Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/066

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


podobało mu się ani tytułowanie „łajdakiem“ Nieznanego, ani powtarzanie jak dogmatów tego, co się mówi w pałacu.
Ale Wodnicki nie spostrzegł, że siostrzeniec jest trochę niezadowolony, i mówił do chłopców:
— Uczcie się, dzieci, bo bez nauki nie będzie chleba. Ty, Kaziu, co wiecznie majstrujesz około swojej fuzyjki, powinieneś zostać inżynierem. Piękne to stanowisko!... jak nic można mieć kilka tysięcy rubli rocznie, a nawet i więcej. Ty, Stasiek, koniarzu, (wiesz, Fruziu, Stach pomagał wczoraj puszczać krew Łysej) ty powinieneś być doktorem. Spytaj się tylko, ile zarabiają sławni doktorzy w Warszawie. Józio dobry wybiera fach: medycyna albo inżynierja!
Ale, ale — prawił Wodnicki, kładąc na swój talerz szósty pierog z jagodami. — W pałacu dużo mówili o tobie, Józiu, a sam pan Turzyński powiedział do mnie, że chciałby kiedy poznać tak wyróżniającego się młodzieńca, jakim jesteś.
— Spodziewałem się tego! — mruknął Józef.
— Doprawdy?... A skąd? — pochwycił nagle zarumieniony Wodnicki.
— W niedzielę poznałem młodych państwa Turzyńskich... Zresztą pan Łoski jest tam nauczycielem i zapewne nie skąpi dla mnie pochwał — odpowiedział Józef, spuszczając oczy.
— Aha!... a tak... No i ja trochę przysypałem od siebie. Przecieżeś nasz siostrzeniec!... Trzeba, żebyś pojechał do Klejnotu, koniecznie! — zakończył Wodnicki, żegnając się i wstając od stołu.
Józefowi rozmowa ta zrobiła przykrość. Czuł, że zaczyna tracić szacunek dla wuja, choć rozumiał, że na dnie jego służalczości leży troska o byt rodziny.