Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/034

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Bylibyśmy aniołami — wtrącił jej brat.
— Nie — odparł Łoski — bylibyśmy tylko mniej nieznośni.
— Niech pani podziękuje, panno Paulino! — zawołał Staś Turzyński.
— Owszem, bardzo byłabym wdzięczna, choć za odrobinkę tych zalet, jakich zazdrościmy Zosi.
— Niech pani pozwoli mówić panu profesorowi, a będzie to pierwsza z owych zalet — rzekł Turzyński.
— Jedna z tych, jakiemi pan nigdy się nie skompromituje — odcięła się panna Paulina z figlarnym uśmiechem.
— Szanowni państwo! — zawołał Byvataky — czy nikt nie jest ciekawy usłyszeć propozycji pana profesora?
— Ależ słuchamy!... prosimy!... — odpowiedziała panna Klęska.
— Drodzy państwo! — zaczął Łoski. — Wszyscy, jak tu jesteśmy, mamy ten wiek, w którym ludzie zaczynają, jak się mówi, wstępować w świat. Jedni z nas już zrobili parę kroków na nowej drodze, inni znajdują się u jej początku, jeszcze inni lada chwila wejdą na nią.
— Ja już wszedłbym od Wielkiej Nocy, bo chcieli mnie wydłubać ze szkoły — szepnął Staś Turzyński. — Ale pan Łoski trzymał mnie za hals...
— Staś, wyrzucę cię z salonu, jeżeli będziesz przeszkadzał! — ofuknął go Permski.
— A ja wrócę tu przez garderobę.
— Drodzy państwo — mówił dalej Łoski, nie zniechęcony przerywaniami — czy nie sądzicie, że byłoby to ciekawe, pouczające, a może nawet i zabawne, gdyby każdy z nas, jak jesteśmy, szczerze odpowiedział: czem pragnie zostać w dalszem życiu?...
— Mężem Paulinki — szepnął Staś.
— ...i co w przyszłości chciałby zrobić dla naszego kraju?... Czy jasno się wyraziłem?