Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— E... he... he!... — odezwał się Turzyński. — Hrabina Sanocka nie ma słów pochwały dla Sobolewskiej.
— Ach, mój drogi! Przecież wiem, że pani Sanocka otwiera w tym rodzaju szkołę dla panienek z dobrych rodzin. Wolno jej być ekscentryczką, ale ja dla Zosi pragnę czegoś innego.
— Phy!... E... he... he!...
— Chcesz co powiedzieć?
— Nic, nic! Proszek w gardle... — odparł Turzyński, zaczesując obu rękoma rzadkie włosy.
— Może ci podać wody?
— Dziękuję, dziękuję... Tylko zbliżmy się do właściwej sprawy.
— Albo pan Byvataky — ciągnęła dama. — Ponieważ mieszka obok mnie, więc uważał za konieczne złożyć mi jednego dnia bilet, a drugiego swoją wizytę. I, co powiesz, kiedy weszłam do salonu, spostrzegłam, że ten młodzieniec przegląda papiery, leżące na stole!
— Ośmielę się zrobić uwagę... — odezwał się Łoski. — Ja sam, mówię to ze wstydem, mam zły zwyczaj dotykać książek czy papierów, leżących obok mnie... Ale, daję słowo, robię to bez intencji, automatycznie.
— Automatyzm rozumiem — przerwała pani Dorohuska — ulegają mu najwięksi myśliciele. Lecz pan Byvataky nie robił tego automatycznie.
— E... he... he!... — odkaszlnął Turzyński.
— Zresztą wszystko mi jedno, byle nie mieszkał w mojem sąsiedztwie i nie składał mi wizyt! — wybuchnęła pani.
— Przejdźmy do sprawy głównej — wtrącił nieśmiało Turzyński.
— Właśnie zrobię to. Lada dzień — mówiła dama — przyjeżdża do nas hrabia Kajetanowicz, nasz kuzyn, człowiek bardzo majętny.
— Bardzo, bardzo! — wtrącił Łoski, podnosząc rękę.