Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/261

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Po chwili zapytał:
— A pan skąd wie, że ja jadę?
— Przecie wszyscy jedziemy dziś na spacer do Turzyc.
Kleryk potrząsnął głową, jakby chciał spędzić myśl natrętną.
— Ja jadę do dziekana, nie do Turzyc.
I dodał po namyśle:
— Mam rekolekcje. Muszę...
Tymczasem obudził się Łoski. Usiadł na łóżku, ziewnął i zapytał:
— Czy to już późno?
— Jest jeszcze wcześnie — rzekł kleryk. — Ale chciałem z tobą pogadać... zaraz — dodał, oglądając się niechętnie na Józefa.
— Ma pan interes do profesora? — zapytał chłopak. — Jeżeli tajemnica, mogę wyjść.
— Mam interes osobisty — odpowiedział, wahając się, Podolak.
Józef szybko włożył bieliznę, kamasze, narzucił letnie palto. Łoski, ciągle ziewając, zapytał go:
— Wychodzisz?... Dokąd?... Cóż się stało?...
— Pan Podolak ma do was interes — odrzekł Józef. — Wyjdę do pokoju naprzeciw i spojrzę na park.
— Naprzeciw? — powtórzył Łoski. — A zachowuj się spokojnie, bo na dole mieszka, zdaje się, mecenas Byvataky.
Józef wyszedł na korytarz; Łoski przebudził się ostatecznie i zdziwiony patrzył na Podolaka.
— Pożycz mi, bracie, kilka rubli — rzekł kleryk. — Muszę zaraz jechać do dziekana.
— Pożyczę ci z chęcią i na najdłuższy termin — rzekł Łoski, wydobywając z pod poduszki ogromny pugilares. — Ale jakże to? Chcesz jechać zaraz? Czy już są konie?
— Ja nie pojadę dworskiemi końmi; wynajmę na wsi.
— Aha, boisz się, ażeby nie zabrakło koni na spacer?