Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/079

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tak wrócili do domu, gdzie znaleźli się już chłopcy (obaj nadzwyczajnie umyci i uczesani), a ciocia Wodnicka wystąpiła z okazałym podwieczorkiem. Była wyborna kawa z bajecznie grubemi kożuszkami na śmietance, był miód lipiec, pierogi z trześniami, kurczęta z rasy orpingtonów i pantarki, a do tego mizerja. Wybór dań nieco chaotyczny, ale przyrządzenie wzorowe.
Z początku młodzi Wodniccy byli nietylko zakłopotani, ale wprost przerażeni widokiem gości z Klejnotu, ponieważ matka prywatnie oświadczyła im, że muszą bawić pannę Turzyńską i jej nauczycielkę. Przekonawszy się jednak, że nikt nie pragnie wyzyskiwać ich pięknych manier, naprzód uspokoili się, a potem zaczęli bawić się sami, co było połączone z lekkiemi poszturgiwaniami, nagłemi wybuchami śmiechu, a nadewszystko — obfitem jedzeniem.
Jako wytrawny pedagog, Łoski spostrzegł, że w wychowaniu fenomenalnych chłopców istnieją pewne niedokładności, lecz zato apetyt stawia ich narówni z najpoważniejszymi mężczyznami. Uśmiechał się więc do nich i kiwał głową życzliwie, co tem bardziej podniecało ich dobry humor.
Zachodzące słońce połowę nieba zalało złotemi i różowemi blaskami, gdy Łoski w najwykwintniejszy sposób przypomniał damom, że czas wracać do domu.
— Już? — zdziwiła się rozkosznie uśmiechnięta panna Turzyńska, zwracając na niego rozmarzone oczy. — Jest tu tak piękna okolica, że, jeżeli państwo zgodzą się, wartoby kawałek drogi pójść piechotą.
— A jakie w dąbrowie świętojańskie robaczki! — zawołał Staś.
— Jak latarnie kolejowe! — dodał Kazio.
— Ależ chodźmy do tej dąbrowy! — prosiła panna Zofja.
Pożegnano się z gospodynią domu, która oświadczyła, że dzień ten zaliczy do najpiękniejszych w życiu; nakarmiony Antoś z szykiem zajechał przed ganek i goście z Klejnotu,