Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mów nikomu... ale to nikomu, ani że Podolak u nas był, ani o tem, jakie robił wrażenie. Nic nie mów.
— Owszem! — odparł Józef, z drwinami chwiejąc głową. — Będę milczał jak śledź w kawałkach, jeżeli panu o to chodzi... Ale nie być na takim spacerze... w taki piękny dzień!...
— Widzę, że ci dobrze na świecie — wtrącił jakby z wymówką Łoski.
Józef złożył ręce i podniósł oczy na sufit.
— Ach! — zawołał — nigdy jeszcze nie byłem tak szczęśliwy... właściwie... tak zadowolony... Bo to i ranek cudny i spacer ma być nadzwyczajny.
Łoski popatrzył na niego, pokiwał głową i ległszy na łóżku, odwrócił się do ściany.
— Tak jest zawsze — mruknął, wciągając na siebie kołdrę. — Jeden ma Wielki Piątek, a drugi Wielką Niedzielę... w tym samym dniu!