Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/094

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Cobym się miał bać?
— No, to przeczytaj sobie tę broszurę ze trzy albo i ze cztery razy — mówił Permski. — Ale jej nie pokazuj nikomu i nie mów, od kogo dostałeś. Nie powiesz?
— Nie powiem.
— A gdyby cię wsadzili do więzienia?
— I Dantes był w więzieniu... Jeszcze w jakiem! — odparł chłopak.
— A gdyby cię bili, nie powiesz?
— Nie. Albo mi to nowina bicie?
— Później — mówił Permski — będę ci przysyłał inne książeczki. A kiedy ich sporo przeczytasz i zrozumiesz, będziesz mógł uczyć innych i będziesz socjalistą. Najuczciwsi, najmądrzejsi, najtężsi ludzie na tym świecie to so-cja-li-ści. Powtórz: so-cja-li-ści...
Szczepanek rozmyślał, kręcił głową, poruszał wargami i językiem, wreszcie rzekł:
— Najmądrzejszy pan to taki, co sos-jadł-z-liści...
— Ot, widzisz! — zawołał Permski. — On wymyślił swoją metodę mnemoniczną. Powtórz jeszcze raz: socjalista...
— Sos-jadł-z-liścia — odpowiedział Szczepanek.
Stangret Walenty przysłuchiwał się rozmowie z szyderczym uśmiechem.
— Że też ma pan cierpliwość tłomaczyć takiemu durniowi i obdartusowi — odezwał się do Permskiego. — Przecie, choć by mu pan dał i skrzynię książek, nikogo on nie spropaguje, bo z nim nikt gadać nie zechce.
— Daj, kolego, spokój! — odrzekł Permski. — Już ja większych durniów, aniżeli on, zjednywałem choćby w Klejnocie. Byle czytał z uwagą, przestanie być durniem.
Walenty spochmurniał jeszcze bardziej. Zdawało się, że coś wie o owych „durniach z Klejnotu,“ o których wspomniano przed chwilą.