Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/262

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Co mnie obchodzę ich spacery! — odburknął kleryk, machając ręką. — Nie chcę tu być dłużej.
— Co się z tobą dzieje? — zapytał Łoski, opuszczając chude nogi na dywanik przed łóżkiem. — Wyglądasz, jak chory.
— Nie spałem przez całą noc... nawet nie rozbierałem się...
— Przecie nie uciekasz?
— Uciekam!... Nie chcę się tu męczyć dłużej... nie chcę ich stypendjów, ani dalszej znajomości z nimi!... Niech ich Bóg osądzi... albo djabeł zabierze! — dodał ciszej.
— Więc co będziesz robił?
— Wezmę pieniądze, które mi daje Nieznany, i ukończę seminarjum. Tam moja ucieczka.
Łoski wzruszył ramionami i zaczął liczyć bankocetle.
— Ile ci dać? — pytał. — Dziesięć... piętnaście rubli?
— Wystarczy pięć. Mam wrażenie, jakby ziemia rozstępowała mi się pod nogami, albo ten pałac miał runąć na głowę. Niech ich Pan Bóg osądzi!
— Na miłosierdzie!... cóż oni tobie winni? — pytał przerażony Łoski, podając klerykowi pieniądze.
Kleryk schwycił się za głowę i zaśmiał piskliwym głosem:
— Miałem ci nic nie mówić — rzekł — ale czuję, że nie wytrzymam... Już wiem, słyszysz?... już wiem, dlaczego pani prezesowa chciała mnie zrobić swoim sekretarzem!... Nie mogłem dziś zasnąć... zapomniałem, że mam ją za sąsiadkę i włóczyłem się po moim pokoju jak pijany. Nagle otwierają się drzwi i... wchodzi pani prezesowa w haftowanym czy koronkowym szlafroku... uperfumowana fiołkami...
— Myślała, żeś zachorował? — wtrącił Łoski.
— Właśnie od tego zaczęła wizytę, że muszę być chory... Potem usiadła na kanapie, wzięła mnie za rękę... namiawała, ażebym opuścił seminarjum, bo to nie dla mnie przyszłość, i nareszcie... pocałowała mnie! Odepchnąłem babę i uciekłem