Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


je i otóż odzywają się dawno zgasłe przywiązania, radości, czasem niebezpieczeństwa, słowem — cała mieszanina uczuć niejasnych a miłych. I one to stanowią czar widoków natury.
— W podobny sposób mógłbym sobie wytłomaczyć analogiczne uczucia wobec ruin — wtrącił Łoski.
— Przodkowie pańscy mieszkali w zamkach? — wtrącił doktór z odcieniem lekkiej ironji.
— Przypuszczam — odparł Łoski — że moi przodkowie bywali w zamkach, czasem jako żołnierze, czasem jako stróże, psiarczyki i koniowody. No i posieli w mojej duszy wspomnienia, z których rodzi się żal i tęsknota.
— Profesor ostro odpowiada! — rzekł doktór, przypatrując się Łoskiemu.
— Cóż tu ostrego? Moi przodkowie nie byli nietylko wojewodami, albo kasztelanami, ale nawet szlachtą, w jakiż więc inny sposób mógłbym odziedziczyć wspomnienia, które nazwijmy... archeologicznemi. Ja kocham te stare zamki, podziwiam ruiny...
— Tylko nie ruiny ludzkie! — szepnął Józef.
— Gdzież ty je widzisz? — zapytał Łoski.
— A hrabia Kajetanowicz?... a jego pończochy? — odparł, mocno rumieniąc się, Józef.
Ponieważ doktorowi od kilku chwil zgasło cygaro, więc zapalił je na nowo przy pomocy jakiejś bardzo eleganckiej i dowcipnej zapalniczki.
— Ludzie — rzekł — zupełnie fałszywie sądzą Kajetanowicza, do czego zresztą, nie myślę przeczyć, on sam dostarcza najobfitszych materjałów.
— Okaz zwyrodnienia! — szepnął Józef.
— Przepraszam... ale co pan nazywa zwyrodnieniem? — nagle zapytał doktór. A nie mogąc doczekać się odpowiedzi, mówił dalej:
— Rodzice pana Kajetanowicza, a nawet dziadkowie, byli zdrowi i normalni. On sam, jako dziecko, odznaczał się weso-