Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/063

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cesu, sprowadza mnie, rozmaite inne osoby, nawet chce tu ściągnąć mamusię. A wszystko w tym celu, ażebyśmy pod jego komendą krzyczeli: „Pan Nieznany jest oszust, jest fałszerz, ponieważ ośmiela się przyjmować spadek po bracie jaśnie pana Turzyńskiego!“
„E, szanowny panie Turzyński, przerachowałeś się! Tobie wolno polować na spadki i na ludzi, ale my nie będziemy twoją naganką, nam nie uśmiechają się podobne obowiązki.“
Józef, rozmyślając, był tak zirytowany, że drżał i czuł falowanie krwi w głowie. „Ależ ten pan Turzyński jest poprostu bezczelny! Bo nietylko naraża ich na utratę zapisu, ale jeszcze, zapomocą nich, pragnie szarpać Nieznanego. A w dodatku chce wszystkich drugorzędnych sukcesorów wciągnąć w zasadzkę, zapraszając ich niby to na wakacje: na kwaśne mleko i świeże powietrze. To mi staropolska gościnność!
„No i poczciwy wujaszek Wodnicki także ładnie wygląda. Dotychczas nie widział mnie na oczy i nagle zatroszczył się o moje zdrowie — w nawiasie — z polecenia pana Turzyńskiego, którego sam uważa za marnotrawcę. Kochany wujcio podjął się brzydkiej roli. Tłomaczy go tylko tchórzostwo, dzięki któremu boi się nawet głośno mówić o niezwykłych zaletach pana Turzyńskiego. No, Bóg z nim, chodzi mu o posadę. Bo gdyby ją stracił, czy łatwo znalazłby inną, z czego utrzymałby żonę i wychował dzieci?“
— O jakież podłe jest życie! — zawołał Józef, chwytając się za głowę, w której czuł taki zamęt, taki bolesny chaos, że postanowił nie myśleć o sprawie Turzyńskiego przeciw Nieznanemu.
Owionęła go słodka woń.
— Wiem — rzekł do siebie — to pachnie koniczyna.
Na prawo i na lewo ciągnęły się ogromne pola, na które spływała noc. Spojrzał na niebo, zasypane gwiazdami, i uczuł zgrozę. Coby było, gdyby to niezmierne sklepienie kryształowe nagle załamało się i runęło? Nie załamie się, ponieważ