Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/065

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zrozumie dokładnie, czem jest jej brat, a jeszcze gorzej — ojciec. Jaśnie pan, który bez miłosierdzia trwoni majątek dzieci, zarzuca oszustwo człowiekowi uczciwemu, a dla zgubienia go, niby nożami, posługuje się ludźmi, nie odgadującymi jego planów.“
Józefowi nie przyszło na myśl, że jednak bardzo wysoko stawia swoją własną domyślność. Miał dopiero lat dziewiętnaście.
Kiedy wszedł na dziedziniec, wybiegł naprzeciw niego biały szpic i bury kundel, ujadając cienkiemi głosami, którym zdaleka odpowiedziały potężne basy psów, pilnujących budowli gospodarskich. W domu już spali, tylko przez okienicę pokoju panny Wandy przesączało się trochę światła.
Józef, zanim położył się, już miał jasno i stanowczo sformułowany program co do kwestji testamentu. Napisze do matki, ażeby oddała sprawę jakiemuś najlepszemu adwokatowi w Warszawie. A jeżeli ten oświadczy, że testament Władysława Turzyńskiego znajduje się w porządku, i jeżeli Nieznany zwróci się do matki z propozycjami, niech natychmiast wejdzie z nim w układy, nie oglądając się na pana Zygmunta.
Nazajutrz przy obiedzie wujaszek Wodnicki był w doskonałym humorze, pomimo umęczenia.
— No — mówił, podkręcając płowe wąsy — wszystko już przygotowane do kampanji: stodoły, wozy, bandosy, nawet żniwiarka. Jeszcze kilka dni pogody i zaczynam żniwa. A w Klejnocie bodaj czy na połowę lipca będą gotowi!
— A w Turzycach? — zapytała pani.
— Tam także ruch. Podobno spodziewają się tego... tego łajdaka...
— No, czy łajdak? — wtrąciła żona.
— Powtarzam, co się mówi w pałacu, a reszta nie do mnie należy. Jakże tam uczą się chłopcy? — spytał Wodnicki Józefa.
— Średnio — odpowiedział nieco zachmurzony Józef. Nie