Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/078

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Parę razy w życiu spotykałem rysunki, przedstawiające taniec nimf czy rusałek. Boginki były piękniejsze i piękniej odziane od pastuszek, ale chyba nie tańczyły z większym zapałem, aniżeli one. Za każdem widzeniem podobnej sceny zachwycała mnie fantazja rysownika; nigdy jednak nie przyszło mi do głowy, że zobaczę coś podobnego w naturze. Teraz, naprzykład, zdaje mi się, że na jednym z owych rysunków krajobraz był taki sam jak tutaj. Las dębowy, łączka, krzaki leszczyny...
— To szczególne! — zawołała Zosia, patrząc na niego zdziwionemi oczyma. — Czy da pan wiarę, że i mnie w tej chwili przyszedł na myśl podobny rysunek z jakiejś ilustracji niemieckiej czy francuskiej?
— Pokrewne umysły spotykają się — wtrącił idący za nimi Łoski.
— Wątpię, ażeby pan Trawiński przyznał się do pokrewieństwa z nami — odpowiedziała Zosia.
— Nie śmiałbym — szepnął Józef.
— Mama pańska jest przecie Turzyńską — odparła Zosia. — Zresztą nie robi pan wrażenia nieśmiałego.
Józef nic nie odpowiedział; cofnął się, ustępując przy pannie Zofji miejsca Łoskiemu. W duszy jego zdarzyło się coś, co porównaćby można chyba z nagłą zmianą dekoracji teatralnej. Jeszcze kwadrans temu czuł niechęć do panny Turzyńskiej, okazał się niegrzecznym; teraz zaczęła budzić się w nim sympatja dla niej. Bo czy można nie polubić osoby tak miłej, tak wytwornej, która jednak nietylko przebaczyła mu rażący brak taktu, ale jeszcze — przyznaje się do pokrewieństwa z nim?
— Łoski ma rację — pomyślał Józef — że ona jest aniołem!
Sumienie dręczyło go, ale już nie był zrozpaczony, a zawdzięczał to niewyczerpanej dobroci panny Zofji. — „Anioł! naprawdę anioł!“ — myślał sobie. Zbliżył się znowu do Zosi i rozmawiał coraz śmielej, z coraz większem ożywieniem.