Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/085

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Co to nie śmiałem? Zawsze śmiałem! Tacyście dobrzy, jak dziesięciu Turzyńskich, nawet z ich długami... A co to za dama zbliża się?
— Ciotka moja, pani Wodnicka.
— Zaprezentujcież mnie.
Nastąpiła prezentacja. Gospodyni powitała przyjezdnego z wielką godnością i zapytała, czy nie napiłby się kawy albo herbaty po podróży.
— Już jeżeli łaska, to chyba mocnej herbaty, zwyczajnie jak Moskalowi.
Pani Wodnicka mimowolnie drgnęła.
— Moskal, ale nie z tych, co pisują donosy — dodał.
— Ach Boże, co też pan dobrodziej wygaduje! — roześmiała się pani.
— Nie patrząc na narodowość, socjalista musi być uczciwy. A ja socjalist...
— W imię Ojca i Syna! — przeżegnała się pani Wodnicka. — Kasiu, zapal, dziecko, maszynkę i postaw imbryk. A herbatę zasyp świeżą i ażeby niedługo naciągała.
— Ot, jak pani zna nasze zwyczaje! Widać spotykała pani ruskich.
— Miałam brata na Syberji.
— Hura! — krzyknął Permski. — Ot i człowiek znalazł się między swoimi, jak w rodzinie. Mnie zawsze wydaje się podejrzany taki Polak, który nie zawadził o Sybir albo katorgę. Sybir, to druga polska ojczyzna, a że ona i moją będzie...
— A niechże pana Bóg zachowa! — przerwała Wodnicka, trzęsąc rękoma.
— Pycha polska mówi przez panią — odparł Permski. — Tylko wy chcielibyście iść do katorgi, tylko wy na Sybir, a jak popadnie, to i na szubienicę za wolność. Tymczasem dziś już są i niemało takich Moskalów, którzy z wami osporywają prawo ginięcia za wolność... Naszą i waszą wolność...