale kto go przygotował w granicach tych czterech klas? — pytał doktór.
— Nauczycielki panny Zofji Turzyńskiej, a najwięcej — panna Sobolewska.
— Panna Sobolewska? — powtórzył, zamyślając się Płótnicki. — Ten chłopak ma silną protekcję! Ale czy pan jest pewny, że on zda egzamin?
— Dziś egzamin należy do sztuk łamanych — mówił Łoski — więc pewnym nikt być nie może. Zaręczam jednak, że chłopiec ten jest wyjątkowo dobrze przygotowany.
— Hum!... hum!... — Płótnicki kręcił głową. — Może być, że znajdziemy dla niego kilka rubli. Nie przejechalibyście się panowie czółnem?
— Z największą chęcią! — zawołał Józef, patrząc na doktora roześmianemi oczyma.
W tej chwili Podolak spojrzał na Łoskiego i znacząco poruszył głową.
— Ja muszę listy pisać, więc pożegnam panów — rzekł Łoski.
— I ja! — szybko dodał kleryk, uchylając kapelusza.
Gdy obaj znikli między drzewami, doktór powoli zaczął schodzić ku rzece, mrucząc:
— Interesy... interesy duchowne!... A pan jakie ma zamiary na przyszłość? — zwrócił się nagle do Józefa. — Pan jest stypendystą Turzyńskich?
— Ja? — wykrzyknął zdumiony chłopak, uderzając się w piersi. — Ani przez jedną chwilę nie byłem stypendystą niczyim, a tem mniej państwa Turzyńskich.
— Tak słyszałem od pani Dorohuskiej. Widocznie prezesowa jest źle poinformowana. Na jakiż wydział chce pan wstąpić?
— Rozumie się, że na medycynę! — odpowiedział Józef tonem bardzo stanowczym.
Płótnicki zatrzymał się i spojrzał na Józefa jakby lekceważąco. Powoli jednak wyraz jego twarzy stał się życzliwszym; widać piękne czoło Józefa, rozumne oczy i wydatna broda zrobiły wrażenie na lekarzu.
— Na medycynę? — powtórzył. — W takim razie jesteśmy koledzy. Czy mogę jednak zapytać: jakie pobudki skłaniają szanownego kolegę do wybrania fachu, który nie należy ani do łatwych, ani do przyjemnych?
— Ojciec mój był lekarzem...
— Ach, tak?... Jeden więcej powód, ażeby nie wybierać medycyny. Niezabawna to gałąź wiedzy! — mówił doktór, zbliżając się do rzeki.
— Trochę liznąłem jej — mówił z uśmiechem Józef. — Czytam anatomję, fizjologję...
— Proszę?... Jeżeli kolega zechce, to pogadamy kiedy o tych rzeczach. A o prosektorjum wiemy coś?...
— Byłem w tym roku parę razy w prosektorjum.
— No i zemdliło, prawda?
— Zapachy nie są tam ładne — mówił Józef — i widoki też. Za drugą bytnością zobaczyłem na stole prosekcyjnym okropnie pocięte zwłoki ludzkie, wszystko pooddzielane: nogi, ręce, tułów, głowa!... W pierwszej chwili struchlałem, alem pokonał się i brałem do rąk pokolei każdą część ciała. Nawet dotknąłem serca w otwartej klatce piersiowej. Najgorzej jednak było z głową. Jej niedomknięte oczy patrzyły na mnie... brrr!...
— Zuch kolega!... O!... ależ to czółno jest pełne wody?
— Musi być gdzieś szufelka, to nią wodę wyleję — rzekł Józef, zaglądając pod ławkę.
— W każdym razie dno pozostanie zabłocone, siedzenia mokre, a i na łące, za rzeką, zdaje się, też nie brak wody. Popłyniemy innym razem, jeżeli kolega zechce; teraz może powłóczymy się po parku?
Weszli znowu na pagórek nadrzeczny i skręcili w ustronną aleję.
— W każdym razie bardzom ciekawy: co pana ciągnie do medycyny? — pytał doktór.
— Co?... Będę szczery. Przecie muszę coś robić, z czegoś żyć, mam zresztą matkę, która już wydaje resztę fundusiku, jaki nam został po ojcu.
— I myślisz kolega, że medycyna odrazu w pierwszym roku da ci tyle dochodu, że będziesz mógł utrzymać siebie i matkę? Miłe złudzenia! W rzeczywistości zaś co najmniej trzecia część honorarjów lekarskich przepada. Jedni wstydzą się płacić panu doktorowi, ażeby się nie obraził; inni nie mogą pojąć, ażeby taki człowiek, jak pan doktór, potrzebował pieniędzy. Inni wreszcie nie lubią płacić nikomu: szwaczkom, nauczycielom, lekarzom.
Potrzeba opiekowania się rodziną nie wpływa pomyślnie na dobrobyt lekarza. Jeden z moich kolegów, zaraz po ukończeniu uniwersytetu, musiał utrzymywać nietylko matkę, ale ojca, dwu braci, siostrę i szwagra. A ponieważ nie mógł sobie kupić nawet kożucha, więc, jeżdżąc podczas mrozów w lekkiej burce, musiał wstępować do każdej karczmy na rozgrzanie. W rezultacie rozpił się nieszczęśnik i umarł na suchoty. I prawda! Szlachta wzywała go tylko w ostateczności i płaciła mniej niż innym, gdyż biedak był źle ubrany. Takie to zdarzają się zarobki naszego brata lekarza. Siebie zaliczam do wybrańców fortuny, którzy wygrywają wielkie losy na loterji życiowej, ponieważ mam rocznie około czterech tysięcy rubli, czas do czytania i — tylko jednego pacjenta. Nie wiem, czy w kraju znajdzie się trzech do mnie podobnych. Dla kompensaty jednak zaniedbałem praktykę i prawie nie widuję klinik...
— Jednak lekarze jakoś żyją — wtrącił Józef — nawet zbierają niewielkie mająteczki. Rozmaite zaś kłopoty życiowe chyba wynagradza im wdzięczność chorych. To jest także zapłata.
— Wdzięczność? Śmiej się kolega z wdzięczności! Pod tym względem pacjentów można podzielić na kilka odmian. Jedni uzewnętrzniają swoją wdzięczność tak wielkim szacunkiem dla lekarza, że — nie śmią mu płacić i nie płacą. Inna odmiana płaci, ale niezbyt chętnie, a gdy kolega wyprowadzisz pacjenta na mocny grunt, powiedzą, że chory sam wyzdrowiał, albo że Bóg go uratował. Trzecia klasa — jeżeli pacjent choruje długo — ma zwyczaj pozbywać się jednego lekarza a sprowadzać innego; czasami owym innym bywa jakaś doświadczona kuzynka, felczer, albo nawet i owczarz. Otóż zdarza się, że rodzina pacjenta wyrzuca pierwszego lekarza, akurat wówczas, gdy kuracja zaczęła zbliżać się do pomyślnego rezultatu, a wtedy mówi się, że chorego wyleczył znachor, kuzynka, albo ów drugi doktór, którego wezwano później.
Wkońcu, nie potrzebuję tłomaczyć koledze, że jeżeli chory, skutkiem braku sił, albo zbyt późnego odwołania się do lekarza — umarł, wówczas opowiada się, że nieboszczyka zabił taki a taki doktór, który leczył go źle, pomimo rad i uwag owej doświadczonej kuzynki.
Cóż, jakże się koledze teraz podoba wdzięczność? — zakończył Płótnicki.
— Ale jak przyjemnie lekarzowi, gdy uratuje niebezpiecznie chorego! — odpowiedział Józef. — Nigdy nie zapomnę wypadku, kiedy do tatusia wpadł jakiś człowiek, który udławił się. Miał twarz fioletową a w oczach przestrach, ale jaki!... Zimno mi się robi, kiedy o tem pomyślę. Tatuś posadził go na fotelu, wyjął z szafy długą sondę i przepchnął mu gardło...
— Powiedzmy: przełyk — wtrącił doktór.
— Niech będzie przełyk... Chory kilka minut posiedział, ochłonął i nagle ukląkł przed ojcem!... Naturalnie, że nic nie zapłacił, jeszcze mamusia dała mu kieliszek wina. Ale jaką nam wszystkim zrobił uciechę!... Pamiętaj, Józiu — powiedziała do mnie mama — pamiętaj, że na własne oczy widziałeś, jak twój ojciec uratował życie człowiekowi... Ach, panie doktorze, jacyśmy byli tego dnia szczęśliwi, mamusia i ja; bo ojciec tylko się uśmiechał i mówił, że to drobiazg, o którym wspominać nie warto.
— Miał rację! — odparł doktór. — Z pomyślnych kuracyj cieszą się najwięcej profani; fachowiec rozumie, że w takich wypadkach więcej zrobiła natura, aniżeli recepty i zabiegi lekarskie. Zato — ilu doznajemy niepokojów w wypadkach stanowczych!... Spytaj kolega którego ze sławnych chirurgów, co się z nim dzieje, gdy naprzykład duszącemu się dzieciakowi ma zrobić tracheotomję? Oto jest niepokój, którego nie wynagrodzi nawet pomyślna operacja. Ale publiczność ani wie o tem! Profani myślą, że chirurg dokonywa ciężkiej operacji tak spokojnie, jakgdyby krajał kotlet cielęcy... Osły!
Ale teraz weź kolega inny wypadek. Chory umiera, zostawia, dajmy na to, rodzinę bez żadnych środków, a lekarzowi przychodzi nagle do głowy: Czy ja go aby trafnie leczyłem?... Czy, gdybym zrobił to, a nie robił owego, czy chory nie byłby uratowany?... A może źle postąpiłem, nie zwoławszy konsyljum?... I proszę kolegi, takie myśli czepiają się lekarza jak wszy; nietylko łażą po nim, ale wpełzają gdzieś do głębi duszy... Gdybyśmy przyjmowali hipotezę o duszy.
— Pan doktór czarno patrzy na świat. A przecież są lekarze sławni, bogaci, kochani i podziwiani...
— Tak. Bywają szczęśliwi i nieszczęśliwi — mówił zamyślony Płótnicki. — Ja należę do szczęśliwych, ale miałem kolegów, którym djabelnie się nie wiodło. Jeden z biedy rozpił się i umarł, już mówiłem o nim. Drugi zaraził się tyfusem i także umarł. Paru żyje w niedostatku i pracuje na lichwiarzy. Ale jeden, trochę starszy ode mnie, był osobliwie nieszczęśliwy. Całą młodość borykał się już nie z biedą, ale z nędzą. Cudem ukończył medycynę i osiadł na prowincji, niedaleko swego wuja proboszcza, który, choć był skąpy, zobaczywszy patent lekarski, pożyczył siostrzeńcowi kilkaset rubli na zainstalowanie się.
Chłop wynajął nieszpetne mieszkanko, sprowadził tanie mebelki i — czekał na pacjentów. Otóż, w parę tygodni po osiedleniu się w owej mieścinie, kiedy już praktyka niby zaczęła się ruszać, przychodzi do niego człowiek z obwiązaną szyją. Kolega sadza go, odwija brudne gałgany, patrzy... karbunkuł... A niechże cię gęś kopnie!... I właśnie w chwili, kiedy zastanawiał się, co zrobić z pacjentem, ten fik! z krzesła na ziemię. No i co pan myślisz, że zrobił? Umarł, panie, jak najregularniej, w salonie młodego lekarza, który w tydzień później musiał wyjechać z miasteczka.
To dopiero początek. W innem miejscu wiodło się biedakowi nienajgorzej. Zebrał trochę grosza, ożenił się, miał synka, za którym szalał, kupił domek z ogródkiem, a w tym domku pozaprowadzał rozmaite urządzenia, między innemi — beczki pod rynny dla łapania wody deszczowej.
Otóż, pewnego dnia, po deszczu, wraca mój chłop od chorych i pyta żony, gdzie Staś. — Dopiero tu był — mówi żona. Wołają: Stasiu!... Stasiu!... Niema Stasia. Nareszcie, po jakiejś półgodzince, znajdują Stasia... w owej beczce wody pod rynną.
W parę lat żona uciekła mu z jakimś oficerem, a w tydzień później on sam umarł. Zdaje się, że trochę pomógł naturze, bo znaleziono koło niego flaszeczkę ze strychniną.
Doktór wyjął nowe cygaro i z wielką uwagą przygotował je do zapalenia.
— Otóż, widzi kolega... co chciałem powiedzieć?... aha!... Czasami wydaje mi się, że jestem szczęśliwy, jak Polikrates, któremu całe życie wiodło się, dopóki go nie ukrzyżowali. Nawet gorzej, bo czasami wydaje mi się, że moje powodzenie opiera się na cudzych klęskach, że jakaś siła tajemnicza wykrada szczęście mniej fortunnym kolegom i przelewa je do mojej skarbony życiowej. Ale to są przywidzenia. W każdym razie trzeba będzie pożegnać chlebodawcę, u którego dzieje mi się za dobrze.
Wyszli do bardziej otwartej części parku i w jednej z bocznych alei zobaczyli Podolaka, spacerującego z Łoskim. Kleryk zdawał się żywo rozprawiać.
— O! — zawołał doktór — widzisz kolega, jak to pański przyjaciel pisze listy!
— Musiał go zatrzymać Podolak — odpowiedział Józef.
— Pan Łoski wygląda na jeneralnego spowiednika. To jakiś oryginał?
— Nie spotkałem mądrzejszego i uczciwszego człowieka — odparł Józef.
— Piękne słowo! A owego Antka zna kolega?
— Owszem, i uważam, że jest bardzo zdolny, a przytem skromny i ma łagodne usposobienie. Jestem prawie pewny, że gdy zajmie się nim pan Łoski, Antek zostanie nauczycielem ludowym.
— I naprawdę uczy tego Antka panna Sobolewska?
— Bodaj, czy nie co wieczór.
— Phy! Może chłopakowi i uda się? Choć to rzecz niełatwa. Jemu należałoby zapewnić jakiś fundusz na cztery pięć lat... No i nie zniechęcił się kolega do medycyny? — pytał Płótnicki.
— Nie! — odrzekł, śmiejąc się, Józef.
— Ha, w takim razie zapewne będziesz kolega lekarzem. Przecie powiesić się można i w tej specjalności...
Dowidzenia! — rzekł nagle Płótnicki. — Zdaje się, że szuka mnie kamerdyner mojego pana.
W tym samym czasie, kiedy doktór wobec Trawińskiego piorunował na medycynę, niemniej ciekawa rozmowa toczyła się między klerykiem i Łoskim.
— Nie gniewacie się, kolego — zaczął Podolak — że oderwałem was od przejażdżki po wodzie?
— Wcale nie — odrzekł Łoski. — Naprawdę chciałbym napisać kilka listów.
— W takim razie nie możecie poświęcić mi jakiejś dłuższej chwili.
Łoski pochwycił go za rękę.
— Cóż znowu! — zawołał. — Rozporządzajcie moim czasem choćby do późnej nocy. Domyślam się, że macie coś ciężkiego na sercu.
— Bardzo... bardzo! — mówił wzruszony kleryk. — Tłuką mnie wątpliwości jak woda koło młyńskie. Sam radzić sobie nie potrafię. Więc do kogoż udam się ze spowiedzią, jeżeli nie do was?
— Spowiedź najskuteczniejsza przed Bogiem...
— Ale czy ja już trafię do tego konfesjonału?
Łoski zatrzymał się i bystro patrząc na kleryka, rzekł:
— No... no... cóż znowu?
— Zejdźmy z tej alei, bo gdyby nam kto przerwał, nie wiem, czy drugi raz zdobyłbym się na odwagę wypowiedzenia wszystkiego.
— Czy nie przesadzasz, kochany?
— Sam ocenisz — ciągnął Podolak i otrząsnął się. — Stoję wobec zagadnienia: co robić? Czy wynieść się stąd, do poczciwego księdza dziekana, dokąd wzywa mnie mój kolega Domejko, czy zostać tu i... może już nie wrócić do seminarjum? Zostać wywłoką, zaprzeć się swoich nadziei, zamiarów, nawet zobowiązań!
— Tak, to już poważna sprawa — rzekł Łoski, biorąc się ręką za brodę. — Pozwól mi jednak zapytać — niech cię to nie obraża — jakim cudem dostałeś się do seminarjum?
— Długa to historja. Zabrałbym ci trochę czasu.
— Mam tyle czasu, ile ty zechcesz mi poświęcić, i — słucham.
— Czy nikt nam nie przeszkodzi? — mówił Podolak, oglądając się niespokojnie. — Zejdźmy na tę ścieżkę, jeżeli nie boisz się wilgoci. Pytasz, dlaczego wszedłem do seminarjum? Z tego samego powodu, bracie, dla którego ty zostałeś i chcesz być nauczycielem: dla służenia ojczyźnie — dodał ciszej.
— Aa! — szepnął Łoski — w takim razie ciężko będzie wycofać się.
— Prawda? Więc słuchaj. Mój ojciec był oficjalistą naprzód w Turzynie, później w Klejnocie; z tego powodu miałem stypendjum Turzyńskich od szóstej do ósmej klasy, potem w uniwersytecie, obecnie w seminarjum. Z tego też powodu nieboszczyk Władysław Turzyński zapisał mojej matce sześć tysięcy rubli, do których prawo ja po niej odziedziczam.
— Umarła? — wtrącił Łoski.
— Półtora roku temu, szczęśliwa, że kształcę się na księdza i że będę za nią msze odprawiał. Wspominam o moich stosunkach rodzinnych naprzód, aby ci pokazać, jak jestem bliskim ciebie, powtóre, aby zaznaczyć, że wychowałem się na wsi i miałem możność dokładnego poznania wiejskich stosunków. Ogromną pomocą była mi znajomość historji powszechnej i naszej, a także gust do ekonomji politycznej i statystyki. Studja podobne, rozumiesz, szeroko otwierają oczy na bieżące życie społeczne, szczególniej, jeżeli kto chce mu się przypatrywać.
— Ja już dawno zmiarkowałem, że ty dobrze znasz stosunki krajowe — wtrącił Łoski.
— Tylko wiejskie — odpowiedział kleryk. — Otóż dzięki naukom teoretycznym, dzięki temu, co sam widziałem, co ludzie mi opowiadali, doszedłem, już na drugim kursie, do bardzo smutnych wniosków. Zrozumiałem, że nasz chłop, fundament narodu, jest półdzikim barbarzyńcą, a nasi przodownicy-szlachta są prawie obcymi i dla chłopa i dla interesów publicznych.
— Czy nie przesadzasz? — szepnął Łoski.
— Bodajby!... Ale przypomnij sobie tylko, jak nasza wieś wygląda. Z krajów obcych znam Prusy i Saksonję. Zestawiając jednak życie ludu tamtejszego z naszem, odrazu spostrzegłem rażące wady u nas. Po pierwsze — nasz chłop jest brudny; niektórzy nigdy się nie kąpią, a ich mieszkania podobniejsze do obór, aniżeli do siedzib ludzkich. Powtóre — gdy ze złego odżywiania i brudów zachoruje, chłop nie idzie do lekarza, ale do bab; skutkiem czego nasi ludzie krócej żyją i częściej niedomagają, aniżeli w takich Niemczech. Po trzecie — dzięki rozrzuceniu gruntów i nieznajomości postępów rolniczych, nasz chłop nie wydobywa ze swej ziemi nawet trzeciej części zysków, jakie mógłby mieć.
— Prawda!... nie będę przeczył! — wtrącił Łoski, rozkładając ręce.
— To są strony materjalne naszej nędzy, a teraz zobacz moralne. Już małe dzieci wiejskie klną, grają w karty, palą tytoń i... łajdaczą się... Już małe dzieci kradną owoce z cudzych sadów, łamią drzewka, wypasają swojemi krowami sąsiedzkie pola. Gdy urosną, kradną snopy z cudzych kop, drzewo z cudzych lasów, nawet zboże z cudzego spichrza. Ale co mówić o cudzem, jeżeli nasz lud okrada swoje własne gospodarstwo! Dzieci wynoszą z domu jaja, aby za nie dostać papierosów, ojciec rodziny, w tajemnicy przed matką, garncami wywłóczy groch, żyto, jagły, za co otrzymuje wódkę. A nareszcie matka, w tajemnicy przed ojcem, sprzedaje masło, jaja, drób, ażeby kupić jakiś drobiazg sobie lub dzieciom.
— Okropność!...
— A czy wiesz, dlaczego tak jest?... Bo naszym chłopem inteligencja wcale się nie zajmuje, bo jego doradcą i kierownikiem jest Żyd, który zachęca go do wszelkich występków. Karty, papierosy, wódka, wszystko to idzie od Żyda do chaty, wzamian za kradzione produkty wiejskie. A szlachta ani widzi tego, ponieważ sama gra w karty trochę świeższe, pije wódkę trochę lepszą i pali mniej cuchnące papierosy, kupione od tego samego Żyda, który w dodatku wyręcza ją w myśleniu. Nasz szlachcic prawie nie jest w stanie zrobić projektu bez Żyda; często nawet żeni się według jego wskazówek.
— Jesteś antysemitą? — zapytał Łoski.
— Nie. Jestem tylko zbolałem sercem na widok nędzy ludu.
— Rzeczywiście, jak my wszyscy mało myślimy o tych rzeczach!
— Posłuchaj konkluzji — mówił Podolak. — Widząc, co się dzieje, cierpiałem, ale nie przyszło mi na myśl, że ja sam mógłbym, choć w pewnej cząstce, przyczynić się do zmniejszenia złego. Na szczęście, już będąc na trzecim kursie, w domu naszego dziekana poznałem jego siostrzeńca, Domejkę, który był w seminarjum. A kiedy pierwszego dnia wyszliśmy w pole na spacer, Domejko zapytał: „Poco pan chodzisz na uniwersytet i co kraj zyska, jeżeli będziesz uczył dzieci języków starożytnych?...“ Pytanie było tak słuszne i proste, że osłupiałem. Rozgadaliśmy się lepiej i pokazało się, że mój nowy znajomy tak samo jak i ja przypatrywał się życiu naszego ludu i poznał jego nędze, ale, zamiast biadać, postanowił wziąć się z niemi za bary. W tym celu został księdzem i... mnie zaczął namawiać do stanu duchownego!
— „Mój panie — odpowiedziałem — ależ ja niebardzo wierzę w wasze dogmaty.“
— „Zapragnij pan szczerze nawrócić się, a Bóg ci zeszle wiarę“ — odparł.
Rozmowy z Domejką zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Powróciwszy do Warszawy, rozmyślałem przez kilka miesięcy i w rezultacie — wstąpiłem do seminarjum, aby, zostawszy wiejskim księdzem, oświecać i umoralniać nasz lud i, o ile można, wpływać na szlachtę w tym kierunku. Tak przyrzekliśmy sobie z Domejką i paroma innymi kolegami.
Z początku buntował się we mnie duch niewiary, zasiany w uniwersytecie. Stopniowo jednak, pod wpływem modlitw, rozmyślań, nawet umartwień dobrowolnych, pozyskałem równowagę i prawie — zdobyłem wiarę!...
— I nigdy nie żałowałeś swego postanowienia? — zapytał Łoski.
— Nie. Prawda, że nie śpieszyłem się z przyjęciem święceń większych, nie jestem jeszcze subdjakonem, ale tylko dlatego, ażeby mocniej utwierdzić się w wierze, lepiej nawyknąć do obowiązków. Wstępowałem do seminarjum dla celów społecznych, stopniowo jednak nauczyłem się cenić wartość modlitwy, ćwiczeń duchownych i — przywiązałem się do przyszłego zawodu... Wreszcie, mówiono mi, że z moim głosem i zdolnościami mogę zostać znakomitym kaznodzieją. Pycha, bracie!...
Podolak przerwał i westchnął.
— Dopiero ostatnie czasy poczęły wytrącać mnie z równowagi. Nie wspomniałem ci, że Domejko i tych wakacyj mieszka u dziekana. Odwiedzałem go kilka razy; on był u mnie tylko raz, kiedyście to obaj ze Stasiem pojechali na cały dzień do miasta. Domejko posiedział tu parę godzin, chmurny i jakby rozgniewany przypatrywał się towarzystwu, a wyjeżdżając, powiedział, że, jego zdaniem, pobyt w Klejnocie nie jest właściwy dla człowieka, który chce zostać kapłanem.
— „Za dużo bab — mówił, siadając na bryczkę — za dużo swobodnych rozmów... Tu prawie żartują sobie z Pana Boga... Panny kuszą, a gospodarz wygląda na niedowiarka.“
— To jakiś dziwak! — wtrącił Łoski. — Gdzie on tu widział panny, zajmujące się kuszeniem?... Może panna Paulina trochę...
Podolak drgnął i przerwał niecierpliwie:
— Wy, ludzie świeccy, zanadto jesteście oswojeni z temi rzeczami, więc nawet zatraciliście wrażliwość na nie. Ale człowiek obserwujący, a szczególniej — ostrzeżony o sposobach szatana, wie, że każda chwila w życiu kobiety jest kuszeniem. Kusi jej uśmiech i łzy, rozmowa i milczenie, ruch i spojrzenia, a nawet zapachy i szelesty jej odzieży.
— Więc chyba i ty doznałeś na sobie mocy ich sideł?...
— Nie! — stanowczo odpowiedział kleryk, wyrzucając ręką. — My jesteśmy ostrzeżeni o niebezpieczeństwach. My wiemy, że szatan naprzód żąda mało, aby później otrzymać więcej; że niekiedy zamienia się w anioła jasności, by, pod pozorem dobra, popchnąć nas do złego. My wiemy, że kto lubi niebezpieczeństwa, ginie od nich. My wreszcie mamy potężne środki odporne. Gdy mnie nagabuje grzech, uciekam do ran Chrystusa.
A swoją drogą — dodał po chwili — Domejko ma słuszność: pobyt w Klejnocie nie jest dla mnie korzystny, tak dalece, że stanęła przede mną kwestja: uciec, czy zostać?...
Kleryk obejrzał się niespokojnie i mówił dalej zniżonym głosem:
— Ten Permski — niebezpieczny człowiek... Ateusz, ale jaki! Każdy z nas, w szkołach czy w uniwersytecie, przechodził fazę ateizmu. Któż nie wątpił o nieśmiertelności duszy? Kto nie zapytywał: czy jest Stwórca?... Ale Chrystus i Bogarodzica stali jakby poza granicami wątpliwości. Tymczasem Permski zadał mi najboleśniejszy cios właśnie w to miejsce serca...
Pewnego razu, gdyśmy byli na spacerze, opowiadał mi, że parę lat temu, widział w Petersburgu magnetyzera, który rzucał taki urok na ludzi, że tracili przytomność. Wówczas zapytywał swego pacjenta: „Czy widzisz, że znajdujemy się na morzu?“ — „Tak“ — odpowiadał oczarowany i w najdrobniejszych szczegółach opisywał krajobraz morski, spokojny albo burzliwy, stosownie do woli magnetyzera... „A jak panu smakuje ta pomarańcza?“ — pytał magnetyzer oczarowanego. — „Ma cudny smak!“ — odpowiadał zamagnetyzowany, a jego fizjognomja wyrażała najwyższe zadowolenie. Tymczasem, zamiast pomarańczy, gryzł skórkę suchego chleba.
Opowiedziawszy mi kilkanaście podobnych przykładów, Permski nagle rzekł: „W ten sposób można wyjaśnić wszystkie niby cuda ewangelicznie: chodzenie po wzburzonem jeziorze, nakarmienie tysiąca ludzi kilkorgiem chlebów, przemianę na górze Tabor...“
— „Więc pan zaprzeczasz cudom, wątpisz o Zbawicielu? — zawołałem. A on w śmiech. — „Gdybyś pan wiedział — mówi — że w Rosji każda sekta ma swojego żywego Jezusa i Bogarodzicę, nie dziwiłbyś się moim wątpieniom.“
Słyszałeś? — ciągnął kleryk. — I on wobec mnie wygłasza takie teorje, mnie, który już myślę o subdjakonacie! Pożegnałem go chłodno, ale jego opowiadania o owym magnetyzerze nie dają mi spokoju. „A nuż — myślę sobie — a nuż chodzenie po jeziorze, leczenie chorych, nawet wskrzeszanie zmarłych były tylko objawami siły magnetycznej?...“ Doskonale rozumiem, że to są podszepty złego ducha, ale coraz trudniej walczę z niemi i coraz częściej zapytuję siebie: a nuż? a jeżeli?... w takim razie czem stanie się moja wiara, moja nadzieja, czem zresztą stanie się cała ludzkość?...
— Jestem pewien, że to minie — odezwał się Łoski. — Gdy wrócisz do seminarjum, uspokoisz się.
— Gdybyż tylko on podkopywał mój dawny spokój! — odparł Podolak, oglądając się. — Chodźmy do tej altanki, trochę zmęczyłem się. Stąd widać dookoła, a nas nikt nie dojrzy. Gdybyż tylko Permski! Ale weź taką panią Dorohuską, która bawi tu ledwie od kilku dni, a jednak potrafiła wzburzyć moje sumienie, może nawet silniej, niż Permski.
— Cóż znowu? — zawołał Łoski. — Przecie ta kobieta ciągle zajmuje się nabożeństwami.
— Prawda, jest pobożna, nawet za bardzo, jak na osobę świecką. Ale ma ona dziwny sposób kontrolowania mojej pobożności.
Mówi naprzykład: „Czy pan jesteś pewny, że wytrwasz w swojem powołaniu? Czy to nie niebezpieczne, że młody człowiek sposobi się do stanu duchownego, i nawet przyjmuje święcenia, nie mając pojęcia o pokusach, jakie napotkają go na świecie?“
I na próbę owych pokus, każe mi czytać jakieś pamiętniki Casanovy, wobec których, przerzuciwszy jeden tylko tom, osłupiałem. A kiedym go zwrócił, mówiąc, że nie lubię czytać podobnych bredni, pani prezesowa dała mi tom rycin, najsprośniejszych, jakie widziałem w życiu!... I czy wiesz, czy dasz wiarę, że kilka razy obejrzałem te paskudztwa? Sam się sponiewierałem !
— Strzeż się tej baby! — wtrącił Łoski.
— Ja jej poprostu nie rozumiem — ciągnął kleryk. — Z początku myślałem, że ona chce wysadzić mnie z seminarjum i pozbawić stypendjum, o co mniejsza, wobec zapisu świętej pamięci Władysława Turzyńskiego. Ale weź inny fakt. Kiedy jechaliśmy do parafji na nabożeństwo, ona mówi:
— „Kto wie, czy nie byłoby dobrze dla pana opuścić teraz seminarjum, wyjechać zagranicę, rozejrzeć się po świecie, a dopiero później udać się do Rzymu i tam, przy protekcji, otrzymać wszystkie święcenia, a może nawet jaki tytuł.“
— „Kiedyż ja nie mam stosunków“ — odpowiadam jej machinalnie.
— „Stosunki to drobna rzecz — ona mówi. — Ja panu wszystko ułatwię. Mógłbyś na parę lat zostać moim sekretarzem... U mnie bywają ludzie bardzo ustosunkowani.“
Łoski uśmiechnął się i rzekł:
— No, tej karjery nie życzę ci!...
— Dlaczego? — obruszył się kleryk. — Gdybym był osobą świecką, miałbym, według jej napomknień, dwa do trzech tysięcy rubli pensji, podróżowałbym po całej Europie...
— Przepraszam cię. Ale — za co miałbyś owe trzy tysiące rubli pensji? — spytał Łoski.
— Mój bracie, sekretarstwo u osoby majętnej i ustosunkowanej to robota!
— Tak, robota... ale jaka?...
— Jaka? — mówił z ożywieniem kleryk. — Przedewszystkiem sama korespondencja: czytać nadchodzące listy, segregować, odpowiadać... A prowadzenie rachunków, na podstawie sprawozdań rządców i plenipotentów? A czytanie książek, kiedy się nudzi jaśnie pani? Przecie biedny sekretarz prawie nie ma wolnej godziny w ciągu dnia...
Łoski otworzył usta, ażeby coś odpowiedzieć, lecz przypatrzywszy się Podolakowi, wzruszył ramionami i zmilczał. Kleryk nie zauważył tej gry fizjognomji, zanadto był pogrążony we własnych myślach. Usta drżały mu, oczy płonęły, na twarzy miał silne wypieki.
— Powiedzże sam, bracie, w jakiem ja jestem położeniu. Z jednej strony podkopują we mnie wiarę, z drugiej radzą poznać świat, wypróbować samego siebie i dopiero potem odrazu zdobyć stopnie duchowne, na które w dzisiejszych warunkach wiele lat musiałbym czekać.
— Najwięksi święci nie byli wolni od pokus! — wtrącił Łoski.
— Widzisz bracie, boję się jednej rzeczy — mówił kleryk. — Przypuść, że ja nie jestem stworzony na księdza, lecz przekonywam się o tem dopiero po przyjęciu ostatecznych święceń. Być złym kapłanem, zgorszeniem swoich owieczek, cóżto za straszna rzecz! Nieuniknione przekleństwo!... I nie byłoby dla mnie tłomaczenia. Bo, na sądzie boskim, mój anioł stróż mógłby mi wręcz powiedzieć: „Człowieku, ja cię ostrzegałem, ja ci podszeptywałem zwątpienia, a ty nie chciałeś się nad niemi zastanowić. Ty pragnąłeś ze swego kapłaństwa zrobić narzędzie jakiejś propagandy ekonomicznej, która może być wielką zasługą ludzi świeckich, ale dla księdza jest sprawą drugo i trzeciorzędną.“
Siedzieli obaj na ławeczce małej, ukrytej między drzewami altanki. Mrok począł zalewać ziemię; ostre szczyty świerków na czerwonawem tle nieba wydawały się czarnemi. Podolak powstał, wybiegł przed altankę i rozejrzał się na wszystkie strony. Potem wrócił, przyklęknął na ławce obok Łoskiego i zbliżywszy usta do jego ucha, począł szeptać:
— Nie wspomniałem ci, bracie, o rzeczy najważniejszej, prawie o nowym obowiązku, jaki spadł na mnie... Jest tu, między nami, dusza czysta, anielska, w przepięknem ciele, wielki talent i szlachetne serce...
— Czy nie panna Paulina? — wtrącił Łoski.
— Żadnych nazwisk! — wybuchnął kleryk. — Osoba ta, jedno z najcudniejszych dzieł bożych, walczy z pokusami, bodaj czy nie cięższemi od tych, jakim ja ulegam... Ileż ona razy mówiła mi w najserdeczniejszem zaufaniu: „Wiem, że jest Bóg, dusza i najwyższa sprawiedliwość; ale czasami budzi się we mnie bunt przeciw Bogu, zwątpienie o Jego sprawiedliwości, niewiara w życie pozagrobowe.“
„Wiem — mówiła — że człowiek powinien być cnotliwy, pracować, w ciszy spełniać swoje obowiązki. Ale czasem budzi się we mnie niepokonana chęć użycia. Jakiś głos szepce mi: jesteś piękna, masz talent, możesz mieć cały świat u nóg twoich, możesz opływać w dostatkach!... Cnota jest dobra dla brzydalów, życie wieczne niech cieszy głupców. Pocóż dobrowolnie pogrążać się w niedostatku i nudach, oczekując na grób, który pochłonie wszystko?“
Kiedy zbijam jej poglądy, dodaję otuchy, ona patrzy na mnie swojemi prawie... świętemi oczyma i mówi: „Gdyby pan ciągle był ze mną, duch mój byłby silny. Gdy pana niema, spadają na mnie z podwójną mocą grzeszne myśli i niebezpieczne zwątpienia...“
Kiedy słucham tego, zadaję sobie pytanie, co jest dla mnie lepsze? co jest moim obowiązkiem?... Czy praca dla ludu, pośród myśli świętokradzkich, czy praca nad jedną czystą i szlachetną duszą, która może stać się łupem szatana? I jeszcze mówię do siebie: Głowo zarozumiała i przewrotna!... na jakiej zasadzie wyobrażasz sobie, że przyczynisz się do ziemskiej pomyślności i zbawienia mnóstwa ludzi, gdy zbawienie tylko jednostki wymaga nadzwyczajnych wysiłków? Skąd ci wiadomo, że potrafisz być apostołem wielu, gdy twoje siły ledwie wystarczą do opiekowania się jedną osobą?
— A skąd wiesz, że tych właśnie rozumowań nie podszeptuje ci szatan? — odezwał się Łoski.
— Szatan podnieca pychę — odparł kleryk. — Kiedy myślę o wprowadzeniu mas na dobrą drogę, to są podszepty pychy. Ale kiedy chcę czuwać nad jedną jedyną owieczką Pańską, ażeby się nie obłąkała, to jest rada pokory, głos anielski.
Łoski przypatrywał mu się zdumiony. Dawno znał Podolaka, ale dopiero dziś zobaczył jakby wnętrze jego duszy. I nie mógł sobie zdać sprawy, co go zastanawiało więcej: czy dziewicza naiwność kleryka, który nie tak znowu dawno był studentem, czy jego zaślepienie? Dopiero co Podolak rzucał pioruny na kokieterję kobiet, dopiero co upewniał, że jest od nich bezpieczny i — prawie w tejże samej chwili — mówi o „świętych oczach“ osoby, którą wszyscy tutaj uważali za kokietkę!
Łoski pokręcił głową i rzekł:
— Mój drogi, ja właściwie nie rozumiem, w jaki sposób mógłbyś pokierować dolą tej czy innej kobiety? Już nie mówię: z seminarjum, ale nawet gdybyś został sekretarzem pani Dorohuskiej, czego ci zresztą nie życzę.
Podolak oparł łokieć na poręczy altanki, głowę na ręku, rozmyślał, jakby wahał się, wreszcie odpowiedział:
— Niczego nie będę ukrywał. Zgadłeś, chodzi o Paulinę Klęską. Ale nie wiesz, że osoba ta, może z powodu swoich nadzwyczajnych zalet, jest nieustannie atakowana przez szatanów. Szepcą jej: Jesteś piękna, możesz świetnie wyjść zamąż, w najgorszym razie znajdziesz bogatego opiekuna, który pomoże ci do wykształcenia się na śpiewaczkę. A gdy raz zostaniesz sławną artystką, otworzą się przed tobą wszystkie skarby świata i drzwi do wszelkich jego radości!
— A cóż ty na to poradzisz? — wtrącił Łoski.
— W seminarjum, rozumie się, że nic — odpowiedział Podolak. — Ale gdybym miał trzy tysiące rubli, jako sekretarz pani Dorohuskiej, ja, który tak mało potrzebuję, wydałbym na siebie z paręset rubli, a przynajmniej ze dwa tysiące rocznie mógłbym pożyczać jej na naukę śpiewu.
— I ona przyjęłaby od ciebie?
— Musiałaby! — wybuchnął kleryk. — Powiedziałbym: uważaj mnie za brata, przyjmij usługę, a gdy zostaniesz wielką artystką, zwrócisz dług z procentem. Ludzie zamożniejsi niejednokrotnie udzielali tego rodzaju pożyczek utalentowanej młodzieży i odzyskiwali należność.
Łoski podniósł ręce dogóry, czując, że zabrakło mu argumentów.
— Mój drogi, jeszcze jedno pytanie — zwrócił się do kleryka. — Nie myślę gwałtem zachęcać cię do seminarjum, które lepiej opuścić, aniżeli zostać złym księdzem i nieszczęśliwym człowiekiem. Ale zastanów się: gdzie pewność, że owa osoba, nawet przy twojej bezinteresownej pomocy, nie ulegnie podszeptom — jak mówisz — djabelskim, nie wynajdzie sobie bogatszego opiekuna, nie utonie w uciechach światowych i tam dalej?...
— Że ma do tego skłonności — mówił Podolak, wzdychając — o tem nie wątpię. Przecie widziałem i nawet pani Dorohuska zauważyła jej spojrzenia w kierunku choćby Kajetanowicza. Ale, gdybym poświęcił się dla niej, musiałaby mi przysiąc na Boga, na zbawienie, na honor, że nawet podczas mojej nieobecności, będzie codzień odmawiała pacierze, codzień wieczorem wykona rachunek sumienia, przynajmniej raz na miesiąc przystąpi do sakramentu Ciała i Krwi Pańskiej i raz na kwartał odbędzie krótkie ćwiczenia duchowne. Zdaje się — mówił rozdrażniony — że człowiek, który poświęca komuś całe życie, i to bezinteresownie, ma prawo postawić jakieś skromne warunki...
— Co jej tam pomogą ćwiczenia duchowne! — szepnął Łoski.
— Mówisz tak, bo nie znasz potęgi ćwiczeń, którym ja niejednokrotnie oddawałem się z dobrej woli, które nawet zdecydowały o mojem powołaniu.
Podczas zeszłorocznych wakacyj — mówił Podolak — spadły na mnie wątpliwości. Kto tam widział Boga! — snuło mi się po głowie. Kto widział życie przyszłe! Dlaczego wreszcie tamten inny świat, jeżeli naprawdę istnieje, nie objawia się nam w jakiś sposób? Dlaczego naprzykład ja nie widziałem nigdy ducha mego ojca, a nadewszystko matki, która tak bardzo mnie kochała?
Słowem, zwątpienie gryzło mnie, jak podły robak drzewo; ale ponieważ odrazu poznałem sprawcę, więc, dla odpędzenia go, zacząłem medytować o piekle. Byłem bardzo rozdrażniony, mimo to zauważyłem pewną osobliwość. Oto, według wskazówek duchownych, piekło jest obszerną jaskinią, a właściwie jeziorem, wypełnionem ogniem i siarką gorejącą. Tymczasem ja, z nieznaną dotychczas wyrazistością, spostrzegłem olbrzymi, nieledwie bezgraniczny krajobraz. W górze niebo blade, jak twarz zmarła, na niem martwej siności chmury i słońce barwy ciemno-wiśniowej, którego blask wywoływał nieopisany ból oczu, a ciepło przypominało dotknięcia rozpalonem żelazem.
Pod tem szkaradnem niebem, ohydnemi obłokami i słońcem, które wylewało udręczenia, spostrzegłem ziemię, zamiast trawy, zasypaną ostremi kamieniami, zimniejszemi od lodu. Były tam pagórki, z których, zdawało się, że wychodzą krwawe wnętrzności; były ruiny nieznanych budowli, tu i owdzie wznosiły się szkielety olbrzymich drzew, odarte z liści, połamane, poszarpane...
Nagle zdało mi się, że słyszę wycia, gwizdy, łoskoty jakby wichru jesiennego, który potężniał, coraz większej nabierał wyrazistości i niepojętej rozmaitości. Naprawdę była to burza ludzkich jęków, płaczu, wzdychań, przekleństw, śmiechów... Albo ja wiem, czego tam nie było!...
Czułem, że mój wzrok stopniowo przyzwyczaja się do dziwnego oświetlenia, i że powoli, niby z poza mgły, wynurzają się jakieś straszne postacie ludzkie, rozciągnięte na ostrych i zimnych kamieniach, przykute za ręce i nogi. Ile ich było?... nie wiem. Widziałem, jako leży jeden przy drugim, jeden na drugim, niekiedy całe warstwy na warstwach, aż gdzieś do granic horyzontu, niby fale wzburzonego jeziora.
— Przypomina mi się Dante! — szepnął Łoski.
— Nie wiem i wszystko mi jedno... Nie mogłem oczu oderwać od tych żywych trupów, widziałem ich coraz dokładniej i spostrzegłem, że ciała ich są okryte strasznemi ranami, które wyżarł mróz i ostre kamienie.
Nagle, nad tym cmentarzem, gdzie cuchnęło gnijące mięso, leci stado kruków ołowianych... Dzioby i szpony ze stali, rozpalonej do czerwoności. Potwory te rzuciły się na jedną gromadę potępieńców, aby szarpać ich poranione ciała. Jęki i wycie wzmogło się w mojem pobliżu i zdaleka, gdzie znowu ukazał się ciężki, rudawy obłok, miotający deszczem ognistym. Jego krople były gęste jak smoła, wielkie jak wiśnie, a gdy spadły, dziurawiły nietylko ciała, lecz nawet kamienie.
Teraz zdarzyła się rzecz najokropniejsza: uczułem, że ja sam leżę między potępionymi, przykuty za ręce i nogi. Głowa moja opierała się na czyjejś poranionej piersi, a znowu czyjaś lodowata głowa tłukła się o moje nogi. Chciałem zamknąć oczy — nie mogłem; chciałem nie słyszeć wrzasku — zalewały mnie jego fale! Czułem, że szaleję, lecz jednocześnie rozumiałem i widziałem, że rudy obłok leci w moją stronę i zatrzyma się nade mną.
Wówczas ogarnął mnie strach bez dna i granic, strach, że lada chwilę z tego obłoku zaczną spadać na mnie jego łzy ogniste. Szczególniej wydawało mi się okropnem to, że która z nich może upaść na moje oczy!...
Zerwałem się z klęczek, zapaliłem świecę. Zrozumiałem, że to było przywidzenie, wywołane częstemi rozmyślaniami o mękach piekielnych. Ale dzień ów stał się przełomowym w mojem życiu.
Myślałem tak. Wszystko, cokolwiek stworzy ludzka imaginacja, uboga w porównaniu z rzeczywistością, wszystko jest więcej lub mniej prawdopodobne. Otóż, gdyby istniała choćby tylko jedna szansa na miljard, jedna na setki miljardów, że podobne męczarnie są możliwe, i że ja mogę ulec im po śmierci, wówczas — sama obawa tego rodzaju widoków i cierpień zmusiłaby mnie do cnoty, do pobożności.
Oto są owoce ćwiczeń duchownych: nawrócenie, ucieczka od grzechu. Nie wątpię, że osoba tak wrażliwa, jak Paulina Klęska, musi ulec skutkom podobnych praktyk i odpędzi od siebie szatańskie podszepty. Szatan, kuszący nas, może być niekiedy zabawny; ale piekło jest straszne i chyba tylko warjat naraziłby się na pogrzebanie w niem swojej duszy po wieki wieków...
Łoski, słuchając, kręcił głową, podnosił i opuszczał ramiona, a rękami wykonywał ruchy, oznaczające zwątpienie. Wreszcie rzekł:
— I ty mnie pytasz o radę?... Ty, który posiadasz tak żywą wiarę, nietylko w Boga i nieśmiertelność duszy, ale nawet w kary piekielne? Jest to — jakgdyby miljoner żądał darowizny od człowieka ubogiego!
— Gdybyżem ja miał tę wiarę, nienaruszoną! — szepnął Podolak. — Nazywasz mnie miljonerem a siebie ubogim. To ty jesteś miljoner, bo posiadasz spokój, równowagę duchową.
— Innemi słowy — przerwał Łoski — każdy z nas przypisuje innym ukryte skarby, których oni się wypierają. Mniejsza o to, przypuśćmy, że posiadam owe zalety, o jakie mnie posądzasz; czem w takim razie mogę ci być użytecznym?...
— Czem? Tylko radą! Jestem niby waga, z obu stron jednakowo obciążona. Tu ciągnie kapłaństwo i chęć służenia narodowi; tam — jakiś głos cicho szepce: „Rzuć seminarjum, pójdź w służbę do pani Dorohuskiej, ażeby uratować duszę Pauliny, narażonej na wielkie niebezpieczeństwa.“
Przecie to rozumiesz — dodał rozgorączkowany — że są ludzie, dla zbawienia których narazilibyśmy się nawet... na czyściec, czyli na tysiące, może... na setki tysięcy lat mąk piekielnych.
Czując, że w jakiś sposób należy zakończyć tę dziwną rozmowę, Łoski podniósł się z ławki i rzekł, tonem niezwykle u niego stanowczym:
— Chcesz rady?... dam ci radę, jak człowiek uczciwy i, według ciebie, zrównoważony. Czy masz zostać w seminarjum, czy z niego wyjść?... o to zapytaj rozumnego spowiednika, może dwu, może — nawet kilku. Oni będą wiedzieli, czy jesteś tylko kuszonym przez złe duchy, czy może wcale niezdolnym do stanu kapłańskiego. Ja zaś, jako człowiek, trochę znający świat, życzę ci, ażebyś — nie podejmował się żadnych obowiązków u pani Dorohuskiej i... nie poświęcał się dla żadnej artystki... in spe... Na takiej drodze można zajść bardzo daleko... Zamiar kształcenia panny Pauliny, której przecie nieboszczyk Turzyński także zapisał jakiś fundusik, zamiar kształcenia panny Pauliny na twój koszt, za cenę sprzedania się pani Dorohuskiej, wybacz, ale to już wygląda na bardzo ordynaryjną pokusę. Notabene prowadzoną przez djabła nietylko złośliwego, lecz i głupiego...
— Gniewasz się, bracie, potępiasz? — szepnął kleryk.
Łoski objął go rękoma, mocno uścisnął i kilkakrotnie ucałował.
— Bóg mi świadek — mówił — że nie gniewam się, ani cię potępiam. Ale uważam, że w obecnym nastroju, twój doradca nie może się rozczulać, tylko musi wręcz powiedzieć, po męsku: przyjacielu... bracie... nie rób głupstw, bo, zanim zgubisz duszę, ośmieszysz się za życia!
Na wzmiankę o ośmieszeniu Podolak otrząsnął się i jakby oprzytomniał.



XIV.

Karol, służący hrabiego, rzeczywiście po całym parku szukał lekarza, starannie jednak unikając miejsc, z których dochodziły głosy męskie. Tym sposobem wierny kamerdyner nietylko spełnił obowiązek, ale i trochę się przeszedł. W niebie przebaczą mu te manewry, gdyż hrabia był nudny i przez całą dobę potrzebował czyjegoś towarzystwa, opieki, usług, a choćby tylko rozmowy.
Spostrzegłszy nareszcie Płótnickiego, Karol lekko uchylił miękkiego kapelusza i rzekł, krygując się, a w przesadny sposób wymawiając wyrazy:
— Pan hrabia życzy sobie widzieć pana doktora, ponieważ czuje się niedysponowany.
— No, przecież obiad mu nie zaszkodził?
— Obiad nie sądzę, ale pan hrabia nieco konwersował z panienkami — cedził, uśmiechając się, Karol.
— Dobrze! — przerwał lekarz. — Teraz Karol może się przejść, ale w ciągu godziny proszę być zpowrotem.
Karol znowu skłonił się w sposób życzliwie poufały i zawrócił w głąb parku. Gdy zaś, obejrzawszy się, sprawdził, że nie widać Płótnickiego, wyjął z kieszeni rękawiczki, z których tylko jedną włożył a drugą zatrzymał w ręku, następnie wydobył z kamizelki binokle i wsadził je na nos. Potem założył ręce za plecy, trochę zgarbił się, pochylił głowę na prawo i przypatrując się drzewom, cedził:
— Wcale ładna rezydencja... zaczyna mi się podobać...
A ponieważ miał bladą twarz, małą bródkę i blond wąsiki jak hrabia, więc zdaleka można go było wziąć za Kajetanowicza, którego ciągle i na wszelki sposób udawał, rozumie się w sekrecie. Bardzo jednakże lubił, jeżeli kucharz, który z lokajów, albo stangret powiedział mu:
— Psiakrew! myślałem, że stary idzie... Pan Karol to taki podobny do hrabiego, jak mój kasztan licowy do dyszlowego. Rodzona matka mogłaby się omylić.
A pan Karol pobłażliwie uśmiechnął się i odpowiedział:
— I... i... i!... przesadza pan Grzegorz. Z fizjognomji tośmy tam niebardzo tego... tylko z manier.
Kiedy doktór wszedł do pokoju Kajetanowicza, hrabia napół rozebrany leżał na szezlongu, pod kołdrą sławucką i chwilami otrząsał się.
— Oho! już hrabia leży, zamiast się przejść po obiedzie? — zawołał Płótnicki.
— Właśnie, że przechodziłem się i to mi zaszkodziło. Niech też doktor, z łaski swej, trochę mnie zbada.
— W celu przekonania się, że hrabia jest zdrów jak lew?
— Bodajby tak było, ale nie jest... Mam lekkie dreszczyki... Tu musi być wilgoć w pałacu.
— Ani śladu wilgoci.
— Doprawdy? Ale puls mam okropny! Aż boję się sprawdzić.
— Pozwoli pan hrabia, że ja będę ryzykowniejszy — mówił lekarz, siadając na fotelu obok szezlonga. Ujął chorego za rękę, wydobył zegarek, puścił w ruch sekundnik i liczył. Kajetanowicz patrzył na niego jak na kochankę.
— Okropność! — zawołał Płótnicki.
— A nie mówiłem?... Czy mogę zapytać, ile...
— Aż siedemdziesiąt osiem!...
— E... kiedy bo żartuje doktór.
— Niech pan hrabia sam sprawdzi.
— To wcale nie byłby zły puls.
— Naturalnie. Szczególniej po obiedzie.
— Ale skąd te dziwne wrażenia?
— Będzie pan je miewał dopóty, dopóki nie powie sobie, że to są wszystko omany, których trzeba się pozbyć i — można się pozbyć.
— Kochany doktór! — zawołał Kajetanowicz, mocno ściskając go za rękę. — Pan ma jakiś czarodziejski sposób uspokajania mnie. Mówi: nic!... i ja jestem zdrów w jednej chwili.
— Ponieważ i przed chwilą był pan zdrów.
— Jednakże — mówił hrabia. — A gdyby leciutki masażyk?
— O, na takie lekarstwo zawsze zgoda. Masaż nawet atletom robi dobrze.
— Kochany, złoty doktór... Karolu!... Pewnie go niema.
— Naco hrabiemu Karol? Ja sam zrobię panu masaż.
Kajetanowicz wlepił w niego oczy niespokojne.
— A widzi doktór, że ze mną musi być źle, jeżeli pan sam chce mnie masować?
Płótnicki zerwał się z fotelu.
— Coto jest u licha! — krzyknął, zaciskając pięści. — Kiedy mówię hrabiemu, że wszystko jest w porządku, to jest. Ja, dla pańskiej przyjemności, nie myślę robić z gęby ścierki... I jak mi pan jeszcze raz tak odpowie, słowo honoru daję, że wyjadę...
Po grubjańskiem odezwaniu się doktora, na twarzy Kajetanowicza wykwitnął słodki uśmiech. Pacjent uniósł się na szezlongu, porwał obie ręce lekarza i, trzęsąc niemi, mówił:
— Drogi, kochany!... Jak on się ślicznie gniewa! Przecie pan rozumie, że ja mówię w taki sposób tylko dlatego, ażeby z ust pańskich usłyszeć zaprzeczenie. Każde pańskie słowo — dla mnie dogmat...
— Więc dlaczego nie chce pan uznać dogmatu, który mu ciągle powtarzam, że — pan jest zdrów?
— Ja zdrów? Ja? — mówił płaczliwym głosem hrabia. — Ja zdrów? Z temi dreszczykami, z takim pulsem, bezsennością, ze zrujnowanym żołądkiem? Przecie pan wie, że ja parę razy na tydzień konam i gdyby nie pańska obecność...
— Dobrze. A jak mnie zabraknie?
— Pana? — krzyknął hrabia i aż usiadł na szezlongu. — Ależ pan jesteś zbudowany jak słoń. Pan cztery razy będzie na moim pogrzebie!
— Ani myślę czekać na pański pogrzeb! Musiałbym żyć chyba ze sto dwadzieścia lat. No, ale mogę się ożenić, nie mówiąc już, że potrzebuję odświeżyć studja kliniczne.
— A niechże się pan żeni! — zawołał Kajetanowicz. — Żona przykuje pana do miejsca, a w Kajetanowicach będziecie państwo mieli cały dom sześciopokojowy z ogrodem do swojej dyspozycji. O podwyżkę pensji także nie pójdziemy do wójta. Upatrzył pan już kogo?
Doktór lekko zarumienił się, co nie uszło uwagi Kajetanowicza.
— Tylko co do dwu panienek robię zastrzeżenie — ciągnął hrabia, wpatrując się w Płótnickiego. — Po pierwsze, co do mojej kuzynki, panny Zofji Turzyńskiej...
— Proszę! — wtrącił zdziwiony doktór. — A wie pan, że i według mego zdania jest to osoba wymarzona na towarzyszkę dla pana?
— Niech to między nami zostanie — mówił hrabia, podnosząc rękę i szeroko rozstawiając palce — ale dziś powiedziałem sobie: ta, albo żadna!
— Na nieszczęście to jeszcze dziecko.
— Ja mogę poczekać dwa i trzy lata, ponieważ ze wszystkich kobiet i panien ta jedna, chociaż nie żadna piękność, mogłaby być matką moich dzieci. Pan to rozumiesz? — prawił hrabia, pukając palcami w stolik. — Ja jestem stary jubiler i znam się na klejnotach!
— Na pannie Zofji znają się wszyscy, nie wyłączając parobków, którzy ją poczytują nieomal za świętą. Ale — ciągnął z pewnem wahaniem doktór — czy bez niedyskrecji wolno wiedzieć: kto jest ta druga osoba, co do której zrobił pan zastrzeżenie?
Kajetanowicz uśmiechał się złośliwie i świdrował doktora wzrokiem.
— Pan doktór myśli — cedził — że ja podczas obiadu to już nic nie widzę oprócz kurczęcia na talerzu. A ja tymczasem spostrzegłem, że panna, panna... słowem, że nauczycielka panny Zofji Turzyńskiej to osoba bardzo dystyngowana...
— Więc to jest owa druga? — spytał doktór stłumionym głosem i machinalnie podniósł się z fotelu.
Hrabia wciąż się śmiał i wskazującym palcem zaczął grozić doktorowi przed oczyma:
— Ni... ni!... — mówił — ja moim przyjaciołom nie mam zwyczaju wchodzić w drogę. Nauczycielka panny Zofji... Jakże to ona się nazywa?
— Panna Sobolewska.
— A właśnie!... Otóż panna Sobolewska to dla mnie świętość. Ową zaś drugą — chyba nie potrzebuję prosić doktora o dyskrecję?...
— Ja myślę.
— Ową drugą — mówił hrabia zniżonym głosem — jest piękna bruneteczka, kandydatka na śpiewaczkę...
— Aha, panna Klęska? Symboliczne nazwisko! — szepnął doktór.
— Ona ma taki ładny głos i tyle artystycznego zacięcia, że gdyby zażądała, natychmiast dałbym jej stypendjum na wyjazd zagranicę, do Lampertiego. Z tej dzikiej różyczki może wyrosnąć nasza sława.
Doktór odetchnął; skupione rysy wypogodziły się.
— Kosztowna to różyczka! — mruknął. — Dziesiątki tysięcy rubli...
— A mój doktorze — wybuchnął hrabia — któżby myślał o kosztach, gdy chodzi o przysporzenie narodowi genjuszów!
Płótnicki o mało nie zapytał: „A cóż na to powie panna Zofja?“ Lecz w porę powstrzymał się i rzekł:
— Jeżeli pan sobie życzy, możemy przystąpić do masażu.
— Czy ja sobie życzę? — zawołał Kajetanowicz. — Przecie to dla mnie wielkie święto. Wprawdzie Karol pod pańską dyrekcją nauczył się masować i zrobi na tej specjalności karjerę, jeżeli go kiedy wypędzę, ale... zawsze to cham! Pociera, dotyka, uderza, nawet sapie jak cham.
— Ma pan glicerynę? — spytał doktór, zdejmując surdut i zawijając rękawy koszuli.
— Garniec! — odpowiedział hrabia i zaczął doszczętnie rozbierać się, przy akompanjamencie małych dreszczyków, które jednak robiły mu przyjemność.
Doktór umył ręce, nakrył szezlong prześcieradłem, ułożył Kajetanowicza, opukał mu piersi i brzuch, co chwilę wzruszając ramionami. Hrabia z pod oka przypatrywał się jego minom i widać było, że jest ogromnie kontent, prawie zachwycony. Mimo to odezwał się jękliwym głosem:
— Cóż, doktorze, brzuch skamieniały, serce jak wróbel w potrzasku?
— Hrabia łapał wróble w potrzask? — zapytał Płótnicki. Z toalety Kajetanowicza dobył kryształową flaszkę gliceryny i wytarł obie dłonie.
— Nigdy nie łapałem ptaków, alem to widywał. Zdaje mi się, że po masażu zaimponuję pani Dorohuskiej moim wyglądem, co?
— Mnie się zdaje, że pan oddawna jej zaimponował.
— Ale nie zdrowiem! — westchnął Kajetanowicz.
— W pół roku zrobię z pana atletę, lecz pod warunkiem...
— Żeby nie?... E, ja nie chcę takiej pedantycznej kuracji! — oburzył się Kajetanowicz. — A swoją drogą to nieszczęsne serce...
— Panie hrabio, o jedno proszę: skończmy z pańskiemi chorobami przynajmniej dziś.
I zaczął mu brzuch ugniatać.
— Dobrze, ale jeszcze słóweczko... Mój złociutki!...
— Ani słówka o chorobach. Niechże pan choć przez kwadrans o nich nie myśli.
— O czemże będę myślał nieszczęśliwy?
— Choćby o tej brunetce.
— O brunetce w takim negliżu? Za kogoż mnie doktór uważa? Myśleć o młodej i pięknej damie podczas masowania, bez koszuli!
— Tak? No, więc dam hrabiemu zajmujący i arcy-zdrowy temat do medytacyj.
— Bardzo będę wdzięczny. Gdybyżem ja umiał kierować myślami i nie zajmować się moim ciężkim stanem!
— Znowu? Niechże hrabia posłucha — mówił doktór, wciąż masując pacjenta, który pogwizdywał i wyprawiał rozkoszne miny.
— Słucham, słucham z uwagą. Może naprawdę zaabsorbuje mnie jakaś nowa idea.
Doktór zaczął wycierać mu piersi.
— Jest tu — mówił — bardzo zdolny chłopiec stajenny, którego miejscowe panienki nauczyły czytać, pisać, a nawet tak przygotowały go, że zdałby egzamin z czterech klas.
— Fiu!... aj! oj! oj! — syknął hrabia.
— No, co tam złego? — spytał doktór.
— Czuję kłucie... kłucie w okolicach kieszeni.
— Tu nie chodzi o kieszeń.
— Doprawdy? — ucieszył się Kajetanowicz. — W takim razie słucham dalszego ciągu.
— Chłopak jest uczciwie ambitny i chciałby zostać nauczycielem wiejskim a może i lekarzem.
— Nie odwołując się, naturalnie, do pomocy egoistycznych bogaczów? — wtrącił hrabia.
— Ależ naturalnie, że mu to nigdy nie przyszło do głowy. Pan Turzyński, choćby nawet chciał mu dopomóc, nie ma pieniędzy, a pani Dorohuska nie dałaby nawet na trumnę.
— Domyślam się! — krzyknął hrabia. — Nadzwyczajny chłopiec okradnie kogoś i z tych dochodów będzie kształcił się na nauczyciela ludowego.
— Nie. Temu nadzwyczajnemu chłopcu postanowili przyjść z pomocą prawie tacy jak on biedaki: nauczycielka panny Zofji i nauczyciel Stasia.
— Ten Rosjanin? ten farmazon? — spytał ciekawie hrabia. — A to go wyedukuje!
— Nie. Nauczyciel Polak, Łoski, a choć mieszczanin, wielki admirator naszej arystokracji.
— Więc pocóż robi głupstwa, odciągając chłopaków stajennych od ich powołania?
— Bo nie wiedział, że istnieje taki hrabia wspaniałomyślny, który chłopcu przez pięć lat zapewni czterysta rubli rocznie na edukację.
— A jak się ten osioł hrabia nazywa? — zapytał, podnosząc głowę, Kajetanowicz.
Doktór przestał masować.
— Ostrzegam — rzekł, udając obrażonego — że natychmiast przerwę robotę, jeżeli będzie pan obrażał mego chlebodawcę, najzacniejszego z hrabiów.
— Jezus! Marja! — zawołał Kajetanowicz — więc ten człowiek naprawdę do mnie przepija? jak to pan powiedział? jak? Na edukację czterysta rubli?
— Rocznie, przez pięć lat, co uczyni razem marnych dwa tysiące. Edukacja pięknej śpiewaczki może kosztować pięćdziesiąt razy więcej.
— Nie — jęczał hrabia — jeżeli teraz nie zabije mnie apopleksja, to naprawdę jestem zdrów jak byk! Ale, niestety! zdaje się, że doktór zepsuł cały efekt masażu.
— Możemy zacząć drugi raz — odparł Płótnicki. — Pan hrabia tymczasem odpocznie, napisze polecenie do administratora.
— Ależ on tego nigdy nie zaakceptuje! — krzyczał hrabia. — Przecie to marnotrawstwo, masonerja! Chłopak stajenny lekarzem! Wstydziłby się pan nawet mówić coś podobnego.
— Nie o wiele byłem lepszy, kiedy oddano mnie do szkółki — mruknął doktór.
— Ale pan miał zdolności!
— A ten chłopak może mieć genjusz.
— E, to nie dla mnie interes! — oburzał się Kajetanowicz. — Pan chciałby mnie z torbami puścić między ludzi.
— Gniewa się pan hrabia, krzyczy — mówił łagodnie doktór — a mimo to czuć nawet w głosie, że zaopiekuje się pan zdolnym chłopcem.
— Może u mnie zostać furmanem, albo pomocnikiem berejtera, jeżeli naprawdę taki zdolny i jeżeli go stąd wypędzą.
— Panie hrabio, zwracam uwagę, że tego chłopaka kształciła nauczycielka panny Zofji Turzyńskiej.
— Proszę — wtrącił hrabia sucho — ażebyśmy mogli nie wymieniać nazwiska panny Zofji. — A po chwili dodał uprzejmiej:
— Wspomniał pan o dwu tysiącach rubli?... Taka suma przynosi sto rubli rocznie procentu. Innemi słowy, życzy pan sobie, abym na intencję jakiegoś chłopca, o którym nigdy nie słyszałem, zmniejszył moje dochody o sto rubli rocznie do końca życia? A on mi się wywdzięczy, jak ów rzeźbiarz, co to ze skromnego pastuszka, dzięki staraniom księdza proboszcza z Kajetanowie, na koszt dominjum miał zostać wielkim artystą!
— No, przecież się nie zmarnował — rzekł Płótnicki, masując prawą rękę hrabiego.
— A dziękuję panu! — zawołał Kajetanowicz. — Siedzi bestja w Paryżu i zrobił takie popiersie mego dziada, że nieboszczyk zaczyna mi się w nocy pokazywać.
— Zato pan ma dwu rządców, nadleśnego, dyrektora browaru, chemika w cukrowni — wszystko pańscy stypendyści.
— Którzy uważają mnie za warjata...
— O, przepraszam — zawołał doktór — najwierniejsi przyjaciele pańscy, daliby się porąbać za pana!
— Fu! — syknął hrabia, kiedy doktór zaczął mu wycierać plecy. — Zdaje się, że w kręgosłupie odczułem jakiś punkt bolesny? Niech-no pan...
— Gdzie? co? tutaj?... Ani śladu bolesności — mówił lekarz, posuwając wielkie palce obu rąk wzdłuż kręgosłupa. — A co się tyczy straty stu rubli na rok, o których mówił pan hrabia, miałaby ona miejsce, gdyby pan wydał odrazu dwa tysiące rubli. Tymczasem, jeżeli w pierwszym roku każe pan hrabia wypłacić tylko czterysta rubli, to pozostałe tysiąc sześćset przyniosą osiemdziesiąt rubli procentu. W następnym roku zostanie tysiąc dwieście, które przyniosą skarbowi sześćdziesiąt rubli procentu.
— Pan doskonale umie rachować! — wtrącił markotny Kajetanowicz. — Pan powinien być ministrem skarbu, a przynajmniej bankierem. Jeżeli wydam pieniądze, to nie będę miał strat, tylko zyski; w pierwszym roku osiemdziesiąt, w drugim... jak pan to powiedział?... Pyszna farsa! Wie pan, że zaczynam się przekonywać do pańskich kombinacyj. To zupełnie coś nowego!
— A jakby się panna Zofja ucieszyła!
— Panie doktorze, prosiłem o usunięcie panny Zofji z naszych rozmów. I gdybym nawet coś zrobił, o czem w tej chwili wątpię, to najuprzejmiej będę prosił o niewspominanie o tem nikomu.
— Że pan hrabia da stypendjum chłopcu na dalsze kształcenie się? Taka rzecz nie może zostać w tajemnicy — wtrącił lekarz, czując, że sprawa jest wygrana.
— Niech sobie gadają, niech plotą, ale — po moim wyjeździe — odparł Kajetanowicz. — Wcale nie uśmiecha mi się tytuł dobroczyńcy chłystków, którzy nie chcą być stajennymi.
Doktór skończył masować i wytrząsając żylastemi rękoma, rzekł wzruszonym głosem:
— Niech mnie djabli wezmą, jeżeli pan hrabia nie jest najzacniejszym magnatem w kraju!
— Chwali mnie pan, jak rzeźnik tłustego barana — odpowiedział hrabia. — W każdym razie dziękuję za masaż, ale proszę, aby mi pan już nie wynajdywał drugiego stypendysty... Chciałbym się ubrać, jeżeli wolno.
Było to zaproszenie do wyjścia. Doktór szybko umył ręce, pozapinał rękawy koszuli, włożył surdut i nisko ukłoniwszy się hrabiemu, opuścił pokój, czując, że drży ze wzruszenia.
Kiedy Płótnicki wyszedł, Kajetanowicz stanął nagi przed lustrem i zaczął dotykać swojej szyi, piersi, rąk. Z upodobaniem przypatrywał się ciału marmurowej barwy i mruczał z filuternym uśmiechem:
— A jednakże ja mam trochę muskułów!... Ale cóżto za chamy, jakież to chamy!... W tem towarzystwie i ja niedługo schamieję.
Teraz nie miał miny gapiowatej; raczej sprytną i nieco złośliwą.
Mrok zapadał, kiedy Płótnicki, wyszedłszy na dziedziniec, prawie potknął się o zamyślonego Łoskiego. Schwycił go pod rękę i gwałtem wciągnął do pierwszej sieni.
— Panie — szeptał do zdziwionego pedagoga — właźmy obaj na ten dach i krzyczmy w niebogłosy: Niech żyje hrabia Kajetanowicz, jedyny, prawdziwy magnat polski!
— Co się stało? — zapytał przerażony Łoski.
— Powiem za kilka dni, gdy będziemy stąd wyjeżdżali.



XV.

Na drugi dzień Józef obudził się niewyspany, ociężały, rozdrażniony. Zirytowała go bezdennie spokojna twarz Łoskiego, który leżąc, studjował, bodaj czy już nie od wschodu słońca, stare dokumenty, zapewne rodziny Turzyńskich. Chłopak nie dopił kawy, którą jak zwykle przyniesiono im do pokoju, i szybko ubrawszy się, wybiegł do parku.
Ranek był jasny i chłodnawy. Na czystem niebie stało kilka białych obłoków, przypominających jagnięta: na klombach i trawnikach iskrzyły się i grały wszystkiemi barwami gęste krople rosy; park śpiewał. Ale cuda natury nie uspokoiły Józefa; przeciwnie, zbudziły w nim tęsknotę, od której, zdaje się, niema ucieczki, chyba do grobu.
Źle było mu w pokoju z Łoskim, źle w parku. Przez chwilę pomyślał: możeby wrócić do Kamienia?... ale aż otrząsnął się na wspomnienie lekcyj z braćmi, facjatki, w której mieszkał, pól i lasu, które przedeptał. Może do Warszawy? Poco? Ażeby matka spostrzegła, że wyjechał od niej wesoły, a wraca smutny? Może odnaleźć Stasia i Andrzeja Turzyńskich, pójść z nimi do strzelnicy, albo konno pojechać na spacer? A niechże Bóg broni! Czuł już nietylko obawę przed ludźmi, ale wstręt do ich towarzystwa.
„Czy nie grozi mi melancholja? — pomyślał ze strachem. — Takie smutki bezprzedmiotowe!...“ — Lecz ta właśnie uwaga oprzytomniła go i począł się zastanawiać:
„Oczywiście jest mi tu obco; nie zżyłem się z miejscem, ani z ludźmi; Łoski dla mnie za chłodny, pomimo rozumu i uczciwości, Staś jest warchoł i paniczyk, Andrzej nudny, Pomorski wyjechał... Doktór Płótnicki — nie wiem, pesymista, czy drwił ze mnie wczoraj? Permski jest dziwny: umie tylko rozbudzać gniewy przeciwko wielkim panom, ale nie potrafi ukoić człowieka stęsknionego, sam zresztą nie wiem za czem!...
Po wielogodzinnem wałęsaniu się i odpoczywaniu na ławach, Józef wrócił z parku na dziedziniec, a zbliżywszy się do sadzawki, uczuł, że chyba zapłacze, pod wpływem perlistego szmeru fontanny. Nagle skamieniał: spojrzawszy bowiem w otwarte okno Zosi, zobaczył — bukiet!
Tęsknota znikła, niby czarna błyskawica, a jej miejsce zajęła gorączkowa ciekawość i szarpiący niepokój. Bukiet w oknie znaczy, że Zosia wyszła i że chce go zobaczyć. Ale gdzie jest? Nie na dziedzińcu, więc chyba w parku. Przecież dopiero co tam był? Tak, był, lecz na drogach najmniej uczęszczanych.
Chciał pobiec pędem, ale pohamował się, z obawy skompromitowania panienki. Więc szedł — zdawało mu się — wolno i w parę minut znalazł się w alei głównej, na której drugim końcu zobaczył pannę Sobolewską z doktorem Płótnickim, a o kilkanaście kroków przed nimi — Zosię z bukiecikiem kwiatów polnych.
Gdyby mu nawet śmiercią zagrożono, nie potrafiłby powiedzieć, w jaki sposób dosięgnął owego miejsca, jak przywitał się z osobami starszemi i jak znalazł się przy Zosi. Na szczęście starsi byli zajęci sobą: panna Krystyna zdawała się być wzruszona, a doktór tak zapatrzony w nią, że bodaj czy zauważył obecność Józefa.
Chłopak oprzytomniał, usłyszawszy głos Zosi:
— Widzi pan tych dwoje? — spytała Zosia tonem wyższości, wskazując oczyma na doktora i pannę Krystynę. — Ludzie zakochani są ogromnie zabawni!
— Pani nigdy nie znajdzie się w tem położeniu? — półgłosem odpowiedział Józef.
— Za kogóż mnie pan uważa? — odparła Zosia. — Kto, ale chyba pan, powinienby już wiedzieć, że jestem kobietą nową... Ale mniejsza o nich. Bardzo dziękuję, że pan przyszedł, bo mam dużo do opowiedzenia.
— Jestem szczęśliwy... — zaczął Józef; ale spostrzegłszy, że Zosia wzruszyła ramionami, zamilknął.
— Niech pan sobie wyobrazi, ile kłopotu narobił mi ten bukiet, który miał stać w oknie.
— Czy kto słyszał?
— Nikt niczego nie słyszał, ale ja miałam skrupuły. Naprzód, czy stosownie zrobiłam, powierzając panu moje troski...
— Ależ jestem najszczęśliwszy...
— Właśnie tak sobie powiedziałam, że pan jest dobrym człowiekiem, który lubi sprawiać ulgę bliźnim.
— No, nie każdemu!
— Z pewnością każdemu — mówiła Zosia tonem osoby bardzo dojrzałej i doświadczonej. — Pan siebie jeszcze nie zna!
— Ależ...
Panienka z politowaniem znowu wzruszyła ramionami.
— Powtóre, bałam się, że pan może nie zauważyć bukietu. Tak łatwo się zapomina...
— O, proszę pani!...
— Albo, że wczoraj upatrywał go pan i nie znalazł, więc mógł pomyśleć, że ja zmieniłam zamiar. Ale ja moich postanowień nigdy nie cofam.
— Czy da pani wiarę, że wczoraj naprawdę przez cały dzień upatrywałem bukietu, a dziś od rana opanował mnie taki niepokój, takie przeczucia...
— Przeczuciom nie trzeba zanadto wierzyć — mówiła Zosia tonem banalnie profesorskim.
Józef pomyślał, że jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się słyszeć tak mądrych i głębokich poglądów.
— A teraz — ciągnęła Zosia — powiem panu, stosownie do naszej umowy, dwie nowe tajemnice: jedną smutną, drugą — nie wiem, jak panu powiedzieć — chyba... dziwną.
— Już zgóry obie mnie obchodzą.
— Ale, panie, nikomu ani słówka! Chociaż, poco ja to ciągle powtarzam, skoro wiem, że pan nikomu i nigdy nie zdradziłby moich tajemnic?
— Wolałbym życie stracić, mówię to pod słowem honoru! — szepnął Józef.
— O, aż tak, to nie! — odparła Zosia stanowczo. — W razie najmniejszego niebezpieczeństwa dla pana, raz na zawsze upoważniam, a nawet proszę, ażeby pan wszystko powiedział. Przyrzeka mi pan?... Ja nie chcę — słyszy pan? — ja nie chcę, ażeby z mojej winy narażał się pan, nietylko na niebezpieczeństwo, ale nawet na przykrość.
— Słucham panią dalej — rzekł Józef.
— Zresztą o tem jeszcze pogadamy, a teraz... Czy pan wie — mówiła, zniżając głos — pokazało się, iż tatuś ma daleko więcej długów, aniżeli przypuszczał sam?
— Pan sędzia musiał o nich zapomnieć? — wtrącił Józef.
— Ale gdzieżby znowu! — przerwała Zosia. — Kto zaciąga długi, powinien, ma obowiązek pamiętać o nich, a tem bardziej mój tatuś, on, taki pełen honoru. O, tatuś nie zapomniał, ale nie wiedział o ich istnieniu.
Józef spojrzał na nią, trochę zdziwiony wykrzyknikiem, a jeszcze bardziej wyrazem jej fizjognomji. Istotnie Zosia jakby zmieniła się w ciągu paru minut: oczy pociemniały, na twarzyczkę padł cień.
„Oczywiście — myślał Józef — pan sędzia zaciągał długi, rzucał weksle na prawo i na lewo, więc nie zna ich wysokości.“ — Ale głośno wypowiedzieć tego nie miał odwagi.
Tymczasem Zosia mówiła dalej:
— Tatuś musi mieć jakiegoś nieprzyjaciela, który wypuszcza weksle fałszywe z jego nazwiskiem.
— No, jeżeli fałszywe, to pan sędzia nie będzie ich płacił — odezwał się Józef.
Zosia spojrzała na niego surowo.
— Tak może myśleć — rzekła — człowiek, który wcale nie zna tatusia. Nie płacić!... łatwo to się mówi; ale cóż winni biedni wierzyciele, jeżeli ich oszukano zapomocą nazwiska Turzyńskiego?... Tatuś przecie musi bronić honoru nazwiska, nie pozwoli, ażeby włóczono je po sądach.
Józef zdumiał się nad taką szlachetnością poglądów; czuł jednak, że one nie są praktyczne. Nie wydawało mu się też, aby pan Turzyński był zanadto pochopny do płacenia weksli fałszywych. Chyba, że ktoś z rodziny...
— Pani nie domyśla się, ktoby to mógł zrobić?
— Kto? najprędzej Żydzi, którzy znają podpis tatusia.
Józef odetchnął, przed chwilą bowiem przeleciała mu przez głowę myśl o Stasiu. Ale, naturalnie, Staś nie dopuściłby się niczego podobnego!
— Skąd jednak państwo dowiedzieli się? — zapytał.
— Tatuś miał list od pana Byvatakyego, który nawet w tej sprawie dziś przyjeżdża do nas. Pan Byvataky — wielki adwokat. Wie pan, ojciec przyjaciela naszego Staśka.
— Jeżeli suma duża, to nieszczęście! — szepnął Józef.
— Bardzo duża. Ale wie pan, co jest w tem najgorszego? — ciągnęła Zosia, a w jej oczach zaszkliły się łzy. — Ach, poco ja to mówię!... Ale komuż powiem? Najgorsze to, że wszystkie długi tatusia chce spłacić nasz kuzyn, Kajetanowicz.
— Słyszałem, że to bardzo bogaty człowiek.
— Niechaj nim będzie, ale niech nie miesza się do naszych kłopotów! To też gdyby nie pewność, że odzyskamy Turzyce, byłabym w rozpaczy. Pierwszym obowiązkiem, po odebraniu naszego majątku, będzie spłacić kuzyna, choćby nam nic nie zostało, choćbym miała pójść w służbę.
— Pani nie potrzebuje... — rzekł Józef. Chciał powiedzieć: „Pani nie potrzebuje lękać się o swoją przyszłość,“ ale pohamował nadmiernie rozkołysany zapał.
— Nie potrzebuję! — powtórzyła Zosia, wstrząsając głową i uśmiechając się smutno. — Mówmy lepiej o rzeczach weselszych. Ach, jakie to niepotrzebne, jakie to niewłaściwe, że ja panu powierzam przykre tajemnice! Czy pan wie, że Paulinka Klęska już nie wyjedzie od nas, a przynajmniej nie zaraz? I wie pan dlaczego? Hrabia Kajetanowicz zauważył, że ma istotnie piękny głos, i tak wpłynął na ciocię Dorohuską, że ona — słyszy pan? — ciocia Dorohuska chce Paulinkę wysłać do Lampertiego, na naukę śpiewu.
— Pokazuje się, że pani Dorohuska jest bardzo dobrą osobą — odpowiedział Józef.
Zosia ruszyła ramionami.
— To nie dobroć, to ambicja! Ponieważ hrabia zna się na muzyce, więc ciocia myśli, że Paulinka zostanie wielką artystką. No, a rozumie pan, że jest to duża przyjemność wykształcić na swój koszt wielką artystkę! Biedny nasz kuzynek!
— Hrabia? A cóż jemu za bieda?
— Jestem pewna, że zakocha się w Paulince.
— Skądże znowu?
— O, ja miewam trafne przeczucia — mówiła Zosia. — Ile razy tatuś ma dostać migreny, zawsze przeczuję to, zgóry na kilka godzin.
— Migrena... miłość! — powtórzył Józef, uśmiechając się. — Zakochał się, to i dobrze. Pobiorą się i będą szczęśliwi. Innym podobny zamiar nie udałby się tak łatwo.
— Jakim innym? — spytała ostro Zosia, zatrzymując się w alei.
— No, naprzykład, gdyby pan Łoski zakochał się w pannie Sobolewskiej. Oboje biedni, prawie nie mogliby się pobrać.
— Ach, to chodzi o pana Łoskiego?... Zapewniam pana, że Kajetanowiczowi nieskończenie byłoby trudniej ożenić się z Paulinką.
— Takiemu magnatowi?
— Właśnie dlatego. Sfery arystokratyczne nie lubią, ażeby ich zbiorowy majątek spływał gdzieś na dół i — znikał, przynajmniej dla nich. Panna Krystyna dobrze wyjaśniła mi tę sprawę.
Józef zarumienił się i zbladł. Burza uczuć i myśli uderzyła mu do głowy. Chciał coś powiedzieć, zawahał się i po chwili rzekł niepewnym głosem:
— A gdyby naprzykład Staś, brat pani, zakochał się w panience niearystokratycznego pochodzenia, czy także nie miałby prawa ożenić się z nią?
Zosia machnęła ręką.
— Staś? — powtórzyła. — Stasiowi wszystko wolno, bo my już dziś nie jesteśmy... dawnymi Turzyńskimi.
Głos jej załamał się; spuściła oczy i zamilkła.
„Ona jednak bardzo żałuje tej swojej sfery!“ — pomyślał Józef, czując ściśnięcie serca. A głośno zapytał:
— Ale gdy państwo odzyskacie Turzyce, czy i wówczas Staś będzie wolny?
— To zależy od niego, choć wiem, że ciocia Dorohuska nigdy nie przebaczyłaby mezaljansu — odparła Zosia. — Ach, panie Trawiński, obowiązek względem nazwiska bywa niekiedy bardzo ciężki, a jednak... trzeba go spełnić!...
Mówiła, jak osoba dorosła, znająca świat i życie; mówiła wyraźnie i melodyjnie, jakgdyby z jej ust szlachetnych sypały się perły na tacę złotą. A każda z tych pereł uderzała — prosto w serce Józefa. Bladł i czerwienił się, oczy zasłaniał mu jakiś cień. Wreszcie rzekł głosem stłumionym:
— Czasami ciężkie chwile spadają na człowieka... Czasem chciałby nie patrzeć, nie słuchać, nie myśleć, nie czuć, ale zapaść pod ziemię, gdzieś tak głęboko, ażeby nawet jego prochy nigdy... nigdy nie wydobyły się na słońce...
— Skądże takie rozpaczliwe poglądy? — spytała zdziwiona Zosia.
W tej chwili odezwał się głos, tuż za nimi:
— Zosieńko, wracamy do domu. Dowidzenia! — rzekła w dalszym ciągu panna Sobolewska, z uśmiechem podając rękę Płótnickiemu, którą chciał pocałować. Ale panna Krystyna cofnęła się, mocno zarumieniona.
Zosia i nauczycielka poszły ku pałacowi, Józef stał w miejscu, bez ruchu.
— No, kolego! — zawołał wesoło Płótnicki — to i my chyba wracajmy do siebie. Prawda, jaki cudny dzień? Niekiedy zdaje się człowiekowi, że już opuścił ziemię i znajduje się gdzieś, niby w przysionku raju, co?... Kolega musiał tego doświadczyć po trudnym egzaminie, co? Gdybym miał czas, zaproponowałbym koledze jakiś wściekły spacer łódką, wiorstę... dwie wiorsty... aż do utraty sił, ażeby nie oszaleć z radości... Takie bywają piękne dnie, na wsi, podczas lata. Kolega nie zauważył tego?
— Ale bywają i takie przykre — odparł bezdźwięcznym głosem Józef — że człowiek chciałby sobie głowę rozbić o drzewo...
— Ech, faramuszki! Koledze daleko do podobnych desperacyj. W naszym wieku życie jeszcze pali się, świat pływa w oceanie blasków, zapachów, kolorów, muzyki. W takich chwilach czuje się wieczność, chociaż jej niema...
Ujął rękę Józefa, potrząsnął kilka razy i szerokim krokiem poszedł ku bramie parku.
Józef machinalnie przypatrywał się drzewom i marzył:
„Cóżto za arystokratka! Wylazło szydło z torby... Ona potrzebuje przed kimś zwierzać się, i... mnie wybrała!... Rozumie się, że stary sam narobił długów, sam zapomniał o nich, a córka uważa go za ofiarę... Oto jest dziwny rodzaj ludzi!...“
Bieg myśli przerwał się, lecz po chwili znowu zaczął płynąć:
„A gdyby tak pójść do strzelnicy ze Stasiem i Andrzejem i... niechcący... palnąć sobie w łeb?... Z jakiem zajęciem doktór oglądałby trupa „kolegi.“ Wszyscy zachodziliby w głowę, tylko ona może odgadłaby, że to... Pan hrabia miałby głupią minę, jak zwykle... Staś zapewne błaznowałby, ale ona... Prawie widzę, jak Łoski mdleje z przerażenia... A matka?...“
Na wspomnienie matki, otrzeźwiał.
— Nie, jasna panienko — mówił — ja nie zabiję się dla ciebie!... Będę żył i będę pracował nad tem, ażeby wasze wielkie fortuny spłynęły gdzieś na dół, do tych, którym brakuje chleba...
Płótnicki był szczerze przywiązany do Kajetanowicza, pomimo jego niezwykłych dziwactw. Naprzód bowiem hrabia zapewnił doktorowi doskonałe utrzymanie, powtóre, bez względu na histeryczne niekiedy wybryki, Kajetanowicz był w gruncie rzeczy dobrym człowiekiem.
Doktór od rana nie widział swego pacjenta, a miał o nim od Karola wiadomości niepokojące. Po śniadaniu pan hrabia długo spacerował w parku z panną Klęską i wrócił do siebie mocno podniecony. Później — naradzał się przez parę godzin z panią Dorohuską i panem Turzyńskim; po tej zaś konferencji przyszedł do mieszkania zły jak djabeł. Dość powiedzieć, że Karola nazwał „panem“ i szturchnął go w plecy butelką wody kolońskiej. Potem Karolowi kazał wynosić się z pokoju i został sam, z miną samobójcy.
O wszystkiem Karol zaraportował panu doktorowi jeszcze przed godziną. Ale ponieważ Płótnicki, w tym właśnie czasie, dokonał bardzo poważnego aktu, więc nie zaraz poszedł do pacjenta. Dopiero, pożegnawszy się z panną Sobolewską i wypowiedziawszy Józefowi kilka optymistycznych poglądów na życie, dopiero teraz przypomniał sobie hrabiego i doznał wyrzutów sumienia.
„Jest rozdrażniony, a nie wzywał mnie? — myślał doktór. — Musi być znowu chory!... Ha, idźmy, trzeba chłopa obejrzeć i pocieszyć.“
Wszedłszy do pałacu, na pierwsze piętro, doktór zatrzymał się przede drzwiami pokoju hrabiego, posłuchał... Cisza... Zapukał.
— Proszę wejść! — odpowiedziano bolejącym głosem.
Płótnicki wszedł, spojrzał. Hrabia siedział na kanapie blady, zgnębiony, bez surduta. Oparł łokieć na poręczy, głowę na łokciu i patrzył gdzieś w przestrzeń wzrokiem tak smutnym, że z tygrysiego serca mógł był wycisnąć łzy.
— Widzi pan, co się ze mną dzieje! — rzekł Kajetanowicz, tragicznym ruchem wyciągając rękę dogóry, a następnie wskazując na okolicę serca.
— Oho, już coś nowego! — zawołał doktór.
— Pan bo zawsze musi kogoś posądzać — odparł kwaśno hrabia. — Za kogoż mnie pan wreszcie uważa?
Ale widząc, że doktór wciąż surowo przypatruje mu się i milczy, dodał:
— Wlazła tu jakaś pokojówczyna... W każdym razie niech pan z łaski swej zbada mój puls.
Doktór ujął go za rękę, wydobył zegarek i patrząc na skazówkę sekundnika, mruczał:
— Chce żenić się z kuzynką... Myśli na swój koszt edukować przyszłą artystkę i — przyjmuje wizyty pokojówek!...
Hrabia siedział pokorny i smutnie kiwając głową, szepnął:
— Bardzo zły puls?
— Wcale nie zły! — warknął doktór. — Ale jeżeli hrabia nareszcie nie pohamuje się, za nic nie ręczę. Tu... tu jest źródło rozmaitych dziwactw i fobij, zwracających uwagę ludzką.
— Jakich dziwactw? — pytał cieniutkim głosem hrabia. — Nawet robotę pończochy zarzuciłem... Będę teraz więcej grywał na fortepianie.
— Jako akompanjator?
— A pan skąd wie?
— Przecie znam pana hrabiego nie od dzisiaj!... Cóż, lepiej?
— Cokolwieczek, ale bardzo mało. Nogi mi drżą.
— Gdzie znowu?... Nic nie widzę.
— Drżą wewnętrznie, wie pan?... Jakby tu określić?...
— Nic nie drży i serce w porządku. Siedemdziesiąt sześć.
— Czy podobna?... Więc ja nie jestem ciężko chory?
— Po dziesięciotysięczny raz mówię, że pan wcale nie jest chory — odpowiedział doktór. — Chociaż nie myślę ukrywać, że marnuje pan siły i życie.
— Czy pan nie wie, jak słabym tworem jest człowiek? — westchnął hrabia. — Przecież nawet święci...
— No, ale możeby się pan hrabia przeszedł po pokoju?... Możeby wykonał parę ruchów gimnastycznych?
— A nie zaszkodzi? — błagalnym tonem spytał Kajetanowicz. I nie czekając odpowiedzi, szybko wybiegł na środek pokoju, wyciągnął ręce, rozsunął je, podniósł dogóry, zniżył. Następnie ujął się pod boki i tułowiem zaczął poruszać: naprzód, wtył, na prawo, na lewo. Po kilkuminutowych ćwiczeniach twarz wypogodziła się i hrabia usiadł na fotelu, głęboko oddychając.
— Pan jest cudotwórca! — zawołał. — Założę się, że gdybym nawet umarł, wskrzesiłby mnie pan. Coprawda, nie na długo! — westchnął smutnie.
Po chwili zaczął znowu jękliwym głosem:
— Ale jakie szczęście, że nie zobowiązałem się do tego stypendjum...
— Jakiego stypendjum? — wtrącił zdziwiony doktór.
— A dla tego chłopca... tego Sobolewskiego, czy jak mu tam?...
— Jakiego Sobolewskiego? — spytał już podrażniony doktór. — Panna Sobolewska jest moją narzeczoną...
— Ach, ta pani?... nauczycielka mojej kuzynki? — zawołał hrabia, zrywając się. — Więc to już?... Serdecznie winszuję! Dom, ogród, kareta, ile razy pani zechce wyjechać. A pierwszego syna ja trzymam do chrztu...
— Bardzo, ale to bardzo dziękuję panu hrabiemu, o którego łaskawych względach nigdy nie wątpiłem — odparł lekarz, kłaniając się i ściskając wyciągniętą rękę hrabiego. — Ale o jakiem to stypendjum wspomniał pan?
— Nie, nie... to nic, nic!... Ja tylko nadmieniłem, iż dobrze się stało, żem nie obiecał dać stypendjum temu chłopcu stajennemu.
— Jakto? — zdziwił się Płótnicki. — Wobec ludzi do niczego nie zobowiązywał się pan hrabia, ale wobec siebie. A to przecie ważniejsze nawet od piśmiennych dokumentów.
— Wobec siebie?... Nic nie pamiętam! Musiało to być coś bliżej nieokreślonego.
— O, przepraszam, panie hrabio! — zawołał doktór. — Człowiek niezwykle szlachetny, jak pan, nie może cofać swoich postanowień, szczególniej gdy idzie o czyjąś przyszłość... Protestuję w imieniu tego hrabiego Kajetanowicza, którego miałem zaszczyt poznać nietylko ciało, ale i duszę...
— Podobno wcale niema duszy! — szepnął hrabia. — Przynajmniej tak mówią farmazoni... Czy doktór jest pewny, że ja postanowiłem coś w rodzaju stypendjum?
— Postanowił pan dawać chłopcu czterysta rubli rocznie, przez pięć lat, na edukację. Chłopak istotnie dobry i zdolny, poznałem go dzisiaj.
— Czy choć aby szlachcic?
— Może być! — odpowiedział doktór. — W Klejnocie, jak panu hrabiemu wiadomo, nietrudno o szlacheckie potomstwo.
— Zaraz tyle wymówek! — szepnął Kajetanowicz. — A ja taki chory!
— Ciągle chory? — spytał Płótnicki. Wydobył pugilares, z niego malutki flakonik kryształowy, w którym znajdowały się pigułki nie większe od ziarek prosa. Doktór odetkał korek i rzekł:
— Niech-no pan hrabia, z łaski swej, wyciągnie rękę.
Twarz hrabiego zajaśniała najpiękniejszemi blaskami radości.
— Lekarstwo? — zapytał ze słodkim uśmiechem. — Homeopatja?
— Nie homeopatja. Pigułki małe, ponieważ zawierają silny narkotyk. Po upływie kilku minut nie pozna się pan hrabia.
— Co?... tylko dwie pigułeczki, takie malutkie? — zawołał hrabia, połykając dwa białe ziarnka. — Słodkie?... Czy to ich smak naturalny?... Niech-no mi pan da jeszcze...
— Ani jednej! Chciałbym panu hrabiemu w taki sposób wydzielać je, ażeby i za dziesięć lat jeszcze wystarczały do uspokojenia go dwie, trzy pigułki naraz.
— A co to za narkotyk? — pytał hrabia ciekawie.
— Przepraszam, ale tego nie powiem. Gdy mi jednak pan hrabia da dymisję, zostawię memu następcy receptę i wskażę fabrykanta. Pan pigułek nie będzie miał w rękach; pacjentom nie daje się takich środków.
Hrabia miał minę dziecka, które zabiera się do płaczu.
— Doktór mści się — rzekł — za tego... za tego niby stypendystę.
— Poco miałbym się mścić? Przecie pan hrabia ostatecznie zadecydował, że chłopak otrzyma dwa tysiące rubli w pięciu ratach rocznych...
Kajetanowicz krzywił się i targał włosy.
— Dwa tysiące rubli — mówił — bagatela!... Pan chyba nie wie, w jakiem ja strasznem jestem położeniu? Musimy oszczędzać, jeżeli Turzyce mają być wykupione i sprawy Klejnotu uregulowane. Turzyce chaos!... Klejnot drugi chaos!... A tymczasem Klejnot od trzech wieków jest w posiadaniu naszych rodzin, a w Turzycach są nawet groby! Tam przecie leży wojewoda Joachim i biskup Marcin Kajetanowicz... Takich pamiątek nie zostawia się w rękach aferzysty... I właśnie w podobnej chwili każe mi pan płacić stypendja! Dwa tysiące rubli!
— Na pięć lat — wtrącił Płótnicki. — Artystka może kosztować w ciągu jednego miesiąca więcej... — dodał, uśmiechając się.
— Cicho, na miłość boską! — szepnął hrabia. — Co też pan wygaduje o kobiecie!... o młodej, niewinnej panience?... Ja nie wiem, czy na siebie wydaję dwa tysiące rubli miesięcznie...
— Ale nie na siebie, w marcu, wydał pan hrabia trzydzieści...
— Cicho!... cicho!... — szeptał przerażony hrabia, choć było widoczne, że zdradzanie podobnych tajemnic nie robi mu wielkiej przykrości. — Skąd pan wie o tych plotkach?
— Cała Warszawa wie.
— Straszna rzecz! — jęczał Kajetanowicz, chwytając się za głowę. — I kto takie bajdy rozpuszcza?... Więc teraz panu powiem szczerze. Może być, że Borosio, na skutek jakiejś mojej niewyraźnej wzmianki, udzielił trzydziestu tysięcy rubli... choćby nawet bezprocentowej pożyczki, ale zapewniam... zapewniam pana, że nie miałem za to nic, ale to nic!... To był stosunek idealny... poprostu — dług wdzięczności... Bo uważa pan, jeden z przodków tej damy jednemu z moich oddał jakąś wielką usługę... Więc — pojmuje pan?...
— Nie robi pan hrabia dobrych interesów.
— Co pan chce? Kobieta to kanarek oswojony. Siada na ramieniu, nawet na głowie, dotyka nas ślicznym dzióbkiem, ale gdy zechcesz wziąć ją w rękę... furrr!... i już niema ptaszka... Ale wie pan, że te pigułki znakomicie mi zrobiły. Czuję się zupełnie rzeźkim!
— Jeden więcej dowód, jakie pan ma żelazne zdrowie — odpowiedział doktór. — I gdyby nie kobiety...
— Kochany, drogi doktorze — mówił hrabia, składając ręce — co pan ma do tych nieszczęśliwych kobiet? zaco pan je tak nienawidzi? Przecie niech pan tylko pomyśli: czem byłby świat bez nich?... Park w Kajetanowicach, zresztą i w Klejnocie, ładny, prawda? Ale co byłby wart, gdyby pod jego drzewami od czasu do czasu nie ukazała się obłoczna postać kobiety?... Muzyka — piękna rzecz, kwiaty — także miłe; kto jednak zwróciłby na nie uwagę, gdyby nie interesowały kobiet? Niech pan wyobrazi sobie najcudniejszą noc księżycową bez kobiety? A kto wsłuchiwałby się w ciszę letnią, gdyby wśród niej nie rozległ się czasami niebiański śmiech kobiety?... No, niech pan sam powie?... Drogie tkaniny, stylowe sprzęty, perły, brylanty, jakież miałyby znaczenie bez kobiet?
— Wszystko to jest prawdziwe i byłoby dobre, gdyby pan hrabia więcej panował nad sobą — mówił doktór. — Przecie to nawet grzech, z pańskiego stanowiska, jako dobrego katolika.
Kajetanowicz zrobił pobożną minę.
— Proszę pana, przecież święci, nawet najwięksi, grzeszyli po siedem razy na dzień... Więc cóż ma robić człowiek zwyczajny?
Hrabia zamyślił się i po chwili dodał z westchnieniem:
— Chciałbym być chociaż niewielkim świętym!
Bywały odezwania się, o których Płótnicki nigdy nie wiedział, czy hrabia wypowiada je przez jakąś chorobliwą naiwność, czy przez głęboko ukrytą ironję.
W tej chwili na dziedzińcu zrobił się ruch; hrabia pobiegł do okna, wyjrzał i zobaczył gromadkę służby, kręcącej się około podjazdu.
— Zdaje się — mówił hrabia — że jedzie pan Byvataky. Dzielny adwokat i niezwykle uprzejmy człowiek. Grzeczność leje się z niego, jak mleko z wymion, i nawet nie potrzeba doić. Komu to on się kłania? Aha, stróżowi i dwom ogrodniczkom. Istotnie przed pałac zajechał powóz, z którego wyskoczył naprzód młody Byvataky w jedwabnym kitlu, a następnie tęgi, szpakowaty pan, również w kitlu. Pan miał twarz starannie wygoloną i trzymał w ręce kapelusz, który w połowie dziedzińca zdjął z głowy. Oczywiście przed pałacem musiał na niego ktoś czekać.
— Biedny mój kuzyn! — mruknął hrabia — zamiast wysłać Radcewicza, sam przyjmuje adwokatów... A wcale nie będzie go to taniej kosztowało.
— Pan hrabia dziś niezwykle złośliwy! — uśmiechnął się Płótnicki.
— To pańskie lekarstwo tak mnie usposobiło, gdyż względem pana Byvatakyego nie mam powodu być złośliwym. Owszem, nawet go lubię. Człowiek to gładki jak kula bilardowa; nigdy mi nie grozi, nie straszy... Nie przemawia do mnie zły i zmarszczony: dawaj, drabie, pieniędzy na cele patrjotyczne, albo filantropijne, za to, że cię Pan Bóg skarał majątkiem i tytułem!
— Czy to niby ja mam w taki sposób przemawiać? — spytał nieco zmieszany doktór.
— Ale gdzież znowu! — zawołał Kajetanowicz, ściskając go za oba ramiona. — Ja tylko chcę dać panu dowód, że oceniam zalety pana Byvatakyego. To jest naprawdę niepospolity człowiek. Podobno jeszcze żadnej sprawy nie przegrał, choć, jak wiadomo, sprawy bywają dobre i złe. Kuzynka Dorohuska myśli, że on wygra proces z tym... tym... no, z tym, co to zagarnął Turzyce...
— Słyszałem, że nazywa się Nieznany — wtrącił Płótnicki.
— Otóż to — ciągnął hrabia podniecony. — Kuzynka jest najpewniejsza, że pan Byvataky wyrzuci na bruk pana Nieznanego, a ja mówię: czekajmy!... zobaczymy!... W każdym razie umiem cenić niezwykłość pana adwokata.
Zwrócił, jakby zaniepokojony, głowę w kierunku drzwi i rzekł:
— Żeby on nie chciał teraz złożyć mi wizyty?...
Gdy jednak z przed pałacu powóz odjechał i służba zniknęła, a na korytarzu było cicho, Kajetanowicz ciągnął dalej, tonem naiwnym:
— Mówię, że lubię pana Byvatakyego. Ten człowiek nigdy się nie narzuca. Gdy jest w pokoju, nawet nie wiem, że jest; gdy wyszedł, nie pamiętam, że był. Ja, po konferencji z nim, tylko mrugnę na Borosia, Borosio zlekka kiwnie głową i — już się rozumiemy. Potem obaj ci panowie odchodzą do kancelarji, tam Borosio spogląda na Byvatakyego, pan Byvataky podnosi dogóry dwa albo trzy palce, bierze dwie albo trzy sturublówki i — basta!
— Takim pan hrabia nie żałuje pieniędzy — wtrącił doktór.
— Proszę pana, ja nie mam powodu żałować, bo o nich nie rozmawiam, a więc i nie myślę. To Borosio niech żałuje, gdyż on załatwia wszelkie rachunki. Zna pan przysłowie: nieszczęście, którego nie widzimy, nie jest nieszczęściem?
We drzwiach ukazał się Karol, cichy jak widziadło.
— Jaśnie pani — rzekł — zapytuje, czy jaśnie pan raczy przyjść?
— Dobrze! dobrze! — przerwał hrabia. — Za chwilkę.
A gdy doktór żegnał go ukłonem, hrabia przymknął lewe oko i po łobuzersku wyrzucił głowę w kierunku drzwi, któremi wyszedł Karol.
— Bę-dą nu-dy! — wyśpiewał. — Nasłucham się wykrzykników: obowiązki obywatelskie!... honor rodziny!... dwakroć sto tysięcy gotówką, a resztę można poręczyć... et caetera...
Podniósł dogóry obie ręce i szeroko ziewnął.



XVI.

— No, już idźmy, bo dzwonią na obiad! — rzekł Łoski do Józefa, poprawiając grzebieniem włosy i zapinając surdut, którego jedną z dziurek przyozdobił ponsowym goździkiem. — Nie można spóźniać się...
— Chciałbym, ażeby to już był ostatni obiad! — odmruknął Józef z niechęcią.
— Dlaczego?... Wreszcie jeszcze nie skończyłeś interesu, który może dopiero dziś rozstrzygnie się, gdy przyjechał mecenas Byvataky.
— Myślałem, że się tu przyzwyczaję — mówił Józef — a tymczasem jest mi coraz bardziej obco.
— Dlaczego?... Nie kapryś. Denerwujesz się czemś bez potrzeby. Co godzinę masz inny humor. Co ci tu złego?
— Mówię panu, że obco mi — odparł Józef. — Dziwny ten świat wielkich panów! Bawią się, nudzą, jedzą, gadają o długach albo o pieniądzach i nic, ale to nic nie robią. Jestem przerażony ich jeneralnem próżniactwem.
— Mylisz się, mój kochany — rzekł Łoski, tonem upominającym. — Przecie panienki codzień uczą się, Staś i Andrzej to samo... No, a sędzia i pani Dorohuska już swoje odrobili...
— A pan hrabia Kajetanowicz jeszcze robi... pończochę!
— Otóż właśnie, że podobno przestał ją robić. Zawstydziły go nasze panienki: Zosia i Paulinka.
Tak rozmawiając, wyszli z pokoju w oficynie i przez dziedziniec podążali do pałacu.
— Jeżeli cię drażni hrabia, choć nie wiem dlaczego — mówił Łoski — to uspokój się, gdyż dziś starszych państwa nie będzie przy stole. Sędzia, hrabia, pani Dorohuska i mecenas Byvataky jedzą obiad w swojem kółku i w innym pokoju. Mają wiele do gadania.
— Wcale się o to nie gniewam! — mruknął Józef.
W sali jadalnej, dokąd weszli, już zebrało się całe młode towarzystwo. Zosia rozmawiała z Różą Turzyńską i Stasiem, doktór na boku szeptał do panny Sobolewskiej, Permski, machając rękoma, coś prawił pannie Klęskiej. Spostrzegłszy wchodzących, Zosia uśmiechnęła się do Łoskiego, a w tej chwili, drugiemi drzwiami, wszedł młody Byvataky z okazałym panem o szpakowatych włosach i wygolonej twarzy, z czerwoną wstążeczką w dziurce od guzika.
— Pan mecenas Byvataky! — odezwał się Radcewicz, który i dziś czuwał nad służbą w jadalni.
Okazały gość lekkim krokiem przybiegł do Zosi i ująwszy obu rękoma jej rączkę, mówił z uśmiechem:
— A zawsze tak anielsko spokojna, taka dobra!... Niech sobie pani wyobrazi, że nareszcie odgrzebałem w pamięci... Pani jest podobna do portretu Greuze’a pod tytułem: „Młoda panienka z jagnięciem.“ Portret znajduje się w galerji narodowej w Londynie[1]. Długi czas męczyłem się, chcąc przypomnieć, do kogo pani jest podobna... I dopiero w tej chwili, spojrzawszy na panią, odetchnąłem. Prawda, jaka to ulga, przypomnieć sobie rzecz zapomnianą?
A gdy zarumieniona Zosia odpowiedziała jakąś grzecznostką, mecenas zwrócił się do Płótnickiego.
— Jakie szczęście, że spotkałem tu naszą znakomitość!... Już oddawna marzę o zaszczycie wpisania się na listę pańskich pacjentów i jeśli pan doktór pozwoli, ośmielę się nawet dziś wieczorem niepokoić go...
Mocno uściskawszy rękę Płótnickiemu, Byvataky zaczepił Podolaka:
— Witam!... witam! — mówił. — Jego ekscelencja nasz pasterz postępuje w sposób pełen mądrości, zezwalając przyszłym kapłanom, od czasu do czasu, stykać się z niedoskonałem życiem świeckiem. Kto pokusy przejdzie zwycięsko, może już być sługą ołtarza i pocieszycielem nas, biednych grzeszników.
Kleryk zmieszał się, ale mecenas zwrócił się do panny Klęskiej:
— Z niezwykłej piękności i harmonijnego głosu wnoszę, że mam zaszczyt rozmawiać z panną Klęską?... Artyzm — godna zazdrości karjera, byle nie zepsuło jej jakieś uboczne uczucie. — A ciszej dodał:
Młode adeptki sztuki lubią sposobić się do przyszłych triumfów na najbliższem otoczeniu... Jest to praktyczne, o ile nie przynosi szkody innym...
Wobec niespodzianej impertynencji panna Klęska oblała się szkarłatem i drgnęły jej usta. Obrażona spojrzała na mówiącego i odwróciła się.
Mecenas pobłażliwie uśmiechnął się i zaczepił Łoskiego:
— Miło mi poznać pana profesora — rzekł, podając mu rękę. — Zdaje mi się, że w wielu razach podzielam jego poglądy, choć jako doświadczeńszy, nie sądzę, aby się rychło i łatwo spełniły.
Łoski spojrzał na niego wielkiemi oczyma.
Obecni byli zdumieni rozmownością i eleganckiemi ruchami mecenasa, a najwięcej swobodą, z jaką zaczepiał osoby, których nie znał. Coprawda, znajdowała się tu sama młodzież.
Teraz Permski zbliżył się do niego i wymienił swoje nazwisko.
— Pan Permski? — powtórzył mecenas. — W Petersburgu miałem zaszczyt poznać się z wyższym oficerem żandarmerji tego nazwiska. Może krewny?
— Eto moj stryj po waszemu — chmurnie odpowiedział Permski.
— Czeka pana świetna karjera przy jego protekcji!...
— Nie oczekuję od niego protekcji.
Mecenas stropił się. Zdziwiony, obrzucił wzrokiem Permskiego i Łoskiego, potem surowo spojrzał na syna i — zaczął komplimentować Stasia Turzyńskiego. Było jednak widoczne, że coś mu się nie udało, czy pomieszało.
Na szczęście wszedł lokaj i zaprosił pana Byvatakyego do jaśnie państwa.
W chwilę później młode towarzystwo hałaśliwie zasiadło do obiadu i zapomniało o niezwykłym gościu. Tylko panna Klęska odezwała się do Zosi, że — nie rozumie, co chciał powiedzieć jej pan mecenas? Zaś młody Byvataky miał minę zgnębionego, mało jadł i milczał.
Po obiedzie Józef ukłonił się Zosi nisko i zdaleka. Spojrzała na niego chmurnie, zlekka zarumieniona. Lecz gdy spostrzegła, że zabiera się do odejścia z Łoskim, zbliżyła się i rzekła:
— Jutro mamy wielki spacer do Turzyc. Spodziewam się, że pan nie zostanie tutaj?
— Jeżeli pani każe...
— I nie będzie mnie pan tak ostentacyjnie unikał — dodała półgłosem.
Józef wyprostował się, oczy błysnęły mu radością. Ale zanim miał czas odpowiedzieć, Zosia wzięła pod rękę pannę Różę Turzyńską i wyszła.
Kiedy z Łoskim znaleźli się na dziedzińcu, Józef zawołał:
— Pyszny dzień! Nie za gorąco i nie chłodno. Chciałbym, ażeby tak samo było jutro... Bo wie pan, że wszyscy stąd jadą do Turzyc?
— A tak, wspominał mi Radcewicz. Może być ładny spacer... Spodziewam się, że i ty pojedziesz? Warto poznać Turzyce i piękną drogę.
Idąc, zapatrzył się w obłok i nagle rzekł:
— A wiesz, że panna Krystyna już po słowie z doktorem Płótnickim?
— Co?... We dwadzieścia cztery godzin?...
— Ha, cóż?... Zdarza się tak na świecie — odpowiedział profesor, rozkładając ręce.
— I pan na to nic? — zapytał Józef.
— Człowiek niezawodnie porządny, utrzymanie świetne, byt do końca życia zapewniony... Niewielu kobietom w podobny sposób uśmiechnął się los. Ale trzeba przyznać, że i ona go warta.
— Staś Turzyński a nawet i ja myśleliśmy, że kiedyś... kiedyś... pan się z nią ożeni...
— Skąd? dlaczego? — pytał nieco zmieszany profesor.
— Czy ja wiem? — odpowiedział, stopniowo ośmielając się, Józef. — Wszyscy tu zawsze mówili, że państwo jesteście bardzo, ale to bardzo podobni do siebie z usposobień. Pan — zamiłowany nauczyciel, ona — zakochana w nauczycielstwie; oboje wykształciliście niejednego biedaka. Pan altruista, ona altruistka... Pan gorący patrjota, ona bodaj że nie ustępuje panu i pod tym względem. Pan marzy, aby kiedyś posiadać polską szkołę dla chłopców, a ona pragnęłaby mieć polską szkołę dla dziewcząt... A prawda, jeszcze jedno! I pan i ona z jednakową gorliwością opiekujecie się i chcielibyście dać wyższe ukształcenie Antkowi. To chyba niemało podobieństw i powodów do pobrania się! — zakończył Józef.
Łoski smutnie potrząsnął głową.
— Ani myślałem — rzekł — że tak gorliwie zajmujecie się nami. Tyle upatrzyliście podobieństw!...
— Ale pan się nie gniewa? — zawołał Trawiński, chwytając go za rękę.
— Wcale się nie gniewam, choć przykro mi, że mogliście kojarzyć tak niedobrane małżeństwo...
— O, za pozwoleniem! — protestował Józef.
— Teraz ty pozwól mi mówić — przerwał Łoski tonem zawsze łagodnym. — Cóżbym ja mógł dać pannie Krystynie, wzamian za jej piękność, dobroć, pogodę i tyle innych zalet?... Nie dałbym ani majątku, ani stanowiska, ani nazwiska...
— Przepraszam!... A czemże Płótnicki ma być lepszy od Łoskiego?
— On lekarz, a ja belfer. On ma znaczne dochody i już zapewne coś odłożył na czarną godzinę, ja w kasie oszczędności mam około dwustu rubli. Jego położenie materjalne poprawiać się będzie z roku na rok, a mnie co czeka? Liczę tylko na wczesną śmierć, bo gdybym dożył starości, uważałbym się za szczęśliwego, gdyby mnie wzięto do przytułku dla dziadów... Zrozumiejże, mój kochany, że jestem tylko belfrem... belfrem w dodatku polskim, od którego wiele się wymaga, niedużo płaci i nie daje mu się emerytury. Belfer!... Nie jesteśmy przecie Chińczykami, ani Żydami, bo tylko te dwa narody szanują nauczycieli.
Zamyślił się i po chwili dodał:
— Płótnicki zdrów, piękny, silny, a ja — nawet zdrowia nie mam. Tacy nie powinni, nie mają prawa żenić się... Wreszcie która kobieta wyszłaby za mnie? Chyba warjatka!...
Józef chciał protestować, ale Łoski przerwał mu:
— Zapewne idziesz na spacer?... Ja trochę się zdrzemnę: źle spałem dziś.
I poszedł do oficyny na górę, zostawiając oszołomionego chłopca. Szczęściem ukazał się Staś i Andrzej Turzyńscy i zabrali Trawińskiego na konny spacer. Gdy zaś wieczór zapadł, a sędzia, hrabia, pani Dorohuska i mecenas nie przerwali swoich tajemniczych narad, panienki po herbacie zaproponowały kawalerom tańce. Bawiono się parę godzin, w towarzystwie panny Sobolewskiej i Płótnickiego, który asystował jej w sposób bardzo urzędowy. Każda i każdy z tańczących zasiadał pokolei do fortepianu i grał, jak umiał: chłopcy źle, panny dobrze, a wszyscy wesoło.
Około dziesiątej wieczór Józef opuścił salon zachwycony i rozmarzony. Zosia powtórnie zaprosiła go na spacer do Turzyc, a raz, w walcu, zapewne mimowoli uścisnęła go za rękę w taki sposób, że chłopak stracił przytomność. Teraz wyszedł za obręb pałacu i długo spacerował po alejach, prowadzących do gościńca. W duszy wybuchał mu, burzył się, kłębił cały świat myśli i uczuć, a wszystkie krążyły około dwu pytań: czy Zosia uścisnęła go przez omyłkę?... czy też zdradziła niechcący swoją życzliwość?
Był to jeden z najszczęśliwszych wieczorów w jego życiu, wieczór, pełen nieziemskich widzeń i niebiańskiej muzyki. Tego jednak, co czuł i widział, nie potrafiłby wypowiedzieć. Poważne oczy Zosi były słońcem tego dziwnego świata, a zasadniczą melodją niesłychanej muzyki jej wyraźne zdania i głos kryształowy.
O czem mówiła?... także nie pamiętał. Jedno czuł, że było to piękniejsze nad wszelki opis. Takie psoty młodym ludziom wyprawia choćby tylko cień miłości.
Tymczasem Łoski, wróciwszy do siebie, położył się na łóżku, ale zasnąć nie mógł. Wziął jakąś książkę do ręki, próbował czytać, ale nie rozumiał treści. Nagle podniósł się i do zmroku poprawiał polskie wypracowania Stasia i Andrzeja Turzyńskich. Mimo to czuł, że na dnie jego duszy czai się jakaś myśl, którą wciąż odpędzał, lecz która ostatecznie przemogła opór i narzuciła się jego uwadze.
„Tak więc — szeptał w nim jakiś głos — panna Krystyna wychodzi zamąż. I rozstrzygnęło się to w ciągu kilku godzin!... No, świetna partja, człowiek przystojny i, zdaje się, uczciwy. Przecie inna panienka, także po kilkugodzinnej znajomości, zdecydowała się wyjść za inżyniera aż na Syberję. Dla kobiety najwyższą karjerą jest dobre zamążpójście, trzeba to uznać. I panna Krystyna zrobiła bardzo dobrze, akceptując oświadczyny doktora. Kto wie, czy nie była to jej główna wygrana życiowej loterji. Decydować się szybko, w ważnej chwili, także niemała zaleta!...“
Z powodu sprzętów pokój wydał się Łoskiemu za ciasny, więc opuścił go i przeszedł na drugą stronę korytarza, do obszernej izby, w której był tylko stary fotel i parę krzeseł wyplatanych. Okno wychodziło na park. Za oknem był trawnik i wielkie krzaki bzu, który już okwitnął. W tym pokoju Łoski mógł przechadzać się swobodniej; zresztą, zdawało mu się, że niewyraźny obraz drzew kojąco wpływa na jego duszę.
„A jednak — myślał w sobie cicho, tak cicho, że ledwie sam mógł to słyszeć — a jednak panna Krystyna była mi trochę życzliwą. A jednak rozmawialiśmy czasem o niezapominaniu się... nawet o wiecznej trwałości pewnych wspomnień!... A jednak tam... kiedy przeprowadzałem ją przez kładkę, uścisnęła mi rękę w sposób, który większemu niż ja zarozumialcowi dałby coś do myślenia... A jednak w lesie ofiarowała mi bratek z takiem spojrzeniem, które... Kiedy zaś w parę dni pokazałem jej zasuszony kwiat i zapytałem, czy mogę go zachować na zawsze — zarumieniła się, ale kwiatka nie odebrała.“
Przeszedł się po pokoju, obtarł oczy, które zaszły mu łzami, i szepnął:
— Osioł jesteś!... Czy kobieta, dlatego, że parę razy była dla ciebie dobra, zaraz musi oddać ci się, zwichnąć karjerę życiową?... Śmieszny jesteś!
Znowu obtarł oczy i oparłszy się w otwartem oknie, zaczął wyglądać do ciemnego parku.
— Żeby się choć prędzej wakacje skończyły. Już i mnie zaczyna być tu niedobrze. Chociaż... kto temu winien?... Ja sam i tylko ja!
W tej chwili usłyszał pod sobą łoskot drzwi i czyjeś kroki; rozległ się brzęk niby lampy zapalanej i — na czarnych krzakach bzu ukazała się duża, jasna, prostokątna plama rozświetlonego okna.
„Kto tam może być, w pokoju na dole? — pomyślał zdziwiony Łoski. — Okno widocznie otwarte...“
Zanim jednak dokończył pytania, doleciał go głos z parteru:
— Justek!... zdaje mi się, że musimy cos przegryźć po chudej kolacyjce?... U u u... w Klejnocie nie umieją jeść!... Sędzia zirytowany nie ma apetytu, hrabia żywi się jak asceta, z obawy niestrawności, a pani prezesowa nawet z cudzego lubi skąpić!... Jaki ja miałem węch, żem tu nie przyjechał z pustą walizką...
Łoski poznał głos pana Byvatakyego ojca, któremu odpowiedział syn pytaniem:
— A czy masz co?
— Jakżeby nie? — mówił mecenas. — Mam doskonały kawioreczek prasowany, pasztecik sztrasburski, marynatkę angielską z ozorków, bułeczki i flakonik soternu.
— Za sotern dziękuję, ale kawioru zjem. Tu nie widujemy podobnych smakołyków.
Znowu szmer, szczękanie, łoskot przesuwanych krzeseł.
— Masz tu cytrynę — mówił ojciec — bo oliwy na nieszczęście nie przywiozłem. Bardzo w tobie cenię, że nie palisz papierosów i nie pijesz trunków, choćby najłagodniejszych. Na to jeszcze będzie czas. Natomiast wklepałeś się!... Niechże cię Jowisz ma w opiece!... Straciłeś rozum i mnie wpakowałeś w głupstwa...
— Ciekawym jakie? — odparł niewyraźnie młody. Oczywiście miał wypełnione usta.
Mecenas jadł tak głośno, że prawie każdy kąsek odzywał się na piętrze. Zaś w krótkich przerwach mówił:
— Już z twoich listów poznałem, że zadurzyłeś się w tej awanturnicy, Klęskiej, która zasłużyła, abym jej natarł uszu. Kleryk, student, wszystko dla niej dobra zwierzyna. No tak! Ale przyjechawszy po mnie na kolej, dlaczego nie ostrzegłeś, że ona jest faworytą hrabiego?
— Ojcze!
— Ależ tak!... dzieciuchu jeden. I jestem pewny, że Kajetanowicz straci na nią kilkadziesiąt tysięcy rubli.
Na dole zgrzytnęło odsunięte krzesło.
— Gdyby mi to powiedział kto inny! — krzyknął zmienionym głosem młody.
— Bądź spokojny, powiedzą ci, powiedzą!... Gorsze to, że dzięki twojej nieopatrzności, przy powitaniu klapnąłem jej impertynencję i zapewne długo będę musiał odrabiać skutki. No... no... siadaj i jedz!
— A ja myślałem ożenić się z nią! — mruknął syn.
— Dzieciak jesteś! — mówił zniżonym głosem mecenas. — Ożenisz się z Zosią Turzyńską, która, jak wnoszę z odezwań się hrabiego, w każdym razie będzie miała posag nie do pogardzenia. A stosunki rodzinne, a nazwisko! Gdyby dobrze poszło, moglibyśmy mieć i Klejnocik. Naturalnie po najdłuższem życiu...
— Ojciec nawet nie domyśla się, jaką mi zrobił przykrość! — jęczał młody.
— Weź zato kawałek pasztetu. Tyś mi gorzej narobił!... Pisałeś listy w taki sposób, że ja byłem pewny, iż rewolucjonistą jest ten... ten drewniany profesor. Jakże mu tam?
— Łoski. Bardzo uczciwy człowiek.
— Co mi tam z jego uczciwości!... Mnie obchodzi ten socjalista.
— A cóż ci przyjdzie z socjalisty?
— Bagatela! Kto chce zrobić karjerę pośród wielkich panów, musi, od czasu do czasu, kolnąć ich swemi stosunkami z socjalizmem. Oni wtedy inaczej rozmawiają z człowiekiem!... Ale i tym razem palnąłem bąka, dzięki twoim roztrzepanym informacjom, i zraziłem do siebie tego... tego... Permskiego. Co się z tobą zrobiło?
— No i cóż? — zapytał opryskliwie syn.
— Zawsze mówiłem ci: pilnie uważaj, co się dokoła dzieje, staraj się odgadnąć ludzi, ich zamiary, a zobaczysz, że się to kiedyś opłaci.
— Nie mogę ci darować tego, coś powiedział o Paulince...
— Nie pleć niedorzeczności!... Uf... jaka wilgoć w powietrzu!... Zamknij-no okno, zapewne lepiej się na tem znasz — odparł mecenas.
Na dole rozległy się kroki, łoskot zamykanego okna i rozmowa stała się niedosłyszalną.
Teraz i Łoski ocknął się. Cofnął się od okna, cicho otworzył drzwi, wyszedł na korytarz, a stamtąd do swego pokoju, w którym jeszcze nie było Józefa.
— Ładny interes! — rzekł do siebie Łoski. — Zaczynam podsłuchiwać i niechcący dowiaduję się ciekawych rzeczy. Fiu!... Ależ to frant z pana Byvatakyego i nieźle wychowuje syna... Chce go ożenić z Zosią i uczy, ażeby wielkich panów straszył socjalizmem!... Ha, nie on pierwszy. Czego bo się nie robi dla zdobycia majątku...
Spostrzegłszy, że lampa dopala się, wydobył z poza szafy ciemno-zieloną butelkę, zatkaną papierem, dolał nafty, rozebrał się i leżąc w łóżku, zaczął po raz tysiączny odczytywać „Pana Tadeusza.“ Pod wpływem wizyj poetyckich zapomniał nietylko o rozmowie panów Byvatakych, ale nawet — o pannie Krystynie i, nie wiedząc kiedy, twardo zasnął.
Około północy wrócił ze swojej włóczęgi Józef. Widząc, że Łoski śpi, na palcach zbliżył się do jego łóżka, podniósł z kołdry jeszcze otwartą książkę i położył na stole. A potem zgasił lampę i legł rozmarzony, szczęśliwy. Zdawało mu się, że nic nie spał i że dopiero co przymknął oczy. Lecz gdy je otworzył, spostrzegł, że już jest duży ranek i że nad łóżkiem Łoskiego stoi kleryk, Podolak.
— A... dzień dobry panu! — zawołał Józef, zrywając się z łóżka. — Już jedziemy?
Kleryk blady, jakby nieprzytomny, patrzył na niego zapadniętemi oczyma.
Po chwili zapytał:
— A pan skąd wie, że ja jadę?
— Przecie wszyscy jedziemy dziś na spacer do Turzyc.
Kleryk potrząsnął głową, jakby chciał spędzić myśl natrętną.
— Ja jadę do dziekana, nie do Turzyc.
I dodał po namyśle:
— Mam rekolekcje. Muszę...
Tymczasem obudził się Łoski. Usiadł na łóżku, ziewnął i zapytał:
— Czy to już późno?
— Jest jeszcze wcześnie — rzekł kleryk. — Ale chciałem z tobą pogadać... zaraz — dodał, oglądając się niechętnie na Józefa.
— Ma pan interes do profesora? — zapytał chłopak. — Jeżeli tajemnica, mogę wyjść.
— Mam interes osobisty — odpowiedział, wahając się, Podolak.
Józef szybko włożył bieliznę, kamasze, narzucił letnie palto. Łoski, ciągle ziewając, zapytał go:
— Wychodzisz?... Dokąd?... Cóż się stało?...
— Pan Podolak ma do was interes — odrzekł Józef. — Wyjdę do pokoju naprzeciw i spojrzę na park.
— Naprzeciw? — powtórzył Łoski. — A zachowuj się spokojnie, bo na dole mieszka, zdaje się, mecenas Byvataky.
Józef wyszedł na korytarz; Łoski przebudził się ostatecznie i zdziwiony patrzył na Podolaka.
— Pożycz mi, bracie, kilka rubli — rzekł kleryk. — Muszę zaraz jechać do dziekana.
— Pożyczę ci z chęcią i na najdłuższy termin — rzekł Łoski, wydobywając z pod poduszki ogromny pugilares. — Ale jakże to? Chcesz jechać zaraz? Czy już są konie?
— Ja nie pojadę dworskiemi końmi; wynajmę na wsi.
— Aha, boisz się, ażeby nie zabrakło koni na spacer?
— Co mnie obchodzę ich spacery! — odburknął kleryk, machając ręką. — Nie chcę tu być dłużej.
— Co się z tobą dzieje? — zapytał Łoski, opuszczając chude nogi na dywanik przed łóżkiem. — Wyglądasz, jak chory.
— Nie spałem przez całą noc... nawet nie rozbierałem się...
— Przecie nie uciekasz?
— Uciekam!... Nie chcę się tu męczyć dłużej... nie chcę ich stypendjów, ani dalszej znajomości z nimi!... Niech ich Bóg osądzi... albo djabeł zabierze! — dodał ciszej.
— Więc co będziesz robił?
— Wezmę pieniądze, które mi daje Nieznany, i ukończę seminarjum. Tam moja ucieczka.
Łoski wzruszył ramionami i zaczął liczyć bankocetle.
— Ile ci dać? — pytał. — Dziesięć... piętnaście rubli?
— Wystarczy pięć. Mam wrażenie, jakby ziemia rozstępowała mi się pod nogami, albo ten pałac miał runąć na głowę. Niech ich Pan Bóg osądzi!
— Na miłosierdzie!... cóż oni tobie winni? — pytał przerażony Łoski, podając klerykowi pieniądze.
Kleryk schwycił się za głowę i zaśmiał piskliwym głosem:
— Miałem ci nic nie mówić — rzekł — ale czuję, że nie wytrzymam... Już wiem, słyszysz?... już wiem, dlaczego pani prezesowa chciała mnie zrobić swoim sekretarzem!... Nie mogłem dziś zasnąć... zapomniałem, że mam ją za sąsiadkę i włóczyłem się po moim pokoju jak pijany. Nagle otwierają się drzwi i... wchodzi pani prezesowa w haftowanym czy koronkowym szlafroku... uperfumowana fiołkami...
— Myślała, żeś zachorował? — wtrącił Łoski.
— Właśnie od tego zaczęła wizytę, że muszę być chory... Potem usiadła na kanapie, wzięła mnie za rękę... namiawała, ażebym opuścił seminarjum, bo to nie dla mnie przyszłość, i nareszcie... pocałowała mnie! Odepchnąłem babę i uciekłem do parku... Nie mam tu już co robić bez skandalu, więc wyjeżdżam do dziekana...
— Bój się Boga!... to właśnie będzie skandal. Zaczną się domysły... plotki... Jestem pewny, że pani prezesowa nawet nie da ci poznać, żeś ją obraził...
— Co mi tam prezesowa... Ale ten podły hrabia! — syknął Podolak, zaciskając pięść.
— Co ty do niego cierpisz?... To wcale niezły...
— Nożembym go pchnął! — krzyknął Podolak. Miał oczy obłąkane i trochę piany w ustach.
— Bracie... przeżegnaj się!
— Nie mam się czego żegnać... nie jestem warjat! — syczał kleryk, pochylając się nad Łoskim z zaciśniętemi pięściami. — Wczoraj, późnym wieczorem, widziałem go z tą... z tą... panną Pauliną. Chodzili po alejach i... całowali się... Takem ją nawrócił!... taki na nią moralny wpływ wywarłem!... dla takiej... osoby chciałem poświęcić moje życie... He!... he!... nawet zbawienie duszy... I ty, bracie, każesz mi tu siedzieć?...
— Więc jedź! — rzekł z rezygnacją Łoski.
— Bywaj zdrów i... pomódl się, ażeby mi Bóg przebaczył — szepnął Podolak. Obu rękoma uścisnął mu rękę i prędko wyszedł z pokoju.
Po chwili ukazał się markotny Józef, mówiąc:
— Cóż, ten duchowny bzika dostał?... Potrącił mnie, wylatując stąd, i nawet głową nie kiwnął.
— Daj mu spokój! — odpowiedział Łoski. — Odebrał jakieś złe wiadomości i natychmiast wyjeżdża. To nieszczęśliwy człowiek.
— Jakże, wyjeżdża i nie żegna się z panem sędzią, ani... ani nawet z panną Zofją, która tyle okazywała mu życzliwości?... No, rozumie się, że i z nami wszystkimi...
— Proszę cię — rzekł stanowczym głosem Łoski — nie mów nikomu... ale to nikomu, ani że Podolak u nas był, ani o tem, jakie robił wrażenie. Nic nie mów.
— Owszem! — odparł Józef, z drwinami chwiejąc głową. — Będę milczał jak śledź w kawałkach, jeżeli panu o to chodzi... Ale nie być na takim spacerze... w taki piękny dzień!...
— Widzę, że ci dobrze na świecie — wtrącił jakby z wymówką Łoski.
Józef złożył ręce i podniósł oczy na sufit.
— Ach! — zawołał — nigdy jeszcze nie byłem tak szczęśliwy... właściwie... tak zadowolony... Bo to i ranek cudny i spacer ma być nadzwyczajny.
Łoski popatrzył na niego, pokiwał głową i ległszy na łóżku, odwrócił się do ściany.
— Tak jest zawsze — mruknął, wciągając na siebie kołdrę. — Jeden ma Wielki Piątek, a drugi Wielką Niedzielę... w tym samym dniu!



XVII.

Godzina dziewiąta rano; dzień prześliczny. W saloniku, zajętym przez panią Dorohuską, jest w tej chwili dwie osoby: czasowa jego mieszkanka i sędzia Turzyński. Oboje zdają się być mocno podnieceni. Prezesowa, skrzyżowawszy ręce na piersiach, szybko chodzi po ogromnym, nieco spłowiałym dywanie. Jest zarumieniona i ma zaciśnięte usta. Niekiedy zdaje się, że chce wybuchnąć gniewem; jednocześnie spogląda w lustro, stojące na kominku, widzi, że ma piękne rysy, że jest wysoka, zgrabna, pełna życia i — to ją uspakaja. Podnosi głowę jeszcze wyżej i pogardliwie wzrusza ramionami.
Turzyński siedzi na środku pokoju, przy małym stoliku, na fotelu obitym tkaniną w pasy szare i amarantowe. Jest ubrany w żółtawy jedwabny kitelek, na głowie ma ryżowy kapelusz, a w ręku trzcinę ze złotą gałką, trochę już wytartą. Ma obwisłe policzki, małe, zwichrzone wąsiki blond, już siwiejące, na twarzy różowe plamy i spuszczone powieki. Przy nim, na stoliczku szklanka mocnej herbaty, którą od czasu do czasu popija drobnemi łykami.
— Czy zostawił jaki list ten... głupiec? — nagle zapytuje prezesowa.
— Nie, i nicbyśmy nie wiedzieli o wyjeździe, zakrawającym na ucieczkę, gdyby przypadkiem nie spotkał go w alejach Radcewicz. Widząc jakiś węzełek w rękach przyszłego kapłana, zapytał go stary: „A dokąd ksiądz idzie tak wcześnie?...“ Podolak zawahał się i potem odpowiedział, że — idzie do księdza dziekana, ażeby pod jego kierunkiem odbywać ćwiczenia duchowne razem z jakimś swoim kolegą...
— Podolak i ćwiczenia duchowne!... Chyba z panną Klęską? — roześmiała się prezesowa. — Założyłabym się, że ten człowiek nigdy nie będzie księdzem...
— I to jest możliwe — odparł sędzia. — W każdym razie intryguje mnie jego nagły wyjazd.
— Zosia wspomniała mi, że wczoraj jakby przemówili się z mecenasem Byvatakym?
— Wątpię — rzekł sędzia. — Raczej gotów byłbym przypuścić, że ta... ta intrygantka Komorowska zawiązała jakieś stosunki między Podolakiem a tym... tym łotrem...
— Nieznanym?...
Turzyński nie odpowiedział, tylko plamy na twarzy poczerwieniały mocniej. Uderzył laską w podłogę i rzucił się na fotelu. Nagle spojrzał w kierunku okna.
— Zajeżdżają?
— A no tak! — odpowiedziała pani Dorohuska.
— Niesłychana historja! — syknął Turzyński.
— Mój drogi, trzeba być wyrozumiałym dla drobnych dziwactw. Jeżeli on koniecznie musi się wykąpać przed każdą podróżą...
— Niewątpliwie, że takbym to traktował — mówił sędzia — gdybym ja miał jego majątek, a on mój... gdybym ja jemu pożyczał pieniądze, a nie on mnie. Wtedy mógłbym i nawet miałbym obowiązek być uprzejmym do ostatnich granic. Ale dziś, on jest moim do-bro-czyń-cą... więc... nie powinien narażać mnie na kilkugodzinne czekanie.
— Powiedzmy: godzinne — wtrąciła pani Dorohuska.
— A chociażby? — otrząsnął się Turzyński. — Od godziny jestem już wybrany do drogi.
— Nawet kapelusz masz na głowie.
— Dwa razy musiałem odwoływać konie, a on tymczasem każe sobie robić kąpiel, o której ani wspomniał wczoraj wieczór. To tak się traktuje kuzyna? człowieka starszego? który w dodatku zaakceptował jego pieniężne propozycje? Rzeczywiście wlazłem po szyję!
— A mój drogi, nie bądźże niesprawiedliwy! — upomniała go pani prezesową. — Hrabia ofiarował się z całą delikatnością uporządkować twoje rodzinne interesa.
— I dlatego każe mi czekać, aż się wykąpie? Czy wiesz — mówił Turzyński zmienionym głosem — że gdyby nie dzieci, zerwałbym cały układ, sprzedałbym Żydom Klejnot z przynależytościami i sam spłaciłbym wierzycieli.
— Ależ Zygmuncie, ty stanowczo przesadzasz, jesteś zdenerwowany — przerwała pani Dorohuska, wznosząc do góry prześliczne ręce.
— Ja przesadzam? Dobrze! — ciągnął sędzia, zapalając się. — Nareszcie mówmy bez przemilczeń.
— Bardzo cię o to proszę.
— Mniejsza o wyczekiwanie, ale czy ty nie domyślasz się, czy nie czujesz, jaka to dla mnie tortura, że muszę... muszę jechać do Turzyc, dokąd nie pojechałby nawet Radcewicz? Przecie zastanów się, kobieto, że, dzięki hrabiemu, ja, prawy pan Turzyc, jadę niby w odwiedziny do łotra... łajdaka... oszusta, który okradł mnie i moje dzieci, opanowawszy obłąkanego brata...
— O przepraszam cię! — zawołała pani prezesowa. — My nie jedziemy w odwiedziny, ale dla przekonania się, w jaki sposób gospodaruje uzurpator w twoim i twoich dzieci majątku. Oglądamy plac bitwy przed walką.
— Dobra mi walka, jeżeli Kajetanowicz, jak o tem wyraźnie napomknął, gotów kupić Turzyce.
— Może to i lepsze, w razie, gdyby nie było pewności wygrania procesu.
Sędzia podskoczył na fotelu.
— Przeżegnaj się!... Co mówisz? — zawołał. — Więc gdyby Kajetanowicz kupił Turzyce, czy wróciłyby kiedykolwiek do nas?
Pani prezesowa nagle zatrzymała się przed Turzyńskim.
— A gdyby ożenił się z Zosią? — szepnęła.
Turzyńskiemu ręce opadły i usta posiniały.
— Co? — rzekł po chwili chrapliwym głosem. — Ten zdechlak?...
— Dajże spokój! On zdrów jak lew. Zapytaj jego lekarza.
— Rozpustnik! Bałamuci pokojówki, umizga się do Klęskiej tu... w moim domu... pod bokiem mojej córki. I ja takiemu wyuzdańcowi miałbym oddać anioła czystości... Zosię?
Pani Dorohuska podniosła wysoko brwi i wzruszyła ramionami.
— Zdajesz się zapominać — rzekła — że wszyscyście jednakowi pod pewnemi względami. I przyznam się, że podobny zarzut jest nawet dosyć dziwny... w twoich ustach!
— Ależ różnica wieku? — wtrącił Turzyński.
— Cóżto za różnica? dziesięć, dwanaście lat?... Taką różnicę dostatecznie wyrównają miljony.
— Ty nie znasz Zosi. Ona prędzej umarłaby.
— To ty jej nie znasz! — przerwała pani Dorohuska. — Zosia jest to panienka bardzo rozsądna, bardzo przywiązana do ciebie, do Stasia... do nazwiska... Bez żadnego wahania zrobiłaby tę drobną i... dość przyjemną ofiarę... Chyba z irytacji zapomniałeś, kim jest Kajetanowicz? Nazwisko ani na jotę nie gorsze od twego, a fortuna książęca... Eh!... co to książęca...
Zapukano do drzwi.
— Czyby on? — zapytał, blednąc, Turzyński.
— Proszę wejść! — zawołała pani Dorohuska.
We drzwiach ukazał się elegancki, uśmiechnięty, ogolony, pachnący mecenas Byvataky.
— Nie przeszkadzam? — zapytał, kłaniając się i trzymając przy piersiach rozszerzone dłonie.
— Ależ prosimy! — odpowiedziała pani prezesowa. — Może nawet pogodzi nas pan.
— Jestem pewny, że nie spracowałbym się przy takiej okazji.
— Kto wie, mecenasie — mówiła pani. — Brat sądzi, że nam nie wypada jechać do Turzyc, a ja mam przeczucie, ale to głębokie przeczucie, że ten spacer wyda najlepsze skutki.
— Ja zawsze wierzę przeczuciom... Przeczuciom, osobliwie stanowczym i w ważnych wypadkach, zawsze trzeba wierzyć — upewniał mecenas, zacierając ręce. — Świeżo byłem świadkiem bardzo ciekawego sprawdzenia się przeczuć...
Teraz przypomniał sobie Turzyński, że ma na głowie kapelusz, więc zdjął go szybko, rzucił na taburet pod ścianą i z uprzejmym ukłonem zwrócił się do mecenasa. Lecz w tej chwili drgnął i spojrzał w otwarte okno, za którem słychać było parskanie koni.
— Rozmawiają?... śmieją się? — rzekł, jakby do siebie.
— Ale gdzież tam! — zaprzeczyła pani Dorohuska. — Posłuchaj lepiej, co mówi pan mecenas o przeczuciach.
— Słucham!... słucham!... choćby dlatego, że moje przeczucia nie są dobre.
Byvataky uśmiechnął się i zaczął:
— Od kilku lat jeżdżę na odpoczynek do Monte Carlo... O, przepraszam, pani prezesowo!... Prawda, że gram co roku, ale na grę przeznaczam ściśle tylko dziesięć ludwików... ani centyma więcej. No i dotychczas naogół — przegrałem, ale tylko dwadzieścia franków. Ani centyma więcej!... Kto chce zapewnić przyszłość dziecku...
Nagle przerwał, mocno zarumieniony. — „Poco ja rzuciłem ten frazes?“ — rzekł w sobie. Lecz uspokoił się, dostrzegłszy lekki uśmiech na ustach pani Dorohuskiej.
W tej samej chwili Turzyński pobiegł do okna, a na twarz znowu wystąpiły mu sine plamy. Od strony dziedzińca słyszał już nietylko parskanie koni i uderzenia kopyt, nietylko głośną rozmowę stangretów, ale głośny, ordynarny śmiech. Sędzia wychylił się przez okno i wytrząsając laską, zawołał:
— Walek, łajdaku jakiś!... przed karczmą stoisz, bydlę?
— Zapomniałem się, jaśnie panie! — odpowiedziano z dołu, głosem bynajmniej nie pokornym.
— Co? — wołał Turzyński — chce ci się jechać za naszym powozem?... Won stąd, chamie, na koniec!
— Proszę jaśnie pana... — tłomaczył się głos z dołu.
— Milcz, psubracie, i won!... na koniec!... Dalej!... bo jak zejdę do ciebie...
Rozległo się klaśnięcie batem i powozik zaturkotał.
— O! — mówił wściekły z gniewu Turzyński, wyciągając rękę ku dziedzińcowi. — Tylko zobaczcie państwo, jak ten łotr... ten łajdak... wali konie!
Zrobił ruch, jakby chciał wybiec z pokoju, ale prezesowa zatrzymała go.
— Bój się Boga, Zygmuncie, czy to warto?... Furman z końmi nie zrobią sobie krzywdy... Za dobrze się znają.
— Ale to zbój! kandydat na mordercę! — wołał sędzia. — Głowę dam, że ten łajdak skończy w kryminale.
— Szczególniej, jeżeli ja będę go bronił z urzędu! — wtrącił z uśmiechem Byvataky.
— Niechże mecenas opowie o tych przeczuciach w Monte Carlo! — wtrąciła prezesowa.
Sine plamy na twarzy sędziego poróżowiały. Rzucił się na fotel i rzekł, już nieco uspokojony:
— Masz rację! Słuchamy pana...
— O, widzi pan mecenas, jaki to zapałka — rzekła prezesowa. — Możnaby myśleć, że morduje ludzi, a on ich poprostu — pieści.
— Czasami kijem! — uśmiechnął się sędzia. — Ale tego łajdaka Walka muszę nauczyć rozumu. Gdybyście państwo widzieli, jaka to szelma harda...
— No! — wtrąciła Dorohuska, przeciągle patrząc na Turzyńskiego...
Mecenas skromnie spuścił oczy, a po chwili zaczął opowiadać:
— Otóż w roku zeszłym spotkałem w Monte Carlo kogoś, czyjego nazwiska nie powiem, ani nawet nie określę zajęcia, ze względu na dalszy ciąg. Ów mój znajomy nie był bogatym, ale dużo na siebie wydawał. Przytem miał trochę długów i... No, dość, że nasi panowie już nie powoływali go do załatwiania interesów.
— Aha, adwokat! — szepnęła pani prezesowa.
— Milczę — ciągnął Byvataky. — Jak powiadam, spotykałem go w Monte Carlo prawie codzień na spacerze albo w kawiarni. Zauważyłem, że zmizerniał, a powiedziano mi, że przegrał parę tysięcy franków, dodaję, swoich!
Mecenas wydobył z kieszeni fularową chustkę i otarł czoło.
— Domyślam się czegoś ciekawego — wtrąciła pani.
— Mój znajomy zaprzyjaźnił się z pewnym bogatym kupcem rosyjskim, który, wyjeżdżając do Moskwy, zostawił memu znajomemu dwadzieścia tysięcy franków, ale... dla swojej żony, która miała tu przyjechać z Paryża. Nie chcę państwa męczyć, więc powiem krótko, że mój znajomy poszedł z owemi frankami do kasyna. Pierwszego dnia przegrał kilka tysięcy, drugiego więcej, a w trzecim dniu już nie miał ani centyma.
— Bardzo ładnie! — odezwała się pani Dorohuska.
Turzyński rozparł się w fotelu i zasłonił twarz ręką.
— Spotkałem się z nim tego samego dnia — ciągnął mecenas — i czy pani prezesowa da wiarę? Człowiek ten był w doskonałym humorze, trochę rozgorączkowany, ale pewny siebie. Powiedział mi, że ma niezachwiane przeczucie, iż wygra, i — już nie ode mnie, ale od jakiegoś Włocha pożyczył sto franków.
W tem miejscu mecenas chwilę odpoczął.
— Przygotowuje nas pan do cudu! — rzekła pani Dorohuska.
— Bo też, proszę pani, stał się cud! — ciągnął Byvataky, uderzając ręką w stoliczek. — Z owemi stoma frankami poszedł mój znajomy do kasyna, zaczął grać, zaczął wygrywać i, w ciągu trzech dni, dorobił się... jak też państwo myślą?
— Odegrał dwadzieścia tysięcy? — wtrącił Turzyński.
— Wygrał dwie-ście ty-sięcy fran-ków! Ręczę słowem — zakończył mecenas.
— Ale później znowu zaczął przegrywać? — rzekła pani.
— Nie, proszę pani — odpowiedział Byvataky. — Po ostatecznej wygranej przyszedł do mnie, opowiedział swoją historję, niczego nie ukrywając, i — w mojej obecności — przysiągł, że nigdy już grać nie będzie, nigdy grać nie potrzebuje, ponieważ nietylko ma czem zaspokoić wszystkich swoich wierzycieli, ale nawet zostało mu ze sześćdziesiąt tysięcy franków!
„A cóżbyś kolega zrobił, gdybyś... nie odegrał sumy tego kupca?“ — zapytałem go. — „Nicbym nie robił — odpowiedział — ponieważ byłem pewny, że wygram.“ — „No, ale gdyby?“ — nalegałem. — „Cóż... palnąłbym sobie w łeb, bo nie warto byłoby żyć na takim głupim świecie, na którym nie spełniają się najbardziej stanowcze przeczucia!“
Turzyński zamyślony podniósł się z fotelu, przeszedł się po pokoju i znowu usiadł.
— A czy ten pański znajomy już nie gra? — zapytała prezesowa.
— O tem nie wolno mi wiedzieć — odparł mecenas. — Przysiągł, więc nie gra.
— Ale pańskie przekonanie wewnętrzne?
— Znam wypadki, że ludzie bardzo silnego charakteru zarzucili karty, a przynajmniej grę o pieniądze. Słabsi nie wytrzymują.
Turzyński znowu podniósł się i zaśpiewał fałszywym głosem:
— Prze-czu-cia, przeczucia!... przeczuuuuucia! — A potem dodał tonem zwyczajnym.
— Z tem wszystkiem gra, niech mówią, co chcą moraliści — jest najprędszym sposobem zdobycia majątku.
— I stracenia — rzekła półgłosem Dorohuska.
— I stracenia! — powtórzył sędzia. — Gdzie jeden wygrywa, drugi musi tracić.
— Choć wszyscy mają dobre przeczucia — odpowiedziała pani.
— Za pozwoleniem, pani prezesowo — odezwał się Byvataky — opowiedziałem moją historję, dla poparcia tezy przez panią wygłoszonej. Bo to przecież i pani ma przeczucie, że spacer do Turzyc wywoła najlepsze skutki, a ja tylko popieram zdanie. A do przyszłości należy — rozstrzygnąć.
— A niech już rozstrzyga, jak chce, byleśmy nareszcie jechali! — zawołał Turzyński. — Pan nie wie, co teraz robi Kajetanowicz?
— Owszem, kiedy tu szedłem, hrabia kazał się doktorowi masować.[2][3]


KONIEC TOMU V

Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Zobacz tutaj.
  2. Na tem kończy się napisany fragment powieści.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Pracę nad powieścią przerwała śmierć autora.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.