Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/242

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mał się przede drzwiami pokoju hrabiego, posłuchał... Cisza... Zapukał.
— Proszę wejść! — odpowiedziano bolejącym głosem.
Płótnicki wszedł, spojrzał. Hrabia siedział na kanapie blady, zgnębiony, bez surduta. Oparł łokieć na poręczy, głowę na łokciu i patrzył gdzieś w przestrzeń wzrokiem tak smutnym, że z tygrysiego serca mógł był wycisnąć łzy.
— Widzi pan, co się ze mną dzieje! — rzekł Kajetanowicz, tragicznym ruchem wyciągając rękę dogóry, a następnie wskazując na okolicę serca.
— Oho, już coś nowego! — zawołał doktór.
— Pan bo zawsze musi kogoś posądzać — odparł kwaśno hrabia. — Za kogoż mnie pan wreszcie uważa?
Ale widząc, że doktór wciąż surowo przypatruje mu się i milczy, dodał:
— Wlazła tu jakaś pokojówczyna... W każdym razie niech pan z łaski swej zbada mój puls.
Doktór ujął go za rękę, wydobył zegarek i patrząc na skazówkę sekundnika, mruczał:
— Chce żenić się z kuzynką... Myśli na swój koszt edukować przyszłą artystkę i — przyjmuje wizyty pokojówek!...
Hrabia siedział pokorny i smutnie kiwając głową, szepnął:
— Bardzo zły puls?
— Wcale nie zły! — warknął doktór. — Ale jeżeli hrabia nareszcie nie pohamuje się, za nic nie ręczę. Tu... tu jest źródło rozmaitych dziwactw i fobij, zwracających uwagę ludzką.
— Jakich dziwactw? — pytał cieniutkim głosem hrabia. — Nawet robotę pończochy zarzuciłem... Będę teraz więcej grywał na fortepianie.
— Jako akompanjator?
— A pan skąd wie?
— Przecie znam pana hrabiego nie od dzisiaj!... Cóż, lepiej?